Nocna Masakra

Nocna Masakra jak co roku kończyła cykl zawodów o Puchar Polski w Pieszych Maratonach na Orientację. W klasyfikacji generalnej przed tymi zawodami Władek był 5, a ja zajmowałem 14 miejsce. Obydwoje niestety nie mieliśmy już szans na podium, nawet w przypadku zwycięstwa w tych zawodach, ale postanowiliśmy jechać, aby powalczyć chociaż o czołową „6”. Niestety tuż przed zawodami Władziu się rozchorował, a ja zostałem na tzw. lodzie. Szybka obczajka listy startowej, telefon do Łukasza Grabowskiego i mam transport. Na 3 dni przed zawodami wyszedłem jeszcze na ostatni trening (czwarty w ciągu ostatnich 3 tygodni) i tyłek zmarzł mi niesamowicie, ale na szczęście na weekend zapowiadane było ocieplenie. Wyjechaliśmy w sobotę rano i podczas podróży dogadałem się z Łukaszem i jego kolegą Michałem Waszakiem, że mnie przygarną i pobiegniemy w trójkę. Po drodze wszamałem jeszcze 2 hot-dogi w wersji XXL na stacji Orlen (nie znaleźliśmy żadnego McDonalda :( ). Co do drogi to mimo, że pogoda była najgorsza z możliwych – około zera i padający deszcz – to obyło się bez problemów i koło 14 zajechaliśmy na miejsce. Do startu zostało jeszcze 2h i ten czas swoimi opowieściami umilał nam znany i lubiany Tomasz Banach.

(Drogi czytelniku :) od tego momentu, aby relacja była choć trochę ciekawa, należy otworzyć sobie mapę z naszym przebiegiem znajdującą się na końcu tego wpisu)

Po otrzymaniu map zdecydowaliśmy się zacząć od PK8, problemem było tylko kiedy zaliczyć PK10 znajdujący się na środku mapy. Ostatecznie stwierdziliśmy, że biegniemy po niego między PK7 i PK2. Ruszyliśmy w 7 osób: Łukasz, Michał, Tomek Banach, szwagier Tomka, Kuba Runowski, Maciej Kłosowicz i ja. Tuż przed „ósemką” odbiliśmy z Łukaszem i Michałem wcześniej przez pole, ale na punkcie i tak byliśmy razem (16:32). Niestety śniegu na polach było po pół łydki co skutecznie spowalniało i powodowało, że warianty „na szagę” były często nieopłacalne. Na PK3 chłopaki wybrali inny wariant i zostaliśmy w trójkę z Łukaszem i Michałem. Biegliśmy na trójeczkę czujnie, uważnie licząc drogi, a naszym śladem podążał tajemniczy Don Pedro (Karramba!) szpieg z krainy deszczowców – Stanisław Adam Olbryś, który od tego momentu, aż do końca trasy biegł około 50 m za nami. Tuż przed punktem zniknęła nam przecinka, którą chcieliśmy do niego dobiec, ale jakoś trafiliśmy (17:01). Wariant na PK5 byłby całkiem dobry, gdyby nie zalegający na polu śnieg, dodatkowo na polu wyrósł nam płot, i obiegając go nadrobiliśmy pewnie z 300m w śniegu po pół łydki. Przy samym punkcie (góreczka w lesie pełnym góreczek) nie zawiódł mnie nos i trafiliśmy właściwie od razu. Brak śladów  – czyli, że jesteśmy tu pierwsi. (17:56). Wariant na kolejny punkt – przez rzeczkę, do asfaltu, a potem torami do punktu. Rzeczka wyglądała dość strasznie, ale ostatecznie udało nam się ją przeskoczyć (Łukasz i Michał) lub przejść po zwalonym, oblodzonym drzewie (ja). Po wybiegnięciu na asfalt poczuliśmy się jak na księżycu, jakby ktoś wyłączył grawitację – nagle znowu można normalnie biec. Tory, którymi chcieliśmy dojść na punkt były zarośnięte, ale i tak był to jedyny wariant. PK6 zaliczamy o 18:37. Na jedynkę postanawiam biec od lewej strony – asfaltem. Łukasz próbuje mnie przez moment przekonać, że od prawej jest bliżej, ale mój argument o łatwiejszym „wejściu” na punkt wygrywa. Na asfalcie minęliśmy się z kilkoma”setkowiczami” i od tego momentu do wszystkich punktów prowadziła już wydeptana ściecha. PK1 znajdujemy o 19:24 i według zegarka mamy prawie połowę trasy. Tutaj zaskoczył nas trochę pan SAO, bo wyprzedził nas i chyba chciał pobiec po swojemu, jednak po chwili zawrócił i znowu zajął swoje miejsce 50m za naszymi plecami.   Na PK9 przeszliśmy prawie w całości na azymut. najpierw na szagę przez las, potem kawałek ścieżką, potem na szagę przez pole i od pewnego momentu złapaliśmy wydeptaną ściechę prosto na punkt (19:57). Na PK4 wybraliśmy wariant drogą od wschodu. Na początek zbiegliśmy z góry, potem kawałek drogą, na azymut, przez rzekę (tym razem wszyscy skakali) do kolejnej drogi idącej tuż przy granicy mapy. I tą drogą około 3km do punktu. Tutaj pierwszy raz przydał się zegarek mierzący odległość, dzięki czemu nie przegapiliśmy zejścia z drogi na punkt – tradycyjnie na sam punkt prowadziła pięknie wydeptana w śniegu ścieżka (20:53). Pan SAO odezwał się po raz pierwszy (poza „pożyczycie długopis”) i zaproponował bieg na PK10, my oznajmiliśmy, że teraz biegniemy na „siódemkę”. Niestety dał się przekonać i zajął swoje miejsce w ostatnim wagoniku w naszym tramwaju. Na PK7 scenariusz podobny – droga, przez rzekę (skaczemy), droga. Znowu postanowiłem użyć zegarka i gdy intuicja i zegarek mówiły, że należy pobiec jeszcze 150m z drogi odbijały ślady. Do tej pory nas nie zawiodły, więc i tym razem skorzystaliśmy. Niestety trafiliśmy nie w ten jar co trzeba (150m za wcześnie :) ), doszliśmy do pola, ja pobiegłem jeszcze sprawdzić czy, aby na pewno nie przegapiliśmy gdzieś po drodze punktu, a chłopaki poszli zwiedzać sąsiadujący jar. Gdy do nich dołączyłem już byli po odbiciu PK7 (21:37). Na PK10 najpierw wydeptaną ściechą przez pola dobiliśmy do asfaltu, na którym to zaczepiły nas dziewczyny jadące na imprezę. Chwilę nawet z nami podbiegły :), ale jak się dowiedziały ile nam jeszcze kilometrów zostało to się zniechęciły. Pk10 odbijamy o 22:21. Na dwójeczkę postanowiliśmy dobiec drogą dookoła – nadrabiając około 500m, bo tory, które prowadziły na punkt były strasznie zarośnięte. Tempo jak na ten etap trasy mieliśmy całkiem przyzwoite – 6’30″/km. Do dwójki, czyli naszego ostatniego punktu na trasie, dobiegamy o 23:09. Pan SAO koniecznie chce przepływać rzekę Regę lub przejść na drugą stronę po sypiącym się moście kolejowym. Po raz kolejny swój pomysł zmienia i ustawia się za naszymi plecami. Mobilizuję chłopaków do finiszu, do mety zostało 2,5km. Biegnę z przodu nadając tempo, za sobą słyszę kroki, odwracam się a to Pan SAO, chłopaki zostali 100m z tyłu. Przechodzę do marszu, na szczęście pan SAO też. Chłopaki nas doganiają i na metę wpadamy razem o 23.31 z czasem 7h31. Okazuje się, że zajęliśmy 1 miejsce :) wygrywając z kolejnym zawodnikiem o 1h41min

Do klasyfikacji generalnej zdobyłem 50 punktów co da mi 4 miejsce, w ten sposób zepchnąłem Władzia na 6 miejsce. Szkoda, że nie ma jeszcze jednej imprezy w tym sezonie, bo można by zawalczyć o pudło.

Przyszły sezon PMnO rozpoczną najprawdopodobniej nasze „Śnieżne Konwalie”, na które już teraz serdecznie zapraszam - http://rajdkonwalii.pl/zima

Mapa z naszym przebiegiem

Funex Orient

Relacja z Funex Orient dość nietypowa – w formule (wyszczerbionego mniej lub bardziej) alfabetu.

A jak asfalt
było go zdecydowanie za dużo jak na trasę na orientację, na naszym wariancie ponad 30 km przebiegliśmy asfaltem, z jednej strony fajnie bo szybciej, z drugiej strasznie nudne były te przeloty i stawy dostały mocno w kość.

B jak Bobrza
Po raz kolejny przyszło nam na rajdzie przekraczać rzekę w bród. Tym razem „zaliczona” została i to 2 razy, Bobrza. Rzeczka całkiem szeroka, ale na szczęście niezbyt głęboka i skończyło się tylko na zamoczeniu do pasa.

C jak Chęciny
zdecydowanie najpiękniejsze miejsce na trasie. Majestatycznie wyglądający zamek w Chęcinach we mgle a obok wysoka na kilkadziesiąt metrów skarpa na szczycie, której czekał na nas PK5.

D jak drzewka bukowe
nie jestem wybitnym drzewoznawcą (google podpowiada, że fachowo to się zwie dendrolog), ale wydaje mi się, że to były buczki. Zarośnięty był nimi właściwie każdy lasek, przez który przyszło nam przebiegać i powodowało to, że warianty na szagę były dużo mniej opłacalne. Dodatkowo nieprzyjemnie poobtłukiwało nam uda.

G jak góry
organizator chyba chciał nam pokazać, że Góry Świętokrzyskie też mogą dać w kość. Na początek 8km na mapie do BnO z przewyższeniem ponad 500m. Natomiast 7/11 punktów na dalszej części trasy stało na szczytach gór lub w ich okolicach. Suma przewyższenia na całej trasie to ponad 1,5km

I jak interwał
Brak startu masowego bardzo mi się podobał, szczególnie, że na początek organizatorzy fundowali nam odcinek na mapie do BnO. Nam zajął on ok 75min, a byli tacy którym zajął on i prawie 5h. Władek startował minutę po mnie i dogonił mnie już przed pierwszym punktem.

J jak jaskinia
Opis punktu szóstego – jaskinia „Piekło” ciasny koniec. Rzeczywiście było ciasno i skończyło się na czołganiu do punktu z latarką w ręce. Osoby z klaustrofobią punktu nie zaliczały :P

K jak kryzys
dopadł mnie tuż przed PK4 i trzymał do PK6. Masakryczne 6km, podczas których nie do końca kontaktowałem. Władek uciekł mi tuż przed „szóstką”, bo miał już dosyć mojego zamulania i od razu zrobiłem błąd i to mnie trochę otrzeźwiło.

M jak meta
Władek zostawił mnie przy PK6, ale na PK9 i PK10 przytrafiły mu się 10-15min błędy i udało mi się go z powrotem dogonić, w związku z czym na metę dobiegliśmy razem. Jak się okazało jako pierwsi z zaliczoną całą trasą :)

N ja noc
Liczyliśmy się z tym, że na trasie zastanie nas noc, ale nie spodziewaliśmy się, że przyjdzie nam biegać po ciemku prawie 3h. Ja zakładałem czołówkę między „siódemką” a „ósemką” Władziu o jeden punkt dalej.

O jak optymalny wariant
Na tegorocznym Funexie przebiegliśmy 61km. To o 11km więcej od zakładanego przez organizatora dystansu. Po szybkim zmierzeniu na geoportalu trasa bez części BnO miała 43km w linii prostej. Wg organizatora miała mieć 42km po najlepszym liniowym wariancie :)

R jak rezerwat Góra Zielejowa
skałki jak w Tatrach wysokich a Pk7 stał pośród nich. Dodatkowo wybrałem złą ścieżkę i pomaszerowałem na punkt czarnym szlakiem. Stracone pewnie z 5-10 minut, ale warto było. Trasa AR miała w tym miejscu linowe zadanie specjalne. Przez moment żałowałem, że w niej nie wystartowałem .

S jak Słowik
mapę Słowik pamiętałem z eliminacji do Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży w 2003r. Pamiętałem, że były tam góry jak smoki i więcej było chodzenia niż biegania. Od tamtego czasu wiele się nie zmieniło. Odcinek BnO zajął nam ok. 75min i stał pod znakiem efektownych gleb na zbutwiałych liściach. Oby więcej takich odcinków na MnO!

T jak tory kolejowe
Na bardzo głupi pomysł wpadliśmy tuż przed metą, a mianowicie zamaist pobiec jak ludzie do mostku, postanowiliśmy przebiec przez rzeczkę mostem kolejowym. Bardzo niebezpiecznie nie było, ale adrenalina skoczyła. A wszystko, żeby zaoszczędzić ok. 300m

W jak Wielkopolska
na Funex przyjechało całkiem sporo Wielkopolan i udało nam się obstawić pierwsze 4 miejsca :)

Z jak Zwycięstwo
Władek pierwszy, Marek drugi… podwójne zwycięstwo rajdkonwalii.pl Team z ponad godziną przewagi nad trzecim zawodnikiem. Hip, hip hurra! :)

Mapa z moim przebiegiem (Władkowy może się różnić na odcinku PK6-PK10). Niestety trochę niewyraźna, bo tylko skan :(

Wygoniec 2012, czyli nie jesteśmy mistrzami kajakarstwa

Piosenka przewodnia relacji Jordan feat. Pablopavo – Legenda Deyny
http://www.youtube.com/watch?v=hhn-0DYpqYU

Na I Rajd Przygodowy Wygoniec zgłosiliśmy się w 2 zespoły:
rajdkonwalii.pl team 1 aka Duży – Marek i Franek Galla
rajdkonwalii.pl team 2 aka Mały – Władek Sielicki i Mateusz Hoffmann
Założenie było, aby wspierać się wzajemnie i ukończyć całą trasę. Do tej pory tak długiego rajdu w całości zaliczyć nam się nie udało.

Etap 1 – InO
Na początek w teorii 10-kilometrowy odcinek pieszy rozgrywany wg zasad imprez na orientację. Po Jesienny Tułaczu punkty mylne i stowarzyszone nie miały już przede mną tajemnic, ale tu organizator zastosował dodatkowe utrudnienia. Z mapy wycięte były fragmenty w kształcie ptaków, dodatkowo część mapy była odwrócona, część odbita i trochę było trzeba pogłówkować. Ruszyliśmy spokojnie tzw. świńskim truchtem, zaliczając raczej bezproblemowo punkty ABDFGHJ. Przy punkcie K dogoniliśmy sporo ekip i po czesaniu lasku w kilkanaście lamp uznaliśmy, że biegniemy dalej i wpisujemy BPK (brak punktu kontrolnego przyp. red.). Od tego momentu połączyliśmy siły z zespołem Retro Mbike Team, w którego składzie występował świetny niegdyś biegacz na orientację Grzegorz Marcinkiewicz. Punkt N wg mnie stał źle, ale w prawidłowym miejscu nie znaleźliśmy punktu i stwierdziliśmy, że dla 5min nie warto ryzykować i podbiliśmy chyba stowarzysza. Potem ORSTW bez większych problemów i na metę etapu dotarliśmy po 2h05min (2 miejsce). Czas jak na 10 km bardzo słaby, ale tak naprawdę etap ten miał prawie 20 km i to przekłamanie było jednym z grzechów organizatora.

Etap 2 – trekking
Na 1PK wybraliśmy pewny wariant przez wieś Cieciorka. Udało się go wykonać bezbłędnie i po 30 minutach na naszych kartach glównych pojawiło się pierwsze potwierdzenie. Przebieg na PK2 był banalny – najpierw jedną drogą do miejscowości Cis a potem kolejną od Cisa do punktu – jednak samo znalezienie lampionu sprawiło nam trochę problemu. Punkt usytuowany był na wyspie, wyspa była torfowiskiem otoczonym kanałem. Przez kanał znaleźliśmy kładkę i Franek i Władek a wraz z nimi jeden z zawodników z KS Koniec Kiepszczenia ruszyli na poszukiwania lampionu. Na torfowisku spędzili kilkanaście minut i jak wrócili z przysłowiowymi pustymi rękami postanowiliśmy zadzwonić do organizatorów. Ten poinformował nas, że punkt stoi w małym lasku na środku bagna, szkoda, że to jakieś 200m w stosunku do tego co wynikało z mapy (Kolejny grzech organizatora.). Chłopaki ruszyli podbić punkt a wraz z nimi Maciej Marcjanek, który akurat dobiegł w to miejsce i dostał fajną wystawkę.  W drodze na trójkę zaginęła ścieżka, którą biegliśmy i tnąc na azymut nadzialiśmy się na jakiś płot. Dwie średnio szybkie przeprawy i jesteśmy z powrotem na naszej ścieżce. Na trójce czekali na nas sędziowie z pierwszym zadaniem specjalnym. W lesie flarami wyznaczona była arena, w której siedziało 2 chłopaków, zadanie polegało na tym, aby obu zastrzelić przy pomocy markera paintballowego, samemu nie będąc trafionym. Zadanie ułatwiał fakt, że sędziowie mieli na głowach przyczepione czerwone światełka, a my w ciemnościach byliśmy jak cienie :) Najpierw do zadania podeszli Władek z Patelą, po ostrej strzelaninie udało im się „pozabijać” sędziów, chłopaki pobiegli już na kolejny punkt a do zadania podeszliśmy my z Frankiem. Doświadczenie z wieczorów kawalerskich się przydało i całość zajęła nam może 90 s. Zdjęliśmy kombinezony i ruszyliśmy gonić chłopaków. Dopadliśmy ich przy PK 4. Na piątkę dość długo i nudny przelot w 60% asfaltem, Patela zaczął zamulać i biegł 100m za naszą trójką, mnie zaczęło boleć biodro i zażyłem 2 ibupromiki, tylko Władek narzekał, ze jesteśmy słabi i chciał biec szybciej. Punkt piąty był schowany w krzaczorach, ale został znaleziony dość szybko. Na szóstkę postanowiliśmy ściąć przez pole, dzięki czemu znowu nie musieliśmy lecieć kilku kilometrów asfaltem.  Potem już tylko 3 km finisz do miejscowości Skarszewy, gdzie przy moście nad rzeką Wielcisą czekała nas zmiana dyscypliny. Ten etap wyjątkowo miał dokładnie tyle ile w rozpisce – 30km.

Etap 3 – kajaki
Do strefy zmian dotarliśmy o 4.45. Pani sędzina poinformowała nas, że jesteśmy tu na 3 miejscu (wspólnie jeszcze z zespołem ŁDZ). Wyprzedzali nas minimalnie KS Koniec Kiepszczenia i zespół mod-X, który opuścił cały 1 etap. Wg termometru w samochodzie sędziów na dworze było -7 stopni, temperatura więc idealna, żeby popływać kajakiem. Ubraliśmy dodatkową bluzę i dodatkowe spodnie. Władek z Patelą ubrali spodnie narciarskie. I ruszyliśmy. Szybko się okazało, że na płytkiej rzece lepiej za dużo nie ważyć i już na starcie musieliśmy z Frankiem dość długo „kopulować”, aby kajak w ogóle ruszył. Rzeka Wielcisa była płytka, kręta, wąska i z wartkim nurtem, sprawy nie ułatwiał fakt, że było kompletnie ciemno a Franek po raz pierwszy płynął kajakiem rzeką. Po początkowych problemach omijanie przeszkód zaczęło nam iść coraz lepiej, aż w końcu dogoniliśmy Władka i Patelę przy mostku, na którym powinien być punkt. Niestety punktu nie było. Nasi kajakowi nawigatorzy (Franek i Władek) stwierdzili, że to może nie ten mostek i popłynęliśmy dalej. Po kilometrze stwierdzili, że teraz to już jesteśmy na pewno za daleko. Zatrzymaliśmy kajaki i wspólnie z Władkiem cofnęliśmy się biegiem do wspomnianego mostku. Punkt udało się znaleźć – leżał na ziemi w krzakach i bez perferatora :( Cała wycieczka na nic. Wróciliśmy do chłopaków, którzy w międzyczasie próbowali uciąć sobie drzemkę i popłynęliśmy dalej. Za jednym z zakrętów wypadliśmy prosto na mini wodospad. Wg organizatora był na łokieć, jak na moje na przynajmniej 3. Utknęliśmy z Frankiem na kamieniach wśród bulgoczącej wody, ale po 2-3 minutach walki udało nam się przepłynąć bez wywrotki. Niestety chłopaki miały więcej pecha i im kajak obróciło bokiem, a lecąca z góry woda zapełniła go do połowy. Kolejny punkt (8PK) znajdował się mniej więcej w miejscu ujścia rzeki Wielcisy do Wierzycy, jednak tak, że kawałek było trzeba popłynąć pod prąd. Wierzyca okazała się rzeką łatwiejszą (przynajmniej w tym miejscu), w międzyczasie zaczęło świtać, więc zdecydowanie przyspieszyliśmy. Dopłynęliśmy do miejsca gdzie powinien być kolejny punkt (PK 9), a tego oczywiście z perspektywy kajaka nie było widać. Wysiadłem na brzeg i z 5 minut pobiegałem po okolicy. Wdrapałem się na wysoką skarpę, pobiegłem kawałek wzdłuż skraju lasu, punktu nie znalazłem. Wróciłem do kajaka po telefon, żeby zrobić zdjęcie na dowód, że byliśmy w dobrym miejscu. Pyknąłem fotkę Frankowi w kajaku i sobie na górze na skraju lasu. Jak wróciłem do kajaku do tego miejsca dopłynęli późniejsi zwycięzcy ZULUS Team. Poinformowaliśmy ich, że punktu nie znaleźliśmy i popłynęliśmy dalej. Po około kilometrze stało się najgorsze. Przychojraczyliśmy i zamiast spokojnie zrobić przenoskę postanowiliśmy przepłynąć bardzo trudne miejsce. O pierwszą kłodę leżącą w wodzie zahaczyliśmy dnem i obróciło nas w poprzek i tak wpadliśmy w drugą kłodę, pod którą kajak się zmieścił a my już niestety nie. Zimna woda od razu mnie obudziła i pogoniłem za uciekającą torbą z jedzeniem :P Kajak nabrał wody po samą burtę. Co gorsza brzegi w tym miejscu były bardzo strome, więc musieliśmy przeciągnąć kajak idąc w wodzie  kilkanaście metrów dalej. Jak udało nam się opróżnić kajak z wody i w miarę ogarnąć w to miejsce dopłynęły kolejne 4 zespoły ZULUS, dwie Navigatorie i nasi chłopcy (owinięci w folie NRC po 2 kąpielach). Wszystkie z podbitym PK 9. Przepłynęliśmy z Frankiem na 2 stronę rzeki i w ramach rozgrzewki cofnęliśmy się biegiem po felerną dziewiątkę. Oczywiście wisiała od drugiej strony drzewa, przy którym robiłem sobie zdjęcie – człowiek jest jednak ślepy. Wróciliśmy do kajaków i ruszyliśmy gonić chłopaków, co poszło nam dość szybko i PK 10 podbijaliśmy już jako pierwsi. Potem rzeka bardzo zwolniła i trzeba było zacząć mocniej wiosłować. Zrobiliśmy z Franciszkiem mały popas podczas, którego minął nas jeden zespół i ponownie dogonili chłopaki. Do końca bez większych przygód płynęliśmy już razem i około 14.15 dopłynęliśmy do Starogardu Gdańskiego, gdzie czekały na nas suche rzeczy. 30km kajakiem zajęło nam ok. 9h. Do najlepszych straciliśmy na tym odcinku 3h, z tego ponad godzinę na cofaniu się po 2 punkty.

Etap 4 – Rowerowy OS 
W strefie zmian przebraliśmy się, wypiliśmy ciepłą herbatkę i najedliśmy pysznym ciastem serwowanym przez organizatora. Ok. 14.40 ruszyliśmy na OS śladami Kazimierza Deyny. Na mini planie Starogardu zaznaczonych było 5 punktów związanych z Kaka Generałem (dom rodzinny, szkoła, stadion itp.) i na każdym siedzieli harcerze, którzy przybijali nam na karcie pieczątkę. O 15.10 dojechaliśmy na stadion, gdzie kończył się OS a czekało na nas kolejne zadanie specjalne – wspinaczka. Franek wchodził, ja asekurowałem, Władek z Patelą czekali na swoją kolej. Poszło sprawnie i nie czekając na chłopaków, którzy generalnie są na rowerze mocniejsi, ok. 15.20 ruszyliśmy na trasę licząc, że zaraz nas dogonią i pojedziemy pięknym 4-rowerowym peletonem.

Etap 5 – rower 
Na PK17 trafiliśmy bezproblemowo. Franek narzucał dobre tempo a ja nawigowałem z tyłu. W drodze na 18nastkę dogoniliśmy jeden z zespołów, który mijał nas na kajaku, a w drodze na 19nastkę kolejny. Pierwsze problemy mieliśmy dopiero na punkcie 21, który naszym zdaniem powinien stać przy jeziorze i tam go szukaliśmy a stał na przecince jakieś 100m od brzegu. Przy PK 22 musieliśmy włączyć lampy bo zrobiło się ciemno. W drodze na kolejny punkt w miejscowości Osiek zatrzymaliśmy się w sklepie, żeby kupić coś normalnego do jedzenia i z śląską w jednej a bułą w drugiej ręce jechaliśmy potem przez całą wieś. Następnym punktem była strafa zmian C, na której miał się odbyć kolejny odcinek specjalny. Do punktu dojeżdżaliśmy już tylko na jednej czołówce Petzla, bo nasze duże lampy się rozładowały. Odcinek specjalny wyglądał tak:

Do bojek przywiązane były perferatory i trzeba było je podbić. Na szczęście organizator rozpalił ognisko i po kąpieli miałem się gdzie ogrzać (kąpiel w jeziorze przy ujemnej temperaturze – checked). Gdy ubierałem się, żeby ruszyć dalej, na punkt dotarł Władek i Grzesiu Marcinkiewicz, którzy zdecydowali, że organizatorzy robią sobie jaja i z zadania zrezygnowali. W czasie trwania ich debat my ruszyliśmy już na kolejny punkt, na którym zespół Navigatorii kończył właśnie zadanie specjalne. To zadanie podobało mi się najbardziej. Jeden z zawodników wsiadał do kajaku i zawiązywane mu były oczy, a drugi musiał go naprowadzić do bojki znajdującej się 50m od brzegu. Ja płynąłem, Franek sterował i poszło chyba dobrze. W międzyczasie na punkt dojechali chłopaki i Retro Mbike Team, którzy zdecydowali, że również to zadanie odpuszczają i wspólnie pojechaliśmy na kolejny punkt. Tutaj przytrafił nam się pierwszy błąd nawigacyjny (poza tymi kajakowymi). Jadąc dobrą drogą na PK24 minęliśmy punkt, który był przywieszony od drugiej strony drzewa i musieliśmy się po niego cofać nadrabiając około kilometr. Potem PK 25 bez problemów, ale tempo nie należało już do najwyższych. Przy tym punkcie zdecydowaliśmy, że odpuszczamy punkty 26-30 i jedziemy asfaltem prosto na metę.Zostało nam 1.5h do końca limitu i prawie 40km drogi. Oj długa to była podróż. Część zamarzała, część zasypiała jadąc, ale o 22.08 dotarliśmy do bazy. Na liczniku 105km. Czyli o ponad 30km więcej niż miało być…

Ostatecznie zajęliśmy z Frankiem 4 miejsce, natomiast Władek z Patelą zanotowali duże kary za niewykonane zadania specjalne i zajęli dopiero 9 miejsce.

Jak całość rajd nam się podobał, było trochę niedociągnięć  (nieprecyzyjny regulamin, moim zdaniem zbyt małe kary czasowe za niezaliczone punkty oraz źle obliczone długości poszczególnych etapów, przez co ciężko było cokolwiek zaplanować), ale jak na debiut imprezy było bardzo dobrze. Z naszego startu jesteśmy bardzo zadowoleni jeśli chodzi o etapy pieszy i rowerowy, na których zyskiwaliśmy w stosunku do innych ekip i umiarkowanie zadowoleni z etapu kajakowego, na którym do zwycięzców straciliśmy 3h, ale który był najbardziej emocjonujący z całego rajdu. Wygońcowi 2013 raczej mówimy „TAK”.

Wyniki

Nasz przebieg/przejazd. Teraz widząc mapę w jednym kawałku wiem, że od PK25 do mety mieliśmy jechać asfaltem z lewej przez Ocypel. Byłoby 2km mniej

 

 

 

 

 

Jesienny Tułacz

Piosenka przewodnia relacji: Fasolki – Kolorowe kredki

Początkowo na Jesiennego Tułacza jechać nie zamierzałem. W sobotę 6 października miałem organizować bieg na orientację podczas Wielkopolskiej Olimpiady Turystyczno-Krajoznawczej, dopiero potem doczytałem w regulaminie, że start Tułacza jest wieczorem. Policzyłem, że z Chodzieży do Kościerzyny nie jest tak daleko i postanowiłem się zgłosić razem z Rysiem.

Ale od początku…

Żeby dobrze nakreślić stan w jakim dojechaliśmy do Kościerzyny musimy się cofnąć do piątkowego popołudnia, kiedy to dostałem wiadomość od Andrzeja, że ma nową super planszówkę i mam koniecznie wpadać pograć. Pewnych rzeczy się nie odmawia, a że gra była naprawdę świetna („Zimna Wojna” – przyjaciołom polecam!) to do domu wróciłem po 2 w nocy. Co gorsza do snu włączyłem sobie nowy odcinek Dextera, który jest mało usypiającym serialem, także zasnąłem o 3 mając w perspektywie max. 4h snu. O 8.00 wyjechałem do Chodzieży, gdzie organizowałem wspomnianą wyżej olimpiadę, a Franek, Jacek i Rychu brali w niej udział. Prawie wszystko poszło po naszej myśli, tzn. chłopaki wygrali drużynówkę i pojadą na finał ogólnopolski do Zakopanego, Franek wygrał indywidualnie za co dostał uścisk ręki prezesa LZS, ale niestety same zawody się przedłużyły i do Kościerzyny wyjechaliśmy po 16. 180 km za kółkiem przy akompaniamencie ulewy zadziałało na mnie bardzo przymulająco, i gdy po 19 dotarliśmy do bazy start w zawodach był ostatnią rzeczą na jaką miałem ochotę. Gdy wchodziliśmy do szkoły część uczestników już startowała, my mieliśmy 61 minutę startową, więc zostały nam jakieś 50 minut na przygotowania.

Bardzo podoba mi się opcja startu interwałowego z możliwością biegu w zespole. Wszyscy muszą od początku czytać mapę, są zdani tylko na siebie i nie tworzą się tramwaje. Dodatkowo jak ktoś biegnie szybciej co rusz wyprzedza kolejnych zawodników co daje dodatkowego kopa. Na szczęście tuż przed naszym startem przestało padać co poprawiło nam trochę nastroje i z całkiem sporą werwą ruszyliśmy na trasę.

Początek trasy

Już na pierwszy punkt przytrafił nam się mini błędzik. Raz, że pierwszy raz biegliśmy na mapie w skali 1:25000 i nie do końca ją czuliśmy, dwa, że w terenie nie było dwóch dróg, którymi chcieliśmy pobiec. Uznaliśmy, że cięcie przez las już na pierwszy punkt jest zbyt ryzykowne i cofnęliśmy się asfaltem do wcześniejszej drogi i nią bezproblemowo już trafiliśmy na punkt. Na dwójkę trzeba było przebiec ponad kilometr asfaltem, na którym kompletnie wyłączyliśmy myślenie. Asfalt się skończył, a nam przestał teren grać z mapą. Niby się zgadzało, ale kierunek ciutkę nie taki, skrzyżowania trochę pod złym kątem. W pewnym momencie dobiegliśmy do rozwidlenia i stwierdziliśmy, że już nie wiemy gdzie jesteśmy. Nadbiegł jakiś chłopak i spytał ” z której strony atakujecie ten punkt”, na szczęście był na tyle życzliwy, że przy okazji pokazał nam gdzie się znajdujemy. Jak się okazało asfalt skończył się ok. 500 m wcześniej niż na mapie (zazwyczaj asfaltów w terenie jest więcej niż na mapie, a tu taki psikus). Razem z nim dobiegliśmy na dwójkę. Na trójkę rzuciło nas trochę na odbiegu przy obieganiu bagienka i wypadliśmy nie do końca na tę ścieżkę, na którą powinniśmy, na szczęście w porę się zorientowaliśmy i punkt numer 3 również zaliczyliśmy dość sprawnie i właściwie dopiero w tym momencie poczuliśmy się trochę pewniej w nowej skali i wszystko zaczęło nam w czasie biegu pasować.

Co to jest LOP?

Kolejne punkty zaliczaliśmy w pełnym biegu, podchodząc tylko pod co bardziej strome górki. Na piątce Damian odkrył, że na mapie są podane odległości do poszczególnych punktów i to nas trochę podłamało, bo okazało się, że przebiegliśmy dopiero 10 km a przed nami jeszcze 43. Dodatkowo w opisach istnieje magiczne hasło LOP, które gdyby nie zeszłoroczna IWW, kojarzyłoby mi się tylko z Ligą Ochrony Przyrody. Tak wiedzieliśmy już, że jest to linia obowiązkowego przejścia i udało nam się ją nawet zlokalizować na mapie, ale niestety nie wiedzieliśmy o tym fragmencie nic więcej. Przy PK5 należy też wspomnieć o sposobie potwierdzania punktów jaki miał miejsce na Tułaczu. Otóż do dwuwymiarowych lampionów (na szczęście z odblaskami) przywiązana była olejna kredka, którą na karcie należało wpisać kod znajdujący się na lampionie. Na piątym punkcie tej kredki nie było, więc wywnioskowałem, że dlatego w wyposażeniu obowiązkowym był długopis i kod wpisaliśmy nim. Jak się okazało zrobiliśmy to prawie dobrze i miało to dość smutne konsekwencje, o czym później.

WTF? Czyli dogoniliśmy Andrzeja Buchajewicza

Na szósteczkę nie baliśmy się już ściąć przez las co nie wyszło nam idealnie, ale znacznie skróciło drogę. Przed siódemką minęliśmy dwóch Wielkopolan: Staszka Kaczmarka i Macieja Kłosowicza, którzy krzyczeli za nami „Gdzie się tak spieszycie?” Jak na dziewiątce dogoniliśmy Andrzeja Buchajewicza z kompanem coś mi zaczęło śmierdzieć. Wspólnie zaliczyliśmy wspomniany wcześniej LOP podczas którego 2 razy przekraczaliśmy rzekę Pilicę (raz po uda w wodzie, z powrotem po zwalonym pniu). Po „lopce” ruszyliśmy sami na dziesiątkę zostawiając pana Andrzeja z tyłu, ścięliśmy przez zagajnik i wypadliśmy idealnie na punkt. Był to jedyny punkt do końca trasy, który podbiliśmy sami tzn. bez zespołu A. Buchajewicz i R. Janus i jak się okazało jedyny, na którym wspomniani panowie zrobili błąd. Z resztą większość zespołów właśnie na tym punkcie zaliczała tzw. „stowarzysza”.

Marszobiegiem do mety

Byliśmy mniej więcej w połowie trasy a czas oscylował w granicach 4 godzin. Masakra jakaś biorąc pod uwagę, że 3 ostatnie 50-tki kończyłem z czasem poniżej 5h 20min. Spokojnym marszobiegiem zaliczaliśmy kolejne punkty, na dobrych drogach biegliśmy przy punktach przechodziliśmy do marszu, żeby wejść na pewniaka. W drodze do mety zaliczyliśmy jeszcze 3 orzeźwiające przejścia przez kanał (za każdym razem zmoczone jajka :( ), przejście przez płot, przejście przez wioskę, gdzie na szczęście złowrogo wyglądające 4 pary oczu na środku drogi okazały się być kotami a nie psami. O 4:41 dotarliśmy na metę w Kościerzynie, na trasie spędziliśmy równo 8h 40min.

Rozwiązanie zagadki

8h 40min okazało się być najlepszym czasem na tej trasie? Ale jak to? Trasa była dość trudna, ale bez przesady. O co kaman? A no właśnie, Tułacz okazał się być imprezą nietypową, gdzie o miejscu nie decydował czas, ale ilość punktów karnych, należało się tylko zmieścić w limicie 12 godzin. No i wszystko się wyjaśniło. 30 zespołów miniętych przez nas po drodze nie próbujących nawiązać walki, pan Andrzej B., który potrafi 100 km zrobić w 10 godzin, a tu człapiący naszym tempem.  No nic to, może ni potrzebnie biegliśmy tak szybko, ale wydawało mi się, że wszystkie punkty mamy dobrze, więc i tak powinniśmy wygrać. Niestety na felernym_piątym_punkcie źle wypełniliśmy kratkę. Oprócz kodu punktu należało jeszcze wpisać BK (Brak Kredki) i za ten poważny błąd zostaliśmy ukarani 10 punktami karnymi, co spowodowało, że znaleźliśmy się na czwartym miejscu :(

Ze względu na swoją dziwną formułę Tułaczy w przyszłorocznym kalendarzu MnO zabraknie, a szkoda. Trasa pod względem nawigacyjnym -REWELACJA. Gdyby punkty karne zamienić na minuty karne byłaby to moja ulubiona impreza w sezonie.

Mapy z Tułacza tutaj

Na trasie testowaliśmy nowe żele firmy SIS – całkiem spoko. http://sis-sport.pl/

 

 

 

III Rajd Konwalii – cel osiągnięty (relacja Władka)

Wstęp
W związku z tym, że żaden zawodnik z Rajdkonwalii.pl Team nie startował na trasie Extreme, postanowiłem sam napisać relację z tego rajdu (biorę przykład z Marka). W końcu niedługo będziecie mogli mnie znaleźć na listach startowych z nazwą klubu „Rajdkonwalii.pl Team”. Zdradzę, że cały czas trwają negocjacje nad moim transferem do tego klubu. Lampion Jeziorki zażądał sporej sumki i Rajdkonwalii.pl Team staje na uszach, żeby pozyskać fundusze. Żarty żartami…. Przejdźmy jednak do mojej osobistej relacji z III Rajdu Konwalii.
Start
Miejsce startu znajdowało się ok. 20 km od Moch przed pałacem we Włoszakowicach. Z Moch wyruszyliśmy o 21:20. W autobusie Tomek Marciniak wyjaśnił nam, o co dokładnie będzie chodzić i czego możemy się spodziewać na trasie. Potem rozdał mapy. No i zaczęło się obmyślanie wariantów. Rzuciłem okiem na mapę i stwierdziłem, że trasa będzie dosyć trudna (tak też było, ale może o tym później). Na miejsce dojechaliśmy przed 22, założyliśmy czołówki, sesja zdjęciowa i start. Oczywiście wszyscy, jak to zwykle bywa na starcie, byli weseli i uśmiechnięci. Pomknęliśmy jak strzały. Do pokonania mieliśmy ok. 100km.
Punkt pierwszy
Wystartowaliśmy w pięciu: Mateusz Hoffmann ( zwany Patelą), Kornel Jaskuła, Dominik Wels (pseudonim Wąs) i Waldemar Binkowski. Tempo mieliśmy dosyć szybkie. Patela umilał nam bieg rozmową, więc droga do pierwszego punktu minęła dość szybko. Trasa nie była zbyt skomplikowana. Najpierw biegliśmy drogą wzdłuż torów kolejowych, potem w lewo do Cegielni. Tam zbyt wcześnie skręciliśmy w prawo w drogę, której na mapie nie było i dobiegliśmy do pola kukurydzy. Bez namysłu wbiliśmy się w tę kukurydzę i przebiegliśmy do ścieżki jakieś 200m. Do punktu dotarliśmy prawie idealnie.
Punkt drugi
I tu zaczęły się pierwsze problemy. Od jedynki odbiegliśmy ścieżką do drogi Boguszyn – Krzycko. Następnie chcieliśmy złapać ścieżkę do dwójki, ale to się nie udało. Trochę musieliśmy przedzierać się przez gęste pokrzywy i jeżyny. Żałowałem, że założyłem krótkie spodnie. A Marek uprzedzał przed startem, żeby założyć długie….. Ja jednak uważałem, że jestem twardy i nie posłuchałem go. Na dwójeczkę wyrzuciło nas na prawo, ale na szczęście odnaleźliśmy się przy leśniczówce, która była zaznaczona na mapce do zadania specjalnego. Szybka nawrotka, troszkę paniki i nasza grupka lekko się rozdzieliła. Na początku ciężko było mi wyczuć skalę, bo dawno nie biegałem na typową orientację. Kawałek przebiegłem punkt.
I ZS
Jako pierwszy punkt wybraliśmy punkt A. Tutaj nie było żadnych problemów. Najpierw ścieżką wzdłuż jeziorek, potem po polu, w lewo pomiędzy płotami, troszkę po krzaczorach i jest. Z A do C nie ma co się rozpisywać. Punkt D również łatwo znaleźliśmy. Muszę przyznać, że punkty bardzo dobrze świeciły się w nocy. Trochę to ułatwiało nam poszukiwania. Na E znowu musieliśmy trochę pobiegać po łące i niewielkich pokrzywach. Również ten punkt nie sprawił nam kłopotu. Do punktu H biegliśmy ścieżką na wschód, potem na południe i znowu bez problemu dotarliśmy. Z H postanowiliśmy wybrać wariant najpierw na G. I tutaj rozeszły się częściowo nasze ścieżki, bo Wąs z Patelą pobiegli na B. Zostaliśmy więc w trójkę. Punkt G (jakkolwiek to brzmi) znaleźliśmy łatwo. Potem wbrew pozorom idealnie wpadliśmy na punkt B. Myślałem, że na łące napotkamy bagna, ale na szczęście nic takiego nie było. Ostatni punkt na trasie zadania specjalnego zakończył naszą dobrą passę. Znajdował się w jeżynach, pokrzywach – jednym słowem w chaszczach. Jego znalezienie zajęło nam ponad 20 minut. Przy okazji spotkaliśmy Wąsa, który odbiegał od pkt F. Zdziwiło mnie bardzo to, dlaczego biegł na południe, skoro nie było tam żadnego przejścia przez Samicę. Jak się później okazało stracił na tym dużo, bo faktycznie źle odczytał i musiał się wrócić. My z kolei na trójeczkę pobiegliśmy od góry i wprost na nią wpadliśmy.
Punkt 4
Chyba najdłuższy etap na całej trasie. Najbardziej nudny i senny. W końcu była to godzina, o której normalni ludzie już smacznie śpią. Od trójki dobiegliśmy bez problemu do Krzycka Wielkiego. Potem pędziliśmy drogą do Adamowa. Powoli dawały o sobie znać kryzysy w naszej ekipie. Kornel miał problemy żołądkowe i musieliśmy robić krótkie przerwy. W sumie mogłem wtedy uciec chłopakom, ale stwierdziłem, że trochę boję się biegać sam w nocy. Niestety nasz zaplanowany wariant nie wypalił, bo okazało się, że ścieżka, która według naszych wyliczeń, prowadziła idealnie do punktu, szła zupełnie w innym kierunku. W tym wypadku musieliśmy nadrobić około kilometr drogi. Na punkcie zrobiliśmy sobie kolację. Uzupełniliśmy bukłaki wodą, wypiłem red bulla (który miał dodać mi skrzydeł), zjedliśmy coś i ruszyliśmy dalej.
Punkt 5
Tutaj nie było większych problemów. Ścieżki w miarę się zgadzały i punkt ładnie nam zaświecił. Po drodze powoli zacząłem zasypiać i można powiedzieć, że na jakiś czas straciłem kontakt z chłopakami. Oni coś do mnie mówili, a ja nie kontaktowałem. Pojawiły się poważne problemy z żołądkiem i nawet przeszło mi przez myśl, żeby zejść z trasy, ale jakoś sobie poradziłem. To był pierwszy i na szczęście ostatni mój kryzys.
Punkt 6
Na szósteczkę pobiegliśmy chyba ścieżką, na południowy-wschód. „Chyba” , bo naprawdę słabo już wtedy kojarzyłem.
Punkt 7
Zbliżał już się świt, gdy byliśmy w drodze na siódemkę. Wydawało nam się, że będzie coraz łatwiej. Niestety pomyliliśmy się. Wybraliśmy wariant z prawej strony. Liczyliśmy na to, że uda nam się znaleźć mostek przez kanał. Nadziei dodawał nam fakt, że nowopoznany Waldemar mieszkał kiedyś w okolicy i twierdził, że wie dokładnie, gdzie jest ten mostek. Niestety mostka nie znaleźliśmy. Za bardzo rzuciło nas na prawo. Przy okazji przedzieraliśmy się przez morze pokrzyw, które były wyższe ode mnie. Po około godzinie, ku naszemu zaskoczeniu, znaleźliśmy się na asfalcie prowadzącym do Zaborówca. Zostałem już tylko z Kornelem, bo Waldemar gdzieś nam uciekł. Byliśmy wściekli na siebie, że zaufaliśmy mu. No niestety zdarza się. Wniosek z tego taki, że należy wierzyć tylko sobie. Wkrótce bez problemu znaleźliśmy punkt. Wydawało nam się, że Wąs mógł nas wyprzedzić.
Punkt 8,9,10
Odbiegając od siódemki od razu znaleźliśmy feralny mostek, przez który nasza trasa wydłużyła się o ok. 4km. Powoli zacząłem się budzić, słońce uroczo wschodziło, odzyskiwałem siły. Około 1,5 km od ósemki Kornel powiedział, ż nie ma siły już biec i że mogę go zostawić. Od tego momentu zaczęła się moja samotna wędrówka. Punkty 8,9,10 były „zzómowane” na mapce do bno. Pierwszy raz się spotkałem z czymś takim na rajdzie, ale uważam, że to bardzo ciekawe rozwiązanie. Na ósemkę wybrałem wariant od zachodu przez bagna. Wtedy było mi już wszystko jedno. Bagna wciągnęły mnie i utworzyły na moich zmęczonych nogach czarne getry. Na punkt dziewiąty wszedłem idealnie. Na dziesiątkę trochę rzuciło mnie za bardzo na zachód, ale szybko nadrobiłem błąd i znalazłem punkt. Nieco zmyliły mnie płoty, które widziałem w lesie, ale nie zaznaczono ich na mapie.
Punkt 11
Przydała się mapka do orientacji, dzięki której wbiegłem na ścieżkę prowadzącą do punktu. W opisie punktu stał tu wigwam, ale w rzeczywistości była to tylko pozostałość po nim. Na punkcie usiadłem na momencik, napełniłem bukłak i schowałem wreszcie lampę (biegałem z nią na głowie mimo brzasku dnia, bo nie było czasu na zatrzymanie).
Punkt 12
Bez filozofii, ścieżką którą dobiegłem na jedenastkę, ruszyłem w prawo ok. 2 km. Potem znowu w prawo i po wbiegnięciu trochę w głąb lasu, znalazłem punkt na szczycie górki.
Punkt 13
Z początku wydawało się, że będzie to banalny przebieg, lecz niestety pozory mylą. Z mapy wynikało, że biegnąc z dwunastki, uda mi się idealnie wpaść na trzynastkę. Okazało się niestety, że nagle w lesie wyrosła jakaś ścieżka, która zupełnie mnie zmyliła. Na szczęście straciłem tam tylko 15 min.
Punkt 14
Kolejne zadanie specjalne (to, co Władki lubią najbardziej). Jakoś na BnO szybciej czas leci. Jest więcej szczegółów, na które można zwrócić uwagę. Od trzynastki pobiegłem na północ do szerszej ściechy, potem w lewo i po 0,5 km na góreczce stał punkt.
Punkt 15
Tutaj wybrałem wariant ścieżkowy z prawej strony. Stwierdziłem, że moje nogi więcej nie wytrzymają „łaskotania jeżyn”.
Punkt 16
Z mapki wynikało, że las powinien być „biały”, czyli przebieżny. Może był taki, ale wolałem wybrać sposób mniej bolesny czyli ścieżkę. W „zielonym” punkt znajdował się w ogromnym mrowisku. (obok mrowiska;p)
Punkt 17
Nogi niosły mnie coraz szybciej, bo zbliżałem się do kajaków. Na siedemnastkę dobiegłem bez problemu. Jak się okazało później ten punkt dał w kość niektórym dobrym zawodnikom (np. Pateli)
Punkt 18
Najpierw do Górska. Bardzo łatwy przebieg. Słoneczko zaczynało grzać coraz mocniej. Z Górska wbiegłem na ścieżkę, która dochodziła prawie do punktu. No i zaczęło się „czesanie”. Wydawało mi się, że jestem bardzo blisko. Nagle zauważyłem lampion na drzewie. Dobiegłem do niego, a tam okazało się, że punktu nie ma. Zadzwoniłem do Franka. Po rozmowie okazało się, że lampion oznacza przejście przez bagno, a punktu mam szukać kawałek wcześniej. Po chwili punkt znalazłem. Z mapy w skali 1:50000 ciężko odczytać, że punkt znajduje się po prawej stronie gęstwinki (dlatego szukałem po lewej).
Punkt 19-kajaki
Z tego całego zamieszania przy odbieganiu od osiemnastki ustawiłem źle mapę i zacząłem się cofać. Na szczęście jacyś biwakowicze uświadomili mi to i wróciłem… do punktu z lampionem, który oznaczał przejście przez bagna. Moje myślenie po około 12 godzinach biegu było już lekko zaburzone. Przebiegłem przez tereny podmokłe. Następnie przez mostek dzielący Jezioro Wieleńskie i Osłonińskie, potem wzdłuż brzegu aż do plaży. Tam czekali na mnie Marysia z Frankiem. Okazało się, że jestem pierwszy. Trochę byłem zdziwiony zwłaszcza, że zaliczyłem te dwie „wtopy”. Poczęstowałem się pysznym placuszkiem drożdżowym, strzelili mi kilka fotek i ruszyłem w drogę – tym razem kajakiem. Punkty kajakowe nie były wymagające. Całość zajęła mi prawie dwie godziny. Ręce bolały, ale żyłem myślą, że zostało już „tylko” 15 km.
Punkt 20
Wybrałem wariant bardziej pewny, żeby nie popełnić niepotrzebnego błędu. Punkt znalazłem od razu. Pomogła mi mapka do BnO.
Punkt 21
Z dwudziestki droga szła prawie centralnie do punktu. Góra Babulina była mi już znana z innych imprez, tak więc nie miałem z nią problemu.
Punkt 22
Tak zwany punkt na za….nie. Z daleka widziałem wiatrak, który znajduje się tuż przy szkole, ale musiałem biec w innym kierunku. Trochę poprzebijałem się przez zaorane pola, kukurydzę, ziemniaki, pszenicę inne uprawy rolne. Mój bieg przypominał bieg wiekowego staruszka, ale nadal poruszałem się!
Meta
Wybrałem wariant od lasu. Po 20 minutach dotarłem wreszcie do mety. Łączny czas 16:21. Zająłem pierwsze miejsce. Mój cel na ten sezon został osiągnięty. Myślę, że Rajdkonwalii.pl Team dużo zyska na transferze.
Zakończenie
Organizatorom należą się wielkie podziękowania za przygotowanie tak ciekawej imprezy. Marek naprawdę postarał się, żeby trasa była nie tylko interesująca, ale i wymagająca. A jak smakował chlebek ze smaluszkiem, ogórkiem i zimne piwko! Dobrze czułem się w rodzinnej atmosferze, którą udało się stworzyć organizatorom. Brawo!

Władek S.

Na Szagę w Trzcielu

Po prawie 3 miesiącach przerwy wystartowałem w kolejnym maratonie na orientację na 50 km. W międzyczasie odbyło się 10 imprez z cyklu PMnO i z dobrego miejsca w okolicach pierwszej dziesiątki zajmowanego po Harpaganie spadłem na odległą 35 lokatę w klasyfikacji. Na zawody w Trzcielu zgłosił się również Władek, który po startach „na doczepkę” jako Lampion Jeziorki czy Studenciaki, w końcu uznał, że jego serce ma kształt konwalii i wystartował pod naszym szyldem (podobno koszulki z jego nazwiskiem w sklepiku klubowym idą jak ciepłe bułeczki :P ). Po niezbyt silnie obstawionych ostatnich kliku zawodach z cyklu PMnO na „Szagę” zjechało wiele osób z tak zwanej czołówki. Bogdan Rycerski, Mariusz Plesiński, Piotr Karolczak, Robert Zabel, Tomasz Banach, każdy z nich na płaskim maratonie wygrałby ze mną o co najmniej godzinę… Do tego dobrzy nawigatorzy spod Warszawy – małżeństwo Wanat. Walka zapowiadała się ciekawie.

Wystartowaliśmy z Władkiem spokojnie puszczając czołówkę przodem i już na pierwszy punkt popełnili oni błąd nie zauważając odbicia w lewo, a potem torów, które nota bene w międzyczaise zniknęły i został po nich tylko zarośnięty nasyp. Podbiliśmy jedyneczkę i polecieliśmy dalej. Na drugi PK wybraliśmy wariant torami (których nie było). Po nasypie biegło się ciężko i chyba do końca nie czułem jeszcze skali mapy, bo w pewnym momencie zwątpiłem i stanąłem na chwilę myśląc, że jesteśmy już za daleko. Ta chwila zawahania kosztowała nas może minutę i zostaliśmy dogonieni przez kilku zawodników. W drodze na trójeczkę złapaliśmy przecinkę, której nie było na mapie, ale biegła idealnie w naszym kierunku, a nas złapał Tomak Banach i troche pozabawiał nas rozmową. Przecineczka wyprowadziła nas idealnie na mostek przed trójką i tam spiknęliśmy się z czołówką: Piotr Karolczak, Bohdan Rycerski, Mariusz Plesiński. Tomek Banach podłączył się do nich i pognali do przodu na oko półtora raza szybciej od nas. Mój autorski wariant na PK4 okazał się być nie do końca trafiony, co prawda zaoszczędziliśmy ok. 800m, ale polana przez którą musieliśmy przebiec 500m okazała się być podmokłym polem pokrzyw po pas przeplatanych ostem. Bieg przez takie coś w krótkich spodenkach nie należy do tych rzeczy, które polecałbym przyjaciołom. Przed samym punktem spotkaliśmy panów BR i MP, razem podbiliśmy punkt a oni pognali dalej sami. Krótkie przebiegi 5-6-7 poszły nam bardzo sprawnie, trochę konsternacji na szóstce bo nie było lampionu a na drzewie wisiał tylko perferator, natomiast na siódemce wisiał sam lampion bez perferatora, więc cyknęliśmy sobie foteczkę, jako dowód, że „my tu byli”. Mimo, że mapa miała ok. 40 lat to poza torami i kilkoma mniejszymi dróżkami wszystko było na miejscu, poważniej zdziwiliśmy się tylko, gdy biegnąc na ósemkę asfaltem przez Borowy Młyn w poprzek drogi wyrósł nam płot, a uprzejmy Pan powiadomił nas, że przejść się nie da. Postanowiliśmy obiec płot i na szczęście aż tak dużo drogi nie nadłożyliśmy. Potem spokojnie przez kemping nad jeziorem Stobno i na szagę do „naszej” przecinki, która niestety po kilkudziesięciu metrach się skończyła. Dalej na szagę do kolejnej drogi, na której skrzyżowaniu z „naszą” przecinką powinien stać punkt. Ja pobiegłem w prawo, a Władek w lewo, na szczęście mój kierunek okazał się dobry i to nie ja musiałem nadkładać drogi. Sam punkt ulokowany był dość dziwnie, jakieś 50m od skrzyżowania, na którym wg mnie powinien stać. Na punkcie spotkaliśmy panów MP i PK. W drodze na PK9 trzeba było pokonać rzekę Obrę, przebieg był tak skonstruowany, że biegnąc do mostu nadkładało się ok. 3km, także prawie wszyscy wybierali wariant z braniem rzeki wpław. Dobiegliśmy z Władkiem do rzeki i próbowaliśmy zaatakować w jednym miejscu, ale po pewnym momencie się wycofalismy i uderzyliśmy obok, gdzie dojście do rzeki było łatwiejsze. W międzyczasie z trzcin wyszedł MP, który uznał, że przeprawa w trójkę jest bezpieczniejsza niż w pojedynkę. Rzeka miała jakieś 6m szerokości, a prad był całkiem wartki, sprawy nie ułatwiały też wysokie trzciny rosnące po drugiej stronie. Po kilku sekundach machania łapkami i nóżkami wygramoliłem się na drugim brzegu a tam pozarastane trzciną bagno, miejscami głębsze niż 2m i znowu trzeba było pływać, tym razem w wodzie ciut brudniejszej i bardziej śmierdzącej. Przebieg na 9PK był najdłuższym na naszej trasie i na szczęście udało się go wykonać bezbłędnie, jednak po tej chłodnej kąpieli zaczęły mnie łapać skurcze w udach, które nie odpuściły, aż do końca trasy. W drodze na PK10 moje tempo było już dość ślamazarne i widziałem, że Władek powoli zaczyna się irytować. Na jakieś 500m przed punktem minęliśmy się z Panem MP, który biegł już na przedostatni 11PK. Nasza strata w tym miejscu wynosiła jakieś 6 minut. Podbiliśmy punkt i po 300m minęliśmy pana BR, po 700m pana PK i potem jeszcze jakiegoś chłopaka. To, że mamy ogon dodało mi trochę sił, ale ciągle byłem kamieniem u nogi dla Władka, w pewnym momencie za naszymi plecami wyrósł jak spod ziemi Robiert Zabel, którego nie widzieliśmy przez całą trasę. Wydawało nam się, że biegniemy na podium, więc zwolniłem Władka z holowania mnie do mety i puściłem go razem z Robertem. Nie oddalali się w jakimś zabójczym tempie i przez cały czas miałem ich w zasięgu wzroku. Przed samym wbiegnięciem do lasu miałem może 2min straty. W lasku postanowiłem zwolnić, aby nie popełnić głupiego błędu w końcówce. Punkt wydawał mi się stać ciut za daleko, ale to może wina mojego wolnego tempa. Niestety na punkcie dogonił mnie PK, tempo biegu miał takie jakby dopiero co wystartował. Na ostatni 12PK trzeba było przebiec ok. 2km asfaltową drogą, a potem juz tylko kilometrowy finisz przez Trzciel na metę. Po wybiegnięciu na asfalt, PK już nie było widać, natomaist jakieś 100m przede mną biegła moja mama, która startowała na trasie 25kilometrowej. Dogonienie jej zajęło mi dobrą chwilę, grzecznie zapytałem o godzinę (jak na zawodowców przystało biegliśmy bez zegarka), okazało się, że jest 13.52. Kurcze… prawie 3km w 8min… nie ma szans. I znowu nie uda się zejść poniżej 5h. Ostatecznie zafiniszowałem z czasem 5h06min. Władek uciekł mi 8 minut co na 7km jest przepaścią. Niestety nie posiadam trackera GPS, ale nasz wariant licząc z mapy wyszedł nam ok. 43,5km, więc znowu udało się ładnie skrócić dystans zakładany przez budowniczego :) Niestety nie do końca wiemy, które zajęliśmy miejsca, bo podobno 2 zawodników, którzy dobiegli przed nami nie odnalazło jedenastki i kłóciło się, że źle stał. Jeśli punkt zostanie im uznany zajmiemy miejsca: Władek 4 a ja 7, natomiast jeśli nie zostanie im uznany Władek wskakuje na 2 miejsce a ja na 5.

Użyte w opisie inicjały to panowie Bogdan Rycerski (BR), Mariusz Plesiński (MP) oraz Piotr Karolczak (PK).
Mapa z naszymi przbiegami. Czyste mapy na stronie zawodów: http://szaga.fla.pl

On-Sight AR Lubniewice

Jako, że nie jestem tak biegłym w piórze jak Marek, mój raport będzie krótki i zwięzły.
A więc rajd On-sight, miejsce tak jak w roku poprzednim – Lubniewice.
Start
O 9:00 piękna pogoda, dużo słońca tylko pod koniec się trochę zepsuła i lunął deszcz. Na ryneczku, runda honorowa i ruszyliśmy w trasę.
Na pierwszy punkt:
Trzeba było przedrzeć się przez las z rowerami na plecach, gdyż nie prowadziła do niego żadna ścieżka.
Na drugi punkt:
Wpadliśmy razem z Gena Team i tam również trzeba było wnieść rowery. Po wyprowadzeniu rowerów z lasu bach! Dziura w przednim kole. Wymiana dętki zajęła nam 6 minut i wyprzedziły nas dwa teamy.
Na trzeci punkt:
Wybraliśmy wariant asfaltowy, wydawało nam się, że będzie pewne wejście na punkt. Opis punktu Koźli Kamień tuż za rozwidleniem, po 10 minutach szukania napotkaliśmy tubylca, ktory pokierowal nas na owy kamień, ale punktu nie mogliśmy znaleźć. W międzyczasie nagromadziło się ok. 9 ekip i gdy w końcu ktoś znalazł lampion, można powiedzieć, że wyścig zaczął się od nowa. Podczas poszukiwań zauważyłem, że z przedniego i tylnego koła powoli schodzi mi powietrze. Nie mieliśmy już żadnej dętki na zmianę, także podjęliśmy decyzję, że będziemy dopompowywać.
Punkt czwarty:
Wydaje mi się, że spory błąd na wariancie, bo znowu wybraliśmy asfalt i trochę kilometrów nadrobiliśmy. Podczas tego przelotu cztery razy dopompowywałem powietrze i na każdym takim postoju uciekały po dwie cenne minuty. Na samym wejściu wjechaliśmy w przecinkę za wcześnie i co prawda było tam kilka głazów, ale przy żadnym nie bylo punktu. W końcu cofnęliśmy się do drogi i kawałek dalej 100m wgłąb lasu był punkt.
Przelot z czwórki do bazy:
Fatalny błąd, zamiast na rynek (obok którego przejeżdżaliśmy) zajechaliśmy w miejsce oznaczone kwadratem, tam kazali nam zostawić rowery w bazie (która była na rynku) i wrócić pieszo, w ten sposób dołożyliśmy sobie 1,5 km. Trochę nas do podłamało, ale wzięliśmy jedną z dziurawych dętek i ruszyliśmy na rower wodny.
Rower wodny
Słoneczko grzało, pedałowaliśmy i jakoś te punkty zaliczyliśmy. Przed nami było 5 ekip i niestety nic nie udało się na tym urządzeniu podgonić. Podczas płynięcia załataliśmy dętkę.
BnO
Zdaliśmy rower i wyruszyliśmy na naszą koronną konkurencję. Niestety organizatorzy ukrócili nam trasę o 2 punkty i z pięciu zostały trzy. Na pierwszy punkt coś tam można było ściąć, ale głównie szło się drogami, atrakcją byla przeprawa przez rz. Lubniewkę. Drugi – cały czas drogą, można powiedzieć, że wzdłuż kreski i wejście 50 metrów w las. Trójka już trochę trudniejsza nawigacja, początek ok. 1 km drogą, potem dwie przeprawy, najpierw przez Lubniewkę, a potem przejście przez znane nam z zeszłego roku drzewo nad bagnem. Sam punkt stał w dość zarośniętym obniżeniu. Powrót do bazy ok. 3km jedną przecinką.
Trekking
Dosyć mocno chciało nam się pić, więc zakupiliśmy 3 litry wody, zmieniliśmy dętkę i udaliśmy się na trekking. Kolejny raz przeprawa przez znaną nam już Lubniewkę, tym razem w miejscu gdzie było pasmo szerokości ok. 15 metrów monstrualnych pokrzyw. Z doświadczenia wiedząc, że przyjęcia takiej dawki na mokre ciało kończy się trzema nieprzespanymi nocami, postanowiliśmy wyciąć sobie drogę przy użyciu prowizorycznych „maczet”. Na samym punkcie dogoniliśmy zespół Misie Logistysie, w którego składzie był orientalista Dawid Sobański. Mając do wyboru pomiędzy łatwym wariantem w pełnym słońcu, a trudniejszym, ale przez las, wybraliśmy ten drugi. Ok. 500 metrów musieliśmy iść przez pole, liczyliśmy na jakąś miedzę, albo chociaż wydeptaną traktorową ścieżkę niestety nic z tego i mieliśmy do pokonania najpierw pasmo żyta, potem pszenicy a na koniec dojrzałego rzepaku, który jest naprawdę niezłym utrudnieniem. Punkt ambona świecił się już z kilometra. Został ostatni punkt z trekkingu. Pewnie przycieliśmy przez las wypadliśmy na skraju pola i droga zaprowadziła nas do podnóża górki na której wisiał lampion. Podczas drogi do bazy pogoda zaczęła się psuć, najpierw zaszło słoneczko, potem się trochę ochłodziło i zaczęło lekko kropić, aż w końcu padać. Wpadliśmy do bazy, powiedziano nam, że mamy ok. 20 minut straty i jestesmy czwarci. Zostało 15 km roweru, no to gonimy.

Rower
Wsiadwszy na rower zauważylem brak powietrza w tylnym kole, dopompowałem jednak po przejechaniu 300 metrów, totalnie zeszło. No to nic, łatanie, wjechaliśmy pod daszek zajęło nam to troche więcej czasu niż przy wymianie dętki. Rozpadało się na dobre. W końcu ruszyliśmy w trasę, prosto asfaltem widzialem tylko tylne koło Pateli. Niezbyt pewni czy to już droga w którą mamy odbić, przez cały czas kontrowaliśmy kierunek i ładnie wyskoczyliśmy na mostku. Jeszcze coś koło kilometra i byliśmy na punkcie. Tam czekało na jednego z nas zadanie specjalne jakim była drabinka. Podczas gdy podbijałem punkt Patela ubrał się w uprząż i już zaczął się wspinać. Przytrzymałem mu drabinkę, żeby się za bardzo nie lyrała i mimo deszczu bez problemu wszedł i zszedł. Okazało się, że mamy 20 minut straty, ale nadal chcieliśmy walczyć. Na następny punkt Patela poprowadzil nas bezbłędnie, był to przelot którego najbardziej się obawialiśmy. Na drodze widzieliśmy świeże ślady kół i wciąż liczyliśmy, że uda nam się podjąć walkę. Jednak w końcówce gdy jechaliśmy w piachu, lekko opadłem z sił, a słowa Mateusza „Franek, chyba Ci powietrze z tyłu schodzi”, kompletnie mnie załamały. W końcu dowlekliśmy się do asfaltu, usiadłem Pateli na kole i udało się dojechac do mety.
Meta
Cali przemoczeni wjechaliśmy na metę o 19:30, nie takiego czasu spodziewaliśmy się po trasie Speed. Pierwsze miejsce zajęła Navigatoria (9:37), drugie Harpagan (9:59), trzecie Gena Team (10:21)

Podsumowanie:
Bardzo ciepło. Pech z dętkami. Wydaje nam się, że źle ustawiony punkt. Szkoda, że skrócono orientację. Rower wodny to dobry pomysł jako alternatywa kajaku na trasie Relax naszego rajdu.

Wnioski:
Na następny rajd wziąć jedną dętkę więcej.
Dętkę zmieniać, albo jak trzeba łatać od razu, a nie bawić się w dopompowywanie.
Na przepaku jak tylko jest możliwość zostawić sobie jakieś picie.
Omijać pola rzepaku.
Uważniej słuchać komunikatów organizatorów odnośnie przebiegu trasy.

Parostatkiem w piękny rejs – czyli Navigatoria AR

Tegoroczny Navigatoria Adventure Race miał być moim pierwszym startem w rajdzie przygodowym na trasie długiej. Do tej pory startowałem tylko na tzw. trasach dziecięcych i tu chciałem się sprawdzić czy dam radę wytrzymać 200km ścigania non-stop. Sam rajd zapowiadał się super, okolice trójmiasta to niemalże Mekka polskich biegaczy na orientację – super teren, super mapy. Rower w tych okolicach też zapowiadał się ciekawie, do tego kajaki po Zatoce Puckiej – jednym słowem przygoda na całego. Na rajd zgłosiłem się z Mateuszem Hoffmannem, szerzej znanym jako Patela. Mój nominalny rajdowy partner, a jednocześnie rodzony brat, Franciszek w tym czasie biegał Klubowe Mistrzostwa Polski, więc pożyczyłem od niego jego nowy wypasiony rower.
Trasa rajdu wynosiła 194km, na odprawie dowiedzieliśmy się, że po pierwszym 5km biegowym odcinku po centrum Sopotu zostaniemy przetransportowani statkiem do Helu. Niestety czas trwania podróży liczył się do limitu, który w tym momencie na całą trasę wynosił ok. 22h, lecz mimo wszystko zadanie jakie sobie postawiliśmy – ukończyć całość – wydawało się wykonalne.
Etap 1 – BnO – 5km
Rajd startował o 23.00 z sopockiego molo. Wcześniej wszystkie zespoły zostały obfotografowane i przedstawione wszystkim wieczornym, molowym spacerowiczom. Trasa w formie scorelaufu (kolejność zaliczania punktów dowolna) z odcinkiem specjalnym – trzeba było przebiec ok. 500m plażą i znaleźć ukryte tam 2 punkty. Zaczęliśmy inaczej niż większość od punktu na końcu molo, dobiegliśmy tam z jednymi z faworytów – Sabiną Giełzak i Marcinem Krasuskim, potem oni pobiegli w prawo od razu na odcinek specjalny, to my prosto na resztę trasy. Niestety punkty były dwu-wymiarowe i nie było do nich opisów, dlatego na większości z nich traciliśmy trochę czasu na znalezieniu po ciemku lampionu przyklejonego gdzieś do drzewa. murku czy bramy. W piątek o 23 na Monciaku można spotkać bardzo ciekawych ludzi, można by powiedzieć elitę tego kraju, więc kilka razu zostaliśmy zwyzywani i wyśmiani od górników, ale zdarzało się również usłyszeć coś w rodzaju dopingu. Wszystko szło gładko do ostatniego punktu przed odcinkiem na plaży. Dobiegliśmy do zakrętu strumienia, a punktu nie ma. Razem z nami kręciło się tam kilka ekip i tak przez dobrych parę minut, w końcu Patela znalazł punkt, który stał przesunięty o ok. 100m. Okazało się, że zespoły, które z nami go szukały dopiero wróciły z plaży i jest to ich pierwszy punkt z 9 na trasie. Nam została już tylko plaża, którą spokojnie zaliczyliśmy i o 23.41 ukończyliśmy pierwszy etap. Najlepsi wygrali z nami minutę.
Etap 2 – BnO – 8km
Na start drugiego etapu mieliśmy zostać przewiezieni statkiem do Helu, rejs trwał 2h, stateczkiem przyjemnie kołysało, dostaliśmy ciepłej herbatki i większość uczestników postanowiła się zdrzemnąć. Wszyscy rozbudzili się dopiero, gdy organizator rozdał mapy główne (na etap rowerowy, kajakowy, rolkowy i trekkingowy). Obmyśliliśmy z Patelą większość wariantów, podpatrzeliśmy jak planują jechać inni, mapa była wielką płachtą w formacie na oko A1, zadrukowaną z dwóch stron. Wyglądało to trochę przerażająco. Po przybiciu do brzegu zostaliśmy powitani przez burmistrza Helu i ruszyliśmy hadcicupowo na kolejny etap. My startowaliśmy jako 5 zespół, dostaliśmy mapę i ruszyliśmy ostro z kopyta. Niestety start na mapie był zaznaczony w innym miejscu, niż w rzeczywistości startowaliśmy i już na początku straciliśmy z minutę. Niestety również tutaj, mimo, że etap nazywał się bieg na orientację, mapa nie była specjalistyczną mapą do BnO tylko planem Muzeum Obrony Wybrzeża. Sam etap był całkiem spoko, polegał głównie na liczeniu ścieżek a potem szukaniu lampionów wśród bunkrów. Trochę trzeba było mieć szczęście, trochę dobre lampy (nasze Magicshine’y nadawały się do tego znakomicie). Na przebiegu na przedostatni punkt, spróbowaliśmy polecieć na azymut i wpakowaliśmy się w gęstwinę kosodrzewin. Nim się stamtąd wydostaliśmy dogoniły nas zespoły, które wcześniej wyprzedziliśmy, ale ostatecznie etap ten ukończyliśmy na 1 miejscu z zespołów, które zaliczyły wszystkie punkty :)
Etap 3 – Trekking – 20km
Nie zastanawiając się długo rozwinąłem mapę główną i ruszyliśmy na kolejny etap. Etap, który był jednym z głównych grzechów organizatora rajdu. 20km właściwie non-stop asfaltem wzdłuż Helu. Pierwszy punkt na tym etapie to wieża widokowa w Juracie. Biegliśmy spokojnie i już na samym początku wyprzedził nas Marcin z Sabiną, potem Salewa czyli Łukasz Warmuz i Maciej Mierzwa, a potem koledzy z poznańskiego Hadesu – Konrad Rochowski i Piotr Dopierała. Wydawało mi się, że wieża widokowa będzie widoczna z daleka, albo będzie na nią jakiś drogowskaz, więc nie skupiałem się na liczeniu dróg. Niestety przebiegliśmy o jedną przecznicę za daleko i musieliśmy się jakieś 200m cofnąć. Tutaj dogonił nas zespół Green Spires w składzie Łukasz Grabowski i Zuzanna Madaj, z którymi co rusz spotykaliśmy się potem na całej trasie. Na kolejny punkt mając dosyć asfaltów ścięliśmy przez las, a potem pobiegliśmy drogą wzdłuż plaży. Patela zaczął przymierać, więc zaproponowałem mu poruszanie się metodą Galla way – 5min biegu, 5 minut marszu. W ten sposób dotarliśmy do Kuźnic, gdzie czekał na nas przepak z energy drinkiem i kajaki.
Etap 4 – kajaki – 15km
Trzeba przyznać, że na kajak nam się nie spieszyło. Spokojnie ubraliśmy dodatkową bluzę, rękawiczki, wypiliśmy energy drinka, który trochę nas rozbudził i dopiero ruszyliśmy na kajak. Niestety nie udało nam się poprawnie założyć kołnierzy, ale fale nie wydawały się być wysokie. Mój pierwszy raz w kajaku z Patelą i od razu na morzu. To nie mogło się dobrze skończyć, tym bardziej, że obydwoje nie jesteśmy mistrzami kajakarstwa. Sam etap był dość monotonny, płynęliśmy wzdłuż półwyspu Helskiego, znosiło nas na lewo, w stronę zatoki, więc cała zabawa polegała na tym, żeby wiosłować właściwie tylko lewą ręką. Do pierwszego PK szło nam całkiem nieźle, potem niestety nasze lewe ręce się zmęczyły i inne teamy zaczęły nas doganiać i przeganiać. Zmieniliśmy taktykę i dawaliśmy się znosić w zatokę, a potem obracaliśmy kajak i płynęliśmy z falą. Nadrabialiśmy pewnie z 50% trasy, ale dzięki temu mogliśmy wiosłować obiema rękami i prawica też się trochę zmęczyła. Dość mocno wymoczeni dopłynęliśmy w końcu do Swarzewa, gdzie była meta tego etapu.
Etap 5 – rolki – 14km
Przebraliśmy się w suche rzeczy, uzupełniliśmy picie w bukłakach i ruszyliśmy na 2km bieg do startu etapu rolkowego. Bardzo fajna nowa ścieżka rowerowa prowadząca z Gnieżdżewa do Krokowej, roleczki jechały same. Niestety w patelowych rolkach zgubiło się jedno kółko i jego rolki nie jechały tak świetnie jak moje. Jechałem, więc za nim od czasu do czasu dodając mu prędkości pchnięciem w plecy. Po drodze zaliczyłem niegroźny upadek (w końcu trzeba nauczyć się hamować!) i koło południa dojechaliśmy do Krokowej, gdzie czekały na nas rowery.
Etap 6 – rower – 45km
Pateli mordka się trochę uśmiechnęła, bo w końcu rower to, to co teraz lubi najbardziej i w czym jest naprawdę mocny. Złapałem jego koło i ruszyliśmy, najpierw powoli jak, żółw ociężale, ale powoli się rozkręcaliśmy. Pierwszy punkt na tym etapie stał na sporej górce. Zostawiłem Patelskiego z rowerami u podnóża a sam wszedłem na górę odbić punkt. Kolejny przejazd postanowiliśmy nie ryzykować i pojechaliśmy mocnym objazdem, ale całość asfaltem. Dogoniliśmy „Zielone Iglice” i zaraz za nimi ruszyliśmy na kolejny punkt. Szło to bardzo szybko, bo w 90% jechaliśmy asfaltami. Koło 15 zjechaliśmy na punkt 15 :), gdzie był start do kolejnego etapu BnO
Etap 7 – BnO – 10km (w rzeczywistości 18)
Niestety spotkał nas kolejny zawód i ten etap również nie był rozgrywany na mapie do BnO, tylko na mapie topograficznej w skali 1:25000, a przynajmniej tak się wydawało organizatorom, bo skala mapy oscylowała w rzeczywistości w granicach 1:50000. Punkty na drogach, znowu tylko liczenie ścieżek – bez sensu. Dodatkowo 2 punkty stały w bardzo dziwnych miejscach. Ten etap to kolejny bardzo duży grzech organizatora. Całość zajęła nam prawie 3,5h. Część szliśmy, część truchtaliśmy, a znaczną część tego czasu straciliśmy na szukaniu tych dwóch dziwnie ustawionych punktów. Kończymy etap razem z Green Spires, zostaje nam 5,5h na pokonanie ostatniego 55km etapu rowerowego i na koniec OS-a rowerowego po plaży.
Etap 8 – Rower – 55km (w rzeczywistości dużo więcej)
Na pierwszy punkt pojechaliśmy spokojnie przez wejherowskie osiedla, tempo nie za mocne, ale na punkcie dogoniliśmy Green Spires (które szybciej pozbierało się po BnO) i zespół On-Sight Mix. Wbiegłem na górkę, na której powinien być punkt, chłopak z On-sight poinformował nas, że już tu trochę siedzi i szuka, i że punktu nie ma i że organizator powiedział, że mamy jechać dalej. To pojechaliśmy. W Wejherowie się rozłączyliśmy i z Patelą pojechaliśmy do sklepu uzupełnić zapasy picia (do tego momentu wypiłem już 6l). Potem ostry podjazd z Wejherowa do Gniewowa, na którym nie wytrzymałem i musiałem przez moment prowadzić rower. Na kolejny punkt znowu wybrałem wariant asfaltem, ale żółta droga tym razem okazała się nim nie być i w miejscowości Zbychowo walczyliśmy nie dość, że z ostrą górką to jeszcze po felgi w piachu. Potem zjazd do Nowego Dworu Wejherowskiego i punkt w miejscu gdzie rok temu była meta sztafet na Klubowych Mistrzostwach Polski. Znowu dogoniliśmy Green Spires i On-sight, ale niestety nie dojechaliśmy na punkt na czas i zadanie specjalne, które miało tam się odbyć było już zamknięte. Zainkasowaliśmy 3h kary. Ruszyliśmy na kolejny punkt i tu popełniłem swój największy błąd na rajdzie. Zaczynało się ściemniać, a ja zamiast znowu wybrać wariant objazdowy postanowiłem jechać przez las. Niestety drogi się nie zgadzały, dodatkowo na mapie pozaznaczane były ciemnozieloną przerywaną kreską granicę działów leśnych, które o zmroku wyglądały dokładnie jak drogi. Ok. 30min bez sensownego błąkania się po lesie, aż w końcu udało nam się z niego wyjechać i zaatakować punkt na pewniaka od asfaltu. Na liczniku mieliśmy już prawie 40km na tym etapie, a końca nie było widać. Za to coraz bardziej zbliżał się koniec limitu czasowego. Na Pk20 poprowadziłem już bezbłędnie przez las i na punkcie znowu dogoniliśmy Green Spires (który to już raz?). Łukasz stwierdził, że jadą już prosto na metę bo została 1h40min. Namówiliśmy ich, na jeszcze jeden punkt, bo wydawało nam się, że tylko wtedy zostaniemy sklasyfikowani. Pomknęliśmy asfaltem do Kielna. Green Spires postanowili wziąć punkt od dołu, mi wydawało się, że lepiej wziąć go od góry. Zostawiłem Patelę z rowerami na asfalcie i ruszyłem przez pole. Zostało nam 70min do końca limitu. Złapałem strumień i wzdłuż niego doszedłem do rozwidlenia. Punktu nie ma. Sprawdziłem opis – „Rozwidlenie strumieni”. Pobiegałem chwilę po okolicy. Punktu nie ma. Dzwonię do Pateli, żeby zgłosił to sędziemu. Po chwili oddzwania, że sędzia mówi, że punkt stoi 50m niżej. Czy oni specjalnie ustawili punkt w złym miejscu, żeby było trudniej? Zbiegłem 50 a nawet 100m niżej wzdłuż strumienia, punktu nie ma. Spojrzałem na zegarek – 50min do końca limitu. Decyzja – wracam do Pateli i jedziemy na metę. W międzyczasie Patela zasnął w rowie :) niestety zgasił wszystkie lampki i chwilę trwało zanim go odnalazłem. Zostało nam 45min a do mety ponad 20km. Zjeżdżamy do Kielna i spotykamy… tak Green Spires. Łukasz punkt idąc od dołu znalazł bez problemu… Jeszcze podjeżdża do nas policja i informuje, że podobno gdzieś w rowie leży pijany rowerzysta, i gdybyśmy go spotkali to mamy zgłosić. Po chwili dopiero dociera do nas, że ktoś widząc Patelę śpiącego w rowie zgłosił to na policję :) Nic mkniemy do mety, prędkość raczej nie spada poniżej 30km/h a jesteśmy już przecież ponad 24h na trasie a ponad 40h na nogach. Na koniec super zjazd do Sopotu i przejazd przez Monciak, który w sobotni wieczór jest zawalony imprezowiczami. Na molo dojeżdżamy 4min po czasie, ale zostajemy sklasyfikowani. Green Spires dojeżdżają dopiero 18min po nas. Rano okazuje się, że zajęliśmy 5 miejsce, a tylko jednemu zespołowi udało się zaliczyć wszystkie punkty.
Podsumowanko
Ostatecznie zrobiliśmy ponad 200km – ponad 50km biegiem, 15 kajakiem, 14 na rolkach i ponad 120km na rowerze. Tuż po zawodach bym tego nie powiedział, ale z perspektywy czasu uważam, że Navigatoria AR była spoko. Mam nadzieję, że w przyszłym roku organizator nie popełni tylu błędów, a przede wszystkim etapy BnO przeprowadzi na mapach do BnO i rywalizacja będzie bardziej sprawiedliwa.
http://sopot.pttk.pl/nar/

Bardzo szybkie ściganie w Gliwicach

Tegoroczny Rajd Miejski w Gliwicach był naprawdę bardzo szybki. Najlepszemu zespołowi pokonanie 110km trasy zajęło 6h24min, my straciliśmy do zwycięzców ciut ponad 1,5h zajmując 7 miejsce (5 w naszej kategorii). W zeszłym roku uplasowaliśmy się tu na 16 pozycji, więc poprawa jest znaczna :)
Rajd w Gliwicach podzielony jest na 2 etapy. Etap sobotni to 25km bieg w formie scorelaufu po Gliwicach, z wieloma nietypowymi zadaniami specjalnymi. Etap niedzielny ma około 75km (w tym roku miał prawie 90) i składa się na niego jazda na rowerze, kajaki, rolki oraz bieg na orientację + kilka zadań specjalnych. Dzieje się naprawdę dużo.
Sobota – pogoda 8 stopni, lekka mżawka
Mapy dostaliśmy na około 5 minut przed startem, który tego dnia wyznaczony był na godzinę 15.00. Chwilę zastanawialiśmy się nad kolejnością zaliczania punktów. Bardzo nie chcieliśmy biec tak samo jak Studenciaki (Władek i Patela). Raz, że mają oni więcej wprawy w wpychaniu się na zadaniach specjalnych, a dwa biegnąc osobno możemy coś zyskać na nawigacji. Niestety zarówno oni jak i zespół Hadesu Poznań wybrał dokładnie tą samą kolejność zaliczania punktów co my. Trudno… Rozpoczęliśmy od PK10, część zespołów, która biegła na ten sam punkt co my odwróciła się i pobiegła od razu na punkt, my postanowiliśmy przebiec przez bramę startową (słit focia na fejsika musi być) i pobiegliśmy ciut dłuższym wariantem. Na kolejny punkt dobrze ścięliśmy przez osiedla i dogoniliśmy studenciaków. Na trzecim z kolei punkcie czekało nas zadanie specjalne – Franek pobiegł eksplorować podziemia, a ja obmyśliłem przebieg na kolejny punkt. Oczywiście z zadania specjalnego pierwszy wybiegł Władek, a Franek dopiero po 2-3 minutach, ale na kolejnym punkcie znów byliśmy razem i w 3 zespoły (jeszcze Hades) pobiegliśmy do galerii handlowej Forum. Przed wbiegnięciem pytam Władka jaki opis punktu, a on mi odpowiada, że opisu nie ma, tylko że będzie tam zadanie niespodzianka. Wbiegamy do galerii, a punktu nie widać. Franek postanawia pobiec dookoła sklepu i znika gdzieś między klientelą. Opis punktu sprawdził Patela i jednak takowy był – siłownia Pure. Spytaliśmy pani przy stoisku dokąd i polecieliśmy do windy. Dzwonię do Franka, że ma wjechać windą na 2 piętro. Niestety wsiadł najpierw nie do tej windy, potem wbiegł schodami, ale klatka była zamknięta i czekałem na niego przed siłownią ponad 5 minut. Szkolny błąd… Poskakaliśmy 30s na skakance i ruszyliśmy za Hadesem i Studenciakami. Na następnym punkcie trzeba było przeprowadzić 3 doświadczenia chemiczne. Franciszek jako chłopak z polibudy świetnie ogarnął pipetki i próbóweczki, a ja czytałem mu co po kolei ma robić – poszło bardzo sprawnie. Kolejny punkt i kolejne zadanie. Przypasowanie autorów związanych z Gliwicami do ich dzieł. Metodą na chybił trafił uzyskaliśmy w końcu odpowiednią kolejność i pani sędzina puściła nas dalej. Przy kolejnym punkcie stała spora grupa zawodników w tym Studenciaki i Hades – mamy ich. Wszyscy myślą nad zadaniem logicznym. Uzupełnij ciąg liczbowy 5, 41, 149, 329, ? Podbiega Marcin z Hadesu i mówi, że już 8 minut myślą i nic. Próbujemy sumy cyferek, potem różnicę między kolejnymi liczbami: 36, 108, 180 hmm.. 108 to 3×36 a 180 to 5×36 myślę głośno, na to Franek: „No to teraz musi być 7×36″. Marcin dodaje szybko na kalkulatorze – oddajemy kartki, zajęło nam to chyba 2min :) i straty odrobione. Kolejny punkt – kolejne zadanie, pchnięcie kulą, a potem znalezienie na terenie boiska szkolnego określonych gatunków drzew i zaznaczenie ich na mapce. Wybiegamy równo z Studenciakami i Hadesem. Punkt kolejny – strzelanie z łuku. Kolejka jak 150… Trzeba było trafić 3 razy, w przypadku pudła szło się na koniec kolejki. Franek potrzebował 2 podejścia, podobnie jak Patela, Jędrek z Hadesu trafił 3 na 3 i pobiegli na już przedostatni punkt jakieś 5 minut przed nami. Przebieg był dość długi, ale my mieliśmy jeszcze siły. Narzuciliśmy mocne tempo, Władek spokojnie wytrzymał, natomiast Patela zaczął zostawać z tyłu. Na horyzoncie pojawili się Hadesy i jeszcze jakiś zespół, Dobrze ścięliśmy przez osiedle i lasek i na punkt wbiegliśmy pierwsi. Franek sprawnie wdrapał się po drabince i przeszedł most linowy, potem pobiegliśmy na basen, gdzie były do odszukania 2 perferatory. Pierwszy poszedł sprawnie, z drugim się trochę pomęczyliśmy. Jeszcze ostatni punkt, potem ścięcie przez miejscową melinę i prosta droga na metę przy radiostacji. Czas 2h45min miejsce 9, 2 minuty przed Studenciakami i 3 przed Hadesem :)
Niedziela – pogoda 10-13 stopni, lekkie zachmurzenie
Drugi etap rajdu startował o godzinie 9.00. Po otrzymaniu map trochę się zagapiliśmy i przez bramę startową przejeżdżaliśmy w końcówce peletonu. Próbowaliśmy wyprzedzać, ale było mało miejsca. Właściwie do 5 punktu, gdzie było zadanie kajakowe przez cały czas mijaliśmy kolejne zespoły, które skrzętnie korzystały potem z naszego korytarza powietrznego. Po drodze zaliczyłem bardzo efektowną glebę lądując twarzą w pokrzywach, a Frankowy rower cudem nie wylądował wtedy w moim tyłku. Kajaki poszły nam dużo lepiej niż w zeszłym roku, chociaż chyba różnica mas między nami jest ciut za mała i kajak robi się mało sterowny. Równo z Hadesami wyruszyliśmy na kolejny punkt. Tempo było naprawdę mocne, pod górkę spadało do 33km/h :) Na PK6 kolejne zadanie – rzut kołem ratunkowym do celu – Franek trafił za pierwszym razem i pognaliśmy dalej. Na PK7 mały błąd na wariancie i uciekły 2-3 minuty, na PK8 czekał na nas nasz ulubiony etap – BnO. Chwyciliśmy mapę i od razu pognaliśmy w las, a razem z nami Władek, który zapomniał wziąć z plecaka kartę startową i właśnie po nią wrócił. BnO poszło świetnie i przegoniliśmy kilka ekip, a kilka podgoniliśmy. Zjedliśmy po batoniku i ruszyliśmy na PK9, a tuż przed nim Pateli urwał się łańcuch. Na PK10 roleczki, chwilę szukałem swojego worka, i pomknęliśmy. W jedną stronę było z górki i z wiatrem, od prędkości kręciło mi się w głowie, w drodze powrotnej tego mknięcia już za dużo nie było, ale w porównaniu z rokiem ubiegłym poszło super. Pomknęliśmy na kolejny punkt, a tam ścianka wspinaczkowa, znowu spec od zadań specjalnych w naszym zespole poradził z nim sobie błyskawicznie, a ja miałem czas żeby obmyślić wariant na kolejny punkt. Na 14tce dogoniliśmy kilka ekip – do odszukania był perferator na placu zabaw dla dzieci – takim z kolorowymi kulkami. Na 15tce czekał na nas sam kierownik rajdu Igor Błachut z GPSem. Trzeba było namierzyć 3 punkty, pierwszy raz coś takiego obsługiwaliśmy a zabawa bardzo fajna. Ostatni punkt był na stadionie Piasta Gliwice. Niestety stadion był opłotowany, a my wjechaliśmy nie od tej strony i musieliśmy go potem objechać. Franek pobiegł strzelić karnego rezerwowemu bramkarzowi Piasta – kilku piłkarzy Bayernu i Realu mogłoby się od niego sporo nauczyć :) I finisz na metę. Czas tego dnia 5h6min, co dało nam w sumie 7h51min i 7 miejsce a 5 w naszej kategorii. Jabadabaduuu :) Rajd Miejski Gliwice 2013 – będziemy na pewno :)
Strona zawodów http://www.gliwice_2012.team360.pl/
Zdjęcia ze strony exmedio.pl

Harpagan 43

Początkowo chęć wyjazdu na Harpagana deklarował Tomasz, który w końcu chciał ukończyć swoją pierwszą setkę, potem Władek namawiał mnie, żeby iść na 100km, jednak ostatecznie zdecydowaliśmy się na trasę 50km. Wciąż mamy tak, że ten dystans jesteśmy w stanie przebiec w miarę niezłym tempie, natomiast 100km to dla nas walka o dotarcie do mety i umieranie przez kolejny tydzień

W piątek po pracy wyruszyliśmy z Poznania samochodem z dwoma poznanymi przez forum harpaganowe Bartkami, którzy startowali na trasie rowerowej i była to ich pierwsza w życiu impreza na orientację. Droga zleciała dość szybko, bo chłopaki chciały się dowiedzieć jak to na takich imprezach jest, a my mogliśmy szpanować ile to nie wiemy i jacy fajni to nie jesteśmy :) Do Czarnej Wody dotarliśmy tuż przed startem trasy TP100,  na sali gimnastycznej zajęliśmy miejsce znajomych setkowiczów, poszliśmy się zarejestrować i położyliśmy spać. Spania za dużo nie było, bo jak na sali śpi 200-300 osób to zanim się wszyscy położą trochę mija, a od 3 w nocy co rusz do sali wbiegali setkowicze, którzy kończyli pierwszą i wybiegali na drugą pętlę. Wstaliśmy około 6, zjedliśmy śniadanko, wyszykowaliśmy plecaki i wyszliśmy na boisko skąd był start.

PK1

Na pierwszy punkt na trasie wybraliśmy wariant z prawej strony, drogami, bezpiecznie, bez cięcia przez las, żeby wczuć się w mapę. Przez długi czas prowadziliśmy peleton, ale potem wyprzedziło nas kilku szybszych biegaczy, w tym 12 czy 13letni Fryderyk Pryjma… Ja na śniadanie zjadłem chyba o jedną bułkę za dużo i trochę dokuczał mi żołądek. Czas na pierwszym punkcie – 23min ok. 4km

PK2

Na przelocie na dwójkę trzeba było pokonać rzeczkę – Strugę oraz dość groźnie wyglądający kanał. Można było pójść do mostku w Leśnej Hucie lub Wiecku, a my wybraliśmy 3 opcję – przejście rzeki wpław. Znaleźliśmy jakieś drzewo i udało nam się zamoczyć właściwie tylko buty, potem trochę na azymut dotarliśmy do kanału, trochę nie pasował mi jego kierunek, ale długo się nie zastanawiając przeszliśmy na drugą stronę, brnąc w wodzie po uda. Po chwili dobiegliśmy do kolejnego kanału i tam wyjaśniło się, dlaczego kierunek poprzedniego nam nie pasował. Chcąc nie chcąc wpakowaliśmy się do wody po raz trzeci. Idąc na palcach udało mi się nie zamoczyć najwrażliwszego miejsca, Władek miał trochę gorzej. Złapaliśmy odpowiednią przecinkę, która poprowadziła nas prosto na punkt. Teoretycznie był to 10km trasy, ale biorąc rzekę wpław skróciliśmy sobie około 2km. Czas 53min.

PK3

W drodze na trzeci punkt zaczęło padać i to całkiem mocno, ale my i tak byliśmy już cali mokrzy, więc było nam wszystko jedno. Początkowo zamierzaliśmy pobiec na azymut do Leśniczówki Grzybno, ale zatrzymał nas jakiś płot i ostatecznie obiegliśmy Jezioro Grzybno od północy. Pod koniec przebiegu zaczęliśmy doganiać setkowiczów, co dodatkowo nas mobilizowało. Dla nich był to już 65km, a dla nas dopiero 15nasty – nie mogliśmy być wolniejsi. Czas na punkcie 1h29min – dystans 16,5km

PK4

Z trójeczki ruszyliśmy na północ do leśniczówki Pikowo. Wyciągnąłem batonika i udało mi się przekonać Władka, żeby chociaż podczas jedzenia nie kazał mi biec. Minutka marszu i lecieliśmy dalej. Wzdłuż jeziora Drzęczno, przez tory, a potem drogą prosto na punkt. Tuż przed punktem spotkaliśmy Irka Kociołka, który szedł już na piątkę. Mieliśmy do niego straty około pół kilometra. Dystans 24km – czas 2h 12min

PK5

Nie chcieliśmy, żeby nasi konkurenci spotkali nas tak, jak my spotkaliśmy Irka i od razu z punktu ścięliśmy przez las do równoległej przecinki, niestety nie sprawdziliśmy kompasu i trafiliśmy nie na tą drogę co trzeba. Pierwszy błąd, który kosztował nas z 2 minuty. Potem w miarę bez problemów trafiliśmy na piąty punkt. Dystans 31km – czas 2h 54min

PK6

Władek wybrał wariant na szósteczkę, a ja wykorzystałem ten moment na dokończenie batonika (nie dane mi było zjeść całego na 3 punkcie). Trwało to może 2 minuty, ale zniecierpliwiony Władek już mnie poganiał. Spojrzałem na mapę. Przez chwilę myślałem o wariancie z braniem rzeki wpław, ale tym razem rzeczka wyglądała groźniej, a my byliśmy bardziej zmęczeni. Wariant Władka był bardzo dobry, a po chwili odpoczynku biegło mi się znowu całkiem dobrze. Przebiegliśmy przez jeden mostek, potem przez drugi w okolicach leśniczówki Grzybno (2 leśniczówki o takiej samej nazwie w promieniu 5km), ale niestety 3 mostka nie było i mimo naszych starań przy wyborze wariantu, kąpiel okazała się nieunikniona. Co gorsza poziom wody sięgał powyżej 2m i trzeba było pływać. Pływanie w butach, z plecakiem, gdy znosi cię prąd nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy, ale na pewno jest bardzo orzeźwiające. Tacy orzeźwieni dobiegliśmy na 6 punkt, gdzie sędziowie poinformowali nas, że jesteśmy na 5- miejscu i przed nami były dwie 2-osobowe grupki, jedna 30min wcześniej, a druga 5 minut (w rzeczywistości pierwsza grupka była 3-osobowa i była na punkcie 15 minut przed nami). Dystans 37km, czas 3h30min

PK7

Pozostał nam do odnalezienia jeden punkt i 13 kilometrów do przebiegnięcia, złamanie 5h robiło się coraz bardziej realne. Na początek trzeba było dobić się do mostku w miejscowości Pustki. Po około kilometrze dogoniliśmy Irka Kociołka i Tomka Grabowskiego, czyli że już jesteśmy wspólnie na trzecim miejscu (w rzeczywistości byliśmy na czwartym), gdyby udało się tak dobiec do mety. Mimowolnie przyspieszyliśmy, minęliśmy Pustki, dobiegliśmy do łąki leżącej na północ od nich i pobiegliśmy wzdłuż niej. W pewnym momencie Irek stwierdził, że ten przelot jest chyba dłuższy, niż zakładane przez budowniczego 5km. Mi też już się trochę dłużyło i sprawdziłem mapę z kompasem. Kurcze, biegniemy w złym kierunku, o jakieś 90 stopni. Wybiegliśmy na łąkę i zaczęliśmy biec wzdłuż jej brzegu zgodnie z kompasem, ale jej kształt ewidentnie nam nie pasował, wlecieliśmy do lasu dobiegliśmy do dość charakterystycznego skrzyżowania i Władek pokazuje mi, gdzie jego zdaniem jesteśmy. Ustawiłem znowu mapę z kompasem i nijak mi to nie pasowało. „Przecież źle trzymasz mapę…” !?! Rzeczywiście w totalnym amoku zmęczenia obróciłem mapę o 90 stopni ustawiając ją do napisów w tabelce z opisami punktów. Na mapach do biegu na orientację jest zasada, że wszystkie napisy muszą być ustawione tak samo, zgodnie z północą, tak, żeby obojętnie jak ma się złożoną mapę można ją było bezproblemowo zorientować. Niestety po raz kolejny przyzwyczajenie z zawodów w biegu na orientację spowodowało błąd na maratonie na orientację, gdzie pewne rzeczy nie są zdefiniowane przez przepisy. Na ostatni punkt dobiegliśmy z 25minutowym błędem i ponad 2 dodatkowymi kilometrami. Sędziowie poinformowali nas, że jesteśmy na siódmym miejscu (w rzeczywistości byliśmy na 4). Ten przebieg zajął nam 57min i na 8km przed metą mieliśmy czas 4h 27min.

Meta

Szanse na podium i czas poniżej 5h przepadły i tak, jak zawsze potrafiłem wykrzesać z siebie  resztki sił na finiszu, tak tutaj totalnie mnie ten błąd na ostatni punkt rozbroił. Powiedziałem Władkowi, żeby biegł do przodu, bo może uda mu się kogoś minąć i poleciał razem z Irkiem i Tomkiem Grabowskim. Chwilę szedłem, potem zacząłem truchtać, minął mnie Piotr Chyczewski, znowu zacząłem iść, na3km przed metą się trochę zmobilizowałem i po chwili dogoniłem Irka, który też już opadał z sił. Razem zmotywowaliśmy się do walki i dobiegliśmy na metę na 7 miejscu, Władek z Tomkiem Grabowskim zajęli 4 miejsce. Wygrał Remik, który też popełnił błąd na ostatni punkt, ale nie tak duży jak my. Niestety przywiózł ze sobą dwóch chłopaków i Władziu zamiast cieszyć się z drugiego miejsca zajął miejsce tuż za podium.

Władek czas 5h13min miejsce 4
Marek czas 5h24min miejsce 7

Nasze przebiegi:

Władek lecący na finiszu:
Irek waga piórkowa i Marek waga ciężka:
Zdjęcia z galerii Pawła Piwowarskiego: https://picasaweb.google.com/118315029965783110936/22Kwietnia2012Harpagan43

Starsze posty &laquo

» Brak postów