Z Agatką na drodze, czyli Zimowe 4 Żywioły

Zimowy Rajd Czterech Żywiołów traktowaliśmy jako poligon testowy przed tym co czeka nas za dwa i pół tygodnia, a mianowicie Zimowym Rajdem 360 stopni na dystansie 350 km. Chcieliśmy przetestować jak się ubrać na poszczególne etapy w zimowej aurze, poćwiczyć biegówki, wypróbować start w czwórkę, z dziewczyną w składzie, holowanie na rowerze… Nie wyszło praktycznie nic, ale i tak spędziliśmy bardzo fajny weekend w miłym i sympatycznym składzie: Mocny Krzysiu, Dzielna Agata, Pechowy Franek i Gruby Marek, bo taką nieformalną „czwórkę” utworzyliśmy na tym rajdzie.

Po letnim R4Ż (nasz relacja) uznaliśmy, że na pewno wrócimy na jurę za rok, Stowarzyszenie Vajra postanowiło zrobić nam dobrze wcześniej i dorzuciło kolejną swoją imprezę do kalendarza rajdów. Swoją drogą kalendarz rajdów na 2014 rok wygląda godnie (link – Andrzejowi B. należy się duże piwo za ładne zareklamowanie naszych imprez :) ). Rajd niby zimowy, ale na jurze +5 stopni, zero śniegu i tak naprawdę najbardziej wymarzłem w bazie, w której nie wiedzieć czemu nie działało ogrzewanie i na sali gimnastycznej było około 12 stopni.

Mgła, zero słońca, bardzo, bardzo wilgotno, na szczęście nie wieje. Równo o 10.00 ruszyliśmy sprzed szkoły w miejscowości Bydlin. 4 kilometrowy dojazd do etapu BnO, tam chwytamy mapę – wszyscy pobiegli w prawo, to my w lewo :) nie będziemy za darmo wystawiać punktów :) Oczywiście podobnie zrobili Marcin Krasuski z Sabiną Giełzak, taka już jest taktyka osób, które dobrze nawigują, jeśli chcesz coś zyskać, nie możesz dać się komuś podczepić „na ogon”. Marcin z Sabiną mijają nas po pierwszym punkcie, my biegniemy spokojnie, pod górę szybko maszerując. Staramy się z Frankiem przekazywać naszym partnerom wskazówki dotyczące nawigacji. 6-kilometrowe BnO zajęło nam około 50 minut, a kończymy je tuż po Sabinie i Marcinie, błędów nawigacyjnych raczej nie popełniali, więc albo Sabina ma jakiś zły dzień (to w końcu rekordzistka trasy Rzeźnika!), albo Agata jest turbomocna :)

Na rowerze zagadka się wyjaśnia – Agata jest turbomocna :) grzejemy asfaltem, Krzyś prowadzi, reszta jedzie za nim na kole, każde spojrzenie w mapę powoduje, że muszę podgonić peleton, co przychodzi mi z niemałym trudem, szczególnie na podjazdach :( W miejscowości Cieślin wybieramy chyba złe odbicie i musimy zsiąść z rowerów, żeby podprowadzić je przez prawie kilometr po błotnistej, stromej drodze. Na samym punkcie doganiamy zespół Tetrahedron i razem odnajdujemy punkt sprytnie przymocowany z drugiej strony drzewa.

Na trójeczce znowu doganiamy Sabinę i Marcina (wspominałem już, że Agata jest hipermocna? ), jednak przy dojeździe na czwórkę popełniamy mały błąd (5-10 min ) i dojeżdżają nas kolejne ekipy: Zulus, Nonstop MIX i ponownie Tetrahedron. W drodze na piątkę, Franek stwierdza, że jednak dopompuje sobie koło, bo poruszamy się głównie asfaltami, w związku z czym na zadanie specjalne dojeżdżamy po wszystkich. Na szczęście organizatorzy postanowili odejmować czas spędzony na oczekiwaniu na swoją kolej i 18 minut, które tam spędziliśmy nie wpłynęło aż tak bardzo na nasz wynik (oprócz tego, że strasznie wymarzliśmy, a noc złapała nas 20 minut wcześniej). Franek i Krzysiu super wykonali podejście pionowe, potem przejazd w poziomie i zjazd za pomocą rolki. Trening linowy z Adamem Rosińskim się przydał :) Został jeden punkt na rowerze i potem docieramy do Żelazka. Sporo się tam zmieniło od czasów jak 10 lat temu jeździliśmy tam na obozy orientacyjne. Tutaj czekają na nas przepaki i etap narciarski.

Etap narciarski jak z filmu Bareji, nie spodziewałem się, że zarządcy NZARP są aż takimi formalistami. W każdym razie mieliśmy do przebiegnięcia trasę BnO z nartami i kijkami w ręce. Przypominało to trochę bieg ze stelażami podczas rozstawiania punktów. Tylko, że narty mają około 2 m :) W związku z czym nie opłaca się biegać na azymut po haczą się o wszystkie gałęzie. Napotkanych spacerowiczów pytamy żartobliwie, czy widzieli gdzieś tu śnieg :P Gdy kończymy ten etap jest już ciemno.

Znów wsiadamy na rowery i ruszamy na PK13. Okazał się być pechowy, bo Frankowi na dojeździe ułamała się śruba pod siodełkiem. Siodełko zostało przymocowane kilkoma zipami, ale i tak od tego momentu Franek podjeżdżać mógł tylko na stojąco. 2 punkty dalej „Frankiewicz” łapie panę, nawet super szybka wymiana dętki to i tak około 10 minut straty. Poza Frankowym pechem na tym etapie nie działo się właściwie nic godnego uwagi. Pod koniec trochę zwolniliśmy, bo Franek zajechał się na „stojących” podjazdach. Do bazy dojeżdżamy około 21.40 i po 10 minutach wyruszamy na  35 kilometrowy trekking.

Ruszamy dziarsko, przechodzimy do marszu tylko na podejściach. Jednak w połowie drogi na PK19 odzywa się mały palec Agaty, którym o „coś” zahaczyła jeszcze w domu i teraz boli ją podczas biegu. Od tego momentu całość maszerujemy. Na PK19, całkiem fajne zadanie specjalne, podejście na drabince w jaskini, a potem zjazd. W połowie drogi na górę zacząłem żałować, że nie ubrałem rękawiczek, bo ręce strasznie mi zgrabiały od metalowych szczebelków. Mniej więcej w tym momencie zaczął lać deszcz i przejścia szczególnie przez pola, gdzie dodatkowo wiało, zaczęły być bardzo nieprzyjemne. Pierwszy błąd na tym etapie popełniliśmy przy PK20. Wychodząc z bazy, usłyszeliśmy, że punkt jest przesunięty i znajduje się przy samym zielonym szlaku, a nie tak jak na mapie.  Chyba źle się zrozumieliśmy, bo punkt stał dobrze, tylko zielony szlak był przesunięty i przebiegał zupełnie inaczej, niż na mapie. Tracimy tutaj z 20-30 minut :( Przydała się natomiast wskazówka, że punkt jest umieszczony w jaskini z kratą, bo w życiu bym nie wpadł na to, żeby do niej wchodzić :P Na długim przelocie do PK22 wszyscy zaczynamy przymulać, Franek śpiewa „Show must go on”, ale nie zna tekstu, trochę się ożywiamy rozmową o Age of Emipres. Na samym punkcie znowu błąd. Nie grają drogi, a dodatkowo rolnicy z jury, chyba ukochali sobie dopłaty unijne do upraw leśnych, bo to co na mapie jest polem na jurze w 50% jest młodnikiem. Trafiamy na nie tę górkę co trzeba, tam spotykamy zespół wertykal bikeBoard, który naprowadzamy na punkt (na mecie okazuje się, że z tym zespołem przegrywamy o 3 minuty 3 miejsce). Tuż przed ostatnim punktem nagle wyprzedzają nas 2 zespoły. Byliśmy pewni, że wleczemy się gdzieś na szarym końcu, a tu taka niespodzianka. Dostając błogosławieństwo Krzysia i Agaty ruszamy biegiem od ostatniego punktu, rozrywając naszą nieformalną czwóreczkę. Do 3 pozycji w kat. MM zabrakło 3 minut :(. Krzyś i Agata natomiast zajęli 3 miejsce w MIX-ach :) Ponad 150 kilometrowa trasa zajęła nam 18h45m i do zwycięzców straciliśmy tylko 3 godziny.

Prawie całe zawody pokonałem w dwóch warstwach na górze i w leginsach i bieliźnie termoaktywnej na dole. Niepotrzebne były ochraniacze na buty. Na dziennym rowerze jechałem nawet bez rękawiczek. Niestety z testów przed Zimowym 360 stopni nici, a w Suwałkach jak to w Suwałkach już „pi…i”.

Nocny Marek

Jak widać, przed startem humory dopisywały :)

Wraz z Jackiem Galla wystartowaliśmy 9 listopada podczas 1. edycji Nocnego Marka organizowany przez nasze Stowarzyszenie „rajdkonwalii.pl”. Zawody odbywały się w Brzozie Bydgoskiej, położonej na obrzeżach Puszczy bydgoskiej, dzięki czemu 90% trasy znajdowało się w lesie. Przyjechaliśmy do biura godzinę przed startem. Otrzymaliśmy pakiet startowy + dość nieoczekiwanie nadajnik GPS (z trasy TP50 dostało 9 zawodników i z TP25 7 zawodników na 120 startujących), a więc moja ekipa wierzyła, że razem z Jackiem powalczymy o TOP10.

Zostało tylko 30-40 minut do startu, a więc przygotowanie jedzonka na trasę + odpowiedni ubiór i nałożenie lampy. Nastawienie bojowe !(w sumie to już miałem od kilku dni, ponieważ starałem się dość sporo nawadniać i chociaż trochę zdrowiej odżywiać :D ).

Godzina 18:30, można ruszać. Najpierw 900m za strażą pożarną przez Brzoze Bydgoską a potem już w las. Taktyka na rajd była taka, aby 2-3 pierwsze punkty pobiec bardzo czujnie, nawet można by powiedzieć, że dość asekurancko. PK1 – start masowy, więc tłumy na przebiegu, PK2 – tutaj właśnie wybrany obiegowy wariant asfaltem, podczas wchodzenia na punkt przecinką, owa ścieżka nam zanikła, ale utrzymany kierunek i trafiliśmy bez większych problemów na punkt. PK3 – obowiązkowy przebieg przez drogę szybkiego ruchu (tam spotykamy Tomasza, także tempo biegu nam trochę wzrosło). Punkt stał w wielkim obniżeniu, a więc mimo ciemności nie było problemów ze znalezieniem stelaża. PK4- na tym przebiegu napotkaliśmy na przeszkody -> chwyciliśmy się drogi, której nie można było zlokalizować na mapie, trochę niepewnie, ale w końcu wraz z dwójką innych biegaczy dobiegamy do skrzyżowania a potem prosto na punkt. PK5 – na czysto( chociaż przez chwilę serce zaczęło bić mi o wiele szybciej, gdy Jacek wpadł do dziury, ale szybko się ogarnął) Na tym skończył się 1. Etap – biegaliśmy na skali 1:50000, czas przejść na score już na mapie do BNO.

Nie będę ukrywał, że liczyłem na to że uda nam się trochę nadrobić na tym etapie, dlatego na początku starałem się narzucić mocne tempo, aby odbiec grupce biegaczy i przebiec całe score sam. Ale niestety nie obyło się bez błędów. Podstawowy to kolejność zaliczania punktów – nasz wariant okazał się nie być najkrótszym – ok. 800 m dłuższym niż optymalny. Następnie na punkcie nr 20(obniżenie) szukaliśmy trochę za wysoko co poskutkowało 2-3 min błędem. W połowie score złapał mnie skurcz, co nie było dobrym znakiem na dalszą cześć trasy. W końcu przyszło trochę dekoncentracji i tak na naszym 3 pkt. od końca (na mapie nr 19) źle odczytany kolor lasu + brak ogrodzenia w terenie dał nam ponad 10 min „błędu”. Po tym przyszedł lekki kryzys biegowy i mimo tego że w czasie trasy dość sporo się odżywialiśmy i piliśmy moje nogi zaczęły poważnie odczuwać już przebiegnięte kilometry.

Czas na etap nr 3, czyli powrót na mapę w skali 1:50000. Nie będę ukrywał, że odcinek do punktu nr 21 był naszym najsłabszym i to pod względem fizycznym jak i technicznym. Nasz wariant musiał zostać zmodyfikowany, ponieważ nie złapaliśmy odpowiedniej przeciny co poskutkowało atakowaniem punktu od strony południowej. Dodatkowo przed samym wejściem na szczyt, który w nocy nie był tak łatwo widoczny skręciliśmy w złą drogę przez co musieliśmy się dość sporo cofać.

Punkt nr 22 staraliśmy się już biec, także w miarę sprawnie zaliczony, może oprócz lekkiego odbiegu za torami, gdzie nagle zabrakło nam drogi i była potrzeba lekkiej improwizacji na wariancie.

Tam spotkaliśmy dwójkę biegaczy z grupy NAPIER..ACZE, z którymi dość często spotykaliśmy się na następnych punktach (Pozdrawiam :) ).

Następne punkty, zostały już zaliczone bez większych problemów, chociaż z powodów zmęczenia warianty były wybierane po drogach, bezpieczeni, tak aby nie popełnić błędów, bo dodatkowe km dużo by nas kosztowały. Do mety wbiegliśmy przed godziną 3 w nocy, z czasem 8h 27min. Skończyliśmy ostatecznie z Jackiem na 8 miejscu, a więc plan minimum wykonany. Straciliśmy do Bigosa i Stefana ponad 2h. Do połowy BnO byli w naszym zasięgu, potem zaczęli nam zdecydowanie uciekać. Przyczyna dość prosta -> brak przygotowania na tak długi dystans, co przełożyło się na bardzo wolne tempo i kryzys na 30-40 km.

Na mecie czekało na nas ciepłe jedzonko i Team rajdkonwalii, który śledził nasze poczynania w Internecie. Bardzo fajny pomysł z GPS’ami, który dodaje trochę emocji podczas rywalizacji.

Jako uczestnik jestem zadowolony z przeprowadzenia zawodów, wszystko przebiegło sprawnie, a co najważniejsze trasa wymagała od biegaczy sporo myślenia i dobrego przygotowania fizycznego, zwłaszcza podczas etapu BNO.

[Damian]

Przebieg tutaj (niestety między 22 i 23 punktem wyładowała się bateria)

Rajd 3 Rzeki

 

„Jest godzina 5:30 w nocy, gdy wpływamy na mieliznę na środku Wisły. Wychodzimy do wody i ciągniemy za sobą kajak brodząc po kostki w wodzie i trzęsąc się z zimna, nagle krzyczę do Władka „Nie idźmy tam, tam jest wielka maszyna do wydobywania piasku z dna rzeki”, Władek patrzy na mnie jak na idiotę…”

 

 

W Rajdzie 3 Rzeki chcieliśmy wystawić czwórkę, ale pod koniec sieprnia Franek bardzo poważnie skręcił kostkę, tydzień później kostkę skręciłem ja (nigdy więcej piłki nożnej), potem Ada zdecydowała się startować w LONG-u (brązowy medal :) ) i nasze plany musieliśmy skorygować. Zgłosiliśmy się w dwójkę z Władkiem z założeniem walki o pierwszą dziesiątkę. Niestety mój ponad miesięczny rozbrat z bieganiem spowodował, że nasza koronna konkurencja, czyli BnO, nie miała dawać nam już takiej przewagi.

Start
Na starcie same gwiazdy :) Jest Salewa w najmocniejszym składzie, jest Igor Błachut z Michałem Kiełbasińskim, jest Nonstop Adventure, są chłopaki z Hadesu Poznań, jest Zulus Team, jest Alicja Ewiak z ekipą, jest Navigatoria z Sabiną Giełzak w składzie… Ruszamy na pierwszy etap – bieg po Nowym Dworze z wykorzystaniem ortofotomapy. Prosty nawigacyjnie i ekstremalnie szybki, trzymamy się czołówki, ale czuję, że się gotuję, bo jestem w stroju przygotowanym raczej pod świński trucht, niż pod bieg po 4 min/km. Cały etap upływa pod odgłosami nawoływań się zespołu „Jaka piękna katastrofa”, oni jakoś tak mają :) Próbuję pogadać z Łukaszem Grabowskim o jego nowym plecaku, ale jego kompan, znany i lubiany „Gorzała”, od razu nas napomina „Koncentracja!”, widać, że tego dnia jest nastawiony na ostrą walkę. Dopadamy do rolek w pierwszym tramwaju, ubieramy je bardzo sprawnie i na etap rolkowy wypadamy na 8 miejscu, mijamy Piotrka Dopierałę z Hadesu, który niezbyt zadowolony czeka na swojego kompana Konrada R., który zapomniał spakować rolek na przepak i teraz gna po nie do bazy. Mkniemy :) Tuż przed nami Zulusi i „Jaka piękna katastrofa”. Na PK3 wybieramy wariant z prawej, ale droga zaznaczona na mapie jako asfalt okazuje się być polna :(. Lecimy w dół dziurawym chodnikiem wzdłuż DK62. „Marek upada po raz pierwszy”, choć właściwie nie do końca, bo podpieram się o barierkę oddzielającą drogę od chodnika. Dojeżdżamy do lasu i ściągamy rolki, biegniemy do punktu goniąc lampki przed nami. Jak fatalnie biegnie się trzymając rolki w rękach. Na szczęście ten odcinek ma tylko około 2-3 km. Zakładamy rolki po raz kolejny po drugiej stronie lasu, by po następnych 3 km znowu je ściągać. Tzn. ściągam tylko ja, bo Władek próbuje zjeżdżać po betonowych płytkach. Wyprzedzam go biegiem, podbijam punkt na mostku i dobiegam do asfaltu po drugiej stronie rzeki Wkry. Zakładam rolki i już gnam razem z Władkiem na ostatni punkt na tym etapie. Niestety „Marek upada po raz drugi”… ostatni zjazd, asfalt z kategorii „najgorszy z możliwych”, przy hamowaniu coś podbija mi jedną nogę, która podcina drugą i ląduje lewym biodrem na asfalcie. Spodnie właściwie do wyrzucenia, udo zdarte do mięsa, ale adrenalina działa i w tym momencie nic nie czuję. Dojeżdżamy na przepak kajakowy na 6 miejscu i widzimy lampki ruszającego przed nami zespołu z Łodzi.

Gdybyś ujrzeć chciaaaaał nadwiślański świt...

Kajak
Po bardzo szybkich dwóch pierwszych etapach miła odmiana, spokojnie wiosłujemy, Wkra ma całkiem wartki prąd. Wreszcie jest moment, żeby zjeść kabanosika zagryźć go batonikiem i zapić o-sheetem. Po pierwszy punkt trzeba się cofnąć kawałek starorzeczem, przez moment myślimy o przenosce, ale płynie się na tyle dobrze, że rezygnujemy z tego pomysłu. Miejsce odbicia w starorzecze wystawiają nam czołówki jednego z kajaków „Jaka piękna katastrofa” (znowu zgubili resztę ekipy :P ). Gdy dopływamy w okolice punktu druga łódka tegoż zespołu właśnie wraca. Władek wysiada i przeczesuje brzeg. Punkt ma znajdować się na zwalonym drzewie i Władziu odnajduje trzy takie drzewa, ale na żadnym nie ma punktu. Dzwonimy do organizatora, który informuje nas, że pozostałe ekipy też zgłaszały brak tego punktu. Jesteśmy mili i sympatyczni i informujemy o tym Konrada z Piotrem z Hadesu, którzy chwilę wcześniej dopłynęli w to miejsce. Dajemy im się wyprzedzić i liczymy, ze wystawią nam następny punkt na wysepce już na rzece Narew. Płyną coś za daleko, dlatego dobijamy z Władkiem do brzegu, a on biegnie sprawdzić czy to do czego dopłynęliśmy jest wyspą. Niestety nie udaje mu się przebić przez plątaninę krzaków. Płyniemy dalej i za chwilę dopływamy do drugiego krańca wyspy. Tam łączymy się z Hadesami, którzy też zorientowali się w swoim błędzie i wracamy na punkt. Błąd ten kosztował nas dobre 20 minut :( Teraz płyniemy Narwią do jej ujścia do Wisły, gdzie w okolicach starego spichlerza ma znajdować się kolejny punkt. Dopływamy tam tuż po Hadesach i Władek z Piotrem ruszają na poszukiwania. Wracają po 5 minutach, bez punktu, telefon do organizatora i informacja, że braku punktu nikt nie zgłaszał, dostaliśmy też instrukcję, gdzie dokładnie powinien wisieć lampion. Chłopaki biegną w to miejsce, ale znowu po 5-10 minutach wracają bez potwierdzenia punktu. Płyniemy na kolejny punkt, około 1 km Wisłą pod prąd. Tutaj znowu 5 minut straty, bo Władek pobiegł szukać punktu bez mapy, jak po nią wrócił znalazł go już bez problemu. Czeka nas teraz 9 km wiosłowania na kolejny PK10. Hadesy szybciej odpływają od brzegu i znikają nam z pola widzenia. Jest godzina 5:30 w nocy, gdy wpływamy na mieliznę na środku Wisły. Wychodzimy do wody i ciągniemy za sobą kajak brodząc po kostki w wodzie i trzęsąc się z zimna, nagle krzyczę do Władka „Nie idźmy tam, tam jest wielka maszyna do wydobywania piasku z dna rzeki”, Władek patrzy na mnie jak na idiotę. Spojrzałem raz jeszcze w to samo miejsce i maszyna w magiczny sposób zniknęła, ale na pewno tam była! Ten odcinek dłuży nam się niesamowicie, jest totalnie ciemno, widzimy tylko jeden brzeg rzeki, która w tym miejscu ma 500 m szerokości, ciężko jest wybrać dobry punkt nawigacyjny. Gdy wydaje nam się, że jesteśmy już tuż tuż, zauważamy na brzegu migające światełka kilku czołówek. Nie myśląc wiele płyniemy w to miejsce i natrafiamy na grupę wędkarzy :( Zaczyna świtać, patrzymy w mapę i ustalamy, że jesteśmy 200 m od punktu, jednocześnie w głowie przez cały czas słyszę Czesława Niemena „gdybyś ujrzeć chciaaaał nadwiślański świiiiit…”. Dopływamy w miejsce gdzie naszym zdaniem powinien być, ale nie ma ani „mielizny”, ani tym bardziej punktu na niej. Doganiają nas panie z teamu 360 stopni i mówią, że wg nich trzeba popłynąć jeszcze kawałek dalej. Dopływamy do pierwszej napotkanej mielizny, wychodzimy na brzeg w poszukiwaniu punktu, dostaję „telepę roku”, punktu nie ma. Dopływamy do kolejnej i wtedy dopiero odkrywamy zagadkę, gdzie byliśmy wcześniej i że teraz to jest „nasza” mielizna :) Ruszamy, ale punktu nie możemy odnaleźć. Postanawiamy wrócić do kajaka i opłynąć ją z drugiej strony. Punkt odnajduje Magda Gruziel i wystawia go nam i jeszcze 4 innym ekipom, które akurat nas tutaj dogoniły. Lampion leżał na ziemi i był bardzo słabo widoczny. Na tym punkcie tracimy prawie 40 minut.Na szczęście kolejne 2 punkty na kajaku zaliczamy już bez problemów nawigacyjno-punktoznikających, gorzej z naszymi ramionami, które nie do końca mają siły wiosłować. Dopływamy do końca tego etapu około godziny 9.00 na 11 miejscu. 37 km kajakiem zajęło nam 6h 40min.

Nauka obsługi GPS i grzanie dupska w jednym :)

Patela walczy na rowerze

Rower
Żeby się rozgrzać od razu ruszamy na zadanie z GPS-em. Idzie nam błyskawicznie. Ubieramy się w suche rzeczy, zjadam bułkę z jogurtem. Dolewamy picie do bidonów i wyruszamy na etap rowerowy. Już na pierwszy punkt mamy pecha, bo 2 drogi na naszym wariancie (lewym) są zarośnięte i musimy nadrobić około 2 km, żeby do punktu dojechać od prawej strony. Potem kolejny przejazd na zmianę błotno-wodno-piaskowy i mam serdecznie dość Puszczy Kampinoskiej, dlatego wariant na kolejny punkt wybieramy mocno objazdowy, ale asfaltem. Wypadamy na asfalt i oczywiście wieje nam w twarz… Prawie 12 km z Kampinosu do Leszna pokonujemy zmieniając się na prowadzeniu, chociaż Władek ma tutaj zdecydowanie więcej sił i częściej jedzie z przodu. Wjeżdżamy do lasu i znowu pakujemy się w piach po szprychy. Poziom irytacji sięga zenitu… Dojeżdżamy do PK16 i postanawiamy na 17nastkę pojechać czerwonym szlakiem, jednak po kilku kilometrach walki z korzeniami i piachem odbijamy na asfalt idący prawie równolegle do naszej wcześniej zaplanowanej trasy. Wjeżdżamy w las i znowu piach… ja pier… Naprawdę cała okolica Warszawy tak wygląda? Na szczęście droga na 18nastkę to głównie asfalt. Rower kończymy około 14.10, nasz wariant wyniósł około 67km i zajął nam prawie 4h45min.

Ruiny twierdzy Modlin

Wisienka na torcie
Dojeżdżamy na 9 miejscu, na przepaku leżą 3 komplety rowerów, a więc jest się jeszcze z kim ścigać. Na początek zadanie z radioorientacji, Władziu świetnie nasłuchuje i trafiamy bez problemu. Potem poszukiwania punktu w forcie. Oba punkty odnajduje Władek, ja mam jakieś klaustrofobiczne opory ładowania się w niektóre tunele. Biegniemy na 5 km odcinek BnO. Idzie jak po sznurku i dobiegając widzimy 2 odjeżdżające z przepaku zespoły. Udało się podgonić, ale coś niedobrego dzieje się z Władziem, który traci siły i z moją kostką, która przypomniała sobie, że przecież niedawno została skręcona. 2 wyżebrane od sędziego ciasteczka trochę stawiają Władka na nogi, okazuje się, że Ibuprom działa i zapominam o mojej kostce, i lecimy do twierdzy Modlin na „wisienkę na torcie”, którą miało być BnO w tym miejscu. Podobno mamy 5 i 10 minut straty do dwóch wyprzedzających nas zespołów. Podobno najlepsi robili ten etap w 90 minut. My robimy w około 80 i wyprzedzamy te 2 zespoły :) Choć dzieje się tak tylko dlatego, że udało mi się wyżebrać batonika od jednego z zawodników z trasy Speed. Koleś uratowałeś mi życie! Ostatnie 2 km dojazdu do mety pokonujemy w stanie euforycznym i wpadamy na nią na 7 miejscu (na 5 w naszej kategorii). 17 godzin i 15 minut walki i to wszystko dla tego uczucia na mecie, dla tego smakującego jak nigdzie indziej makaronu i piwka :) Dla tego przyjemnego bólu mięśni :)

Wyniki wciąż w „opracowaniu”, ale z pewnych źródeł wiadomo, że 3 zespoły, które dojechały na metę przed nami mają niezaliczone wszystkie punkty…

Oprócz nas w rajdzie startował również Mateusz, który w parze z Maćkiem Kłosowiczem ukończył rajd w granicach 10 miejsca z czasem 19h 30min. Natomiast na trasie Speed pozamiatali Jacek z Rysiem, którzy 50km trasę zrobili w 4h 40 min i wygrali z kolejną ekipą o 10 minut.

Damian "prawie" Hood. Chłopaki zaliczyli karną rundę za nieudane strzelanie

Użyte w relacji zdjęcia są autorstwa Piotra Dymusa

Izerska Wielka Wyrypa

Na Izerską Wyrypę udaliśmy się w 5 osobowym składzie. Byli wśród nas amatorzy – Kasia i Szymon, profesjonaliści – Marysia i Tomek oraz osoba która już trochę liznęła tematu, ale jakoś nigdy nie mogła się do tych pieszych maratonów przekonać. Moje obiekcje dotyczyły głównie małej ilości punktów w stosunku do długości trasy. Jak biegam lubię być cały czas skupiony na mapie, kontrolować swoją pozycję i mijane obiekty. Niestety piesze pięćdziesiątki, w których brałem do tej pory udział nie pozwalały na cieszenie się mapą, a to ze względu na łatwość trasy, małą ilość punktów, brak przygotowania fizycznego tudzież start z kolegami (bratem), którzy wyręczali mnie z roli nawigatora. Na IWW pierwszy raz mogłem poczuć jak to jest samemu przemierzać trasę polegając tylko na swojej głowie, nogach i kompasie. Co prawda dopiero od połowy, ale i tak cieszę się z tego doświadczenia.
Przebieg samego rajdu był następujący. Koło godziny 7 30 wyszliśmy z centrum zawodów na obrzeża miasta. Tam miało miejsce krótkie powitanie przez sędziego głównego, trzy słowa od kierownika rajdu, oraz odprawa przeprowadzona przez jednego z budowniczych trasy. 110 osób ruszyło gdy zegar na Lwóweckim ratuszu wybił godzinę ósmą. Na początek czekał nas przebieg obowiązkowy, jakieś dwa kilometry po faworkach na końcu którego czekały na nas mapy. Tempo nadawał Sebastian Ciesiółka, który pierwszy dopadł do map i ruszył drogą na wschód. Chwilę później poderwałem mapę z ziemi i zastanawiałem się „lewo czy prawo?”, po konsultacji z Tomkiem ruszyliśmy za Sebastianem. Przycięliśmy na samym początku przez pole, przeskoczyliśmy zapokrzywiony rów i wypadliśmy na drogę, która po 2,7 km doprowadziła nas w okolice punktu. Zeszliśmy na dół wyrobiska i pierwszy punkt zaliczony. Dość długi przelot drogą pozwolił nam obmyślić praktycznie całą trasę. Spieraliśmy się z Tomkiem kiedy zaliczyć punkt numer 5. Ja upierałem się, żeby zrobić go zaraz po dwójce, Tomek myślał o zostawieniu go na później coby idąc z OS-u mieć jeszcze jakieś urozmaicenie w drodze na punkt 6. Ostatecznie postawiliśmy na moim. Więc z dwójki wróciliśmy się 250 metrów drogą następnie ustawiliśmy azymut przez zaorane pole i wypadliśmy na drodze między lasami. Przez chwilę towarzyszył nam Tadeusz Piłkowski, jednak zamiast ciąć dalej postanowił nadrobić kilkadziesiąt metrów i pobiegł drogą. Przebiegliśmy na łące obok krowy, która nie miała wymion i wypadliśmy na drodze przed rzeczką. Dociągnęliśmy do asfaltu, i po jakiś 900 metrach odbiliśmy we właściwą ściechę. Na otwartej przestrzeni przycięliśmy na róg wystającego lasu, potem chwila zwątpienia czy to już ta droga czy jeszcze nie to, okazało się, że trzeba było podbiec jakieś 50 metrów dalej. Odbijamy w lewo. Rzeczka. Brzegiem w prawo. Punkt 5 podbity na karcie. Wracamy do drogi przez strumyk. Potem w górę przez las. Wypadamy na szczycie. Rozpościera się wspaniały widok. Zbiegamy nie tą drogą do miejscowości Pławna Dolna, witają nas poszczekiwania psów. Przebiegamy jakieś 300 metrów asfaltem i zaczynamy podejście pod małe wzgórze. Po drodze pozdrawiamy zawodnika z TP100, który walczył już 14 godzin na trasie. Wielki szacunek. Po podejściu zbieg, kilka elektrycznych pastuchów, rzeczka, skraj lasu. Celem było złapanie drogi, która niestety była trochę zarośnięta przez co ją przeoczyliśmy. Pobiegliśmy dalej wzdłuż strumienia i spróbowaliśmy jeszcze raz namierzyć drogę. Tym razem skutecznie. Droga doprowadza nas do ogrodzenia i świecącego punktu ósmego. Trochę pokrzyw, Tomek coś tam klnie pod nosem o jakiś leginsach, które podobno leżą u mnie w domu, ale biegniemy dalej. Kątnicę i Włócznik mijamy z lewej, przycinamy przez pole nieściętego chyba rzepaku, który skutecznie ogranicza nasze ruchy. Podchodzimy pod Łopatę i punkt siedem jest na karcie. Na dziewiątkę zbiegliśmy jak najszybciej do torów, następnie torami do Marczowa za mostem tniemy przez ściernisko. Znad Bobru powiewa miły wiaterek. Tomek mówi, że mamy mocne tempo. tuż przed wejściem na punkt wybija nam 2,5h. Na samym punkcie trochę poczesaliśmy, raz dlatego, żeby znaleźć punkt, drugi raz żeby znaleźć moje okulary przeciwsłoneczne. Po około 5 minutach bezowocnych poszukiwań się poddałem i zacząłem gonić Tomka. Dogoniłem go tuż za strumykiem i na punkt odżywczy wpadliśmy razem. Punkt odżywczy był najlepszy, najchętniej bym stamtąd nie wychodził. Pomarańcze, banany, woda, cień, to wszystko sprawiło, że po chwili byłem jak nowo narodzony. Na OS ruszyliśmy jeszcze razem, ale po 500 metrach Tomek postanowił spuścić mnie ze smyczy. Powiedział coś jak: „Mocny jesteś. Leć!”. Tak też uczyniłem. Zacząłem od najwyżej umiejscowionego punktu jakim był OS3. Trochę czasu zajęło mi zorientowanie się czy już jestem na tej dokładniejszej mapie. Gdy nabrałem pewności wszystko poszło jak z płatka. OS3 potem OS2 i OS1. Zaczęło się robić dosyć ciepło więc oprócz kontrolowania konsumpcji napojów postanowiłem się schładzać w strumykach (przemyć twarz, oblać kark, zmoczyć czapkę). Tę czynność powtórzyłem na trasie jakieś sześć razy. Wracając do trasy, to został mi ten długi przelot na szóstkę. Najpierw z 4 km asfaltem potem kilometr polem, półtora km asfaltem i 4,5 km polną drogą. Po drodze piękne widoki, mnóstwo kapliczek, krzyży, ciekawej zabudowy. Pozdrawiam się z zawodnikami biegnącymi w drugą stronę. No i wpadam w tą muldę, punkt stoi. Zostały mi cztery szybkie punkty. Najpierw rozwidlenie strumieni, potem róg płotu, potem znowu coś ze strumieniem, dwa kilometry asfaltu i punkt XX na którym mignęła mi z daleka jakaś postać. Pomyślałem, że to pewnie ktoś kto biegł w drugą stronę. Do mety zostało jeszcze jakieś 1,5 km więc postanowiłem wykrzesać resztki energii i spróbować podgonić owego śmiałka. Po jakiś 300 metrach dogoniłem czteroosobową grupę jak się okazało z trasy TP20. Przez rynek przebiegałem podczas gdy ratusz wybijał godzinę piętnastą. Pewnie gdybym biegał z zegarkiem zmobilizowałbym się do zejścia poniżej siedmiu godzin, a tak skończyłem z siedmioma pełnymi i jedną minutą. Tomek strasznie obolały przybiegł po 9h25, a Kasia z Szymonem po 13h. Brawa dla nich.
Podziękowania i pozdrowienia dla organizatorów.
Poniżej mapa z moimi przebiegami
[Franek]
Zdjęcia pochodzą z galerii mod-X.org

IV Rajd Konwalii – Władek i Ada na pierwszym miejscu w MIX

W miniony weekend nasz team rajdkonwalii.pl organizował IV Rajd Konwalii,  jednak z Władkiem postanowiliśmy sprawdzić się po raz kolejny, tym bardziej, że w tym roku Marek wymyślił typową trasę adventure ok. 130km, jak się okazało troszkę więcej ;)

Odkąd dojechaliśmy do Moch miałam bardzo dobry humor, wręcz tryskałam energią, byłam bojowo nastawiona, jednak im bliżej do startu, tym mała adrenalinka mimo wszystko się pojawiała. Zaczęliśmy od prologu, czyli biegania po planie szkoły łącznie z piwnicą i I piętrem. Według mnie bardzo ciekawy pomysł i dotychczas niespotykany na innych rajdach. Startowaliśmy jednocześnie każdy na swoją trasę; w moim wykonaniu początek trochę chaotycznie jednak wraz z kolejnym pkt coraz szybciej – naprawdę świetna zabawa. Przybiegam jakąś chwilę za Władkiem, jednak nie przywiązuje wagi do miejsca, bo i tak sumują się razem. Po szybkiej weryfikacji okazuje się, że startujemy jako pierwsi, a następni za nami 1,5 minuty – szok J, tak więc ostatnie pakowanie rzeczy na przepak i do plecaka i czas ruszać. Wyjechaliśmy o 22.43 zaczynając dość mocno, oglądam się co kawałek, ale nikogo nie widać, skręcamy z asfaltu, a tam piachu, co nie miara, Władek zalicza wywrotkę, spada mu łańcuch i w tym momencie doganiają nas 2 teamy Salewa i Hades. Dalej jedziemy za nimi, wybieramy trochę inny wariant, jednak spotykamy się za chwilę i szukamy 1pkt, coś nam nie gra, jeździmy w kółko, dojeżdżają kolejne zespoły, próbujemy sami kombinować, ostatecznie na pkt spotykamy się dość sporą grupą. Stamtąd wszyscy ruszają bardzo mocno i stawka trochę się rozciąga, ci, co mają mocne nogi z przodu, a my trochę z tyłu. Kolejne pkt zdobywamy raczej bez większych problemów nawigacyjnych, spotykając po drodze różne teamy. Z 5pkt do przepaku usiedliśmy braciom Muszyńskim na koło i nie odpuszczaliśmy, choć nie było łatwo, trzeba było ostro się spinać – trzeba przyznać, że są mocni. Na przepaku chwila oddechu, batonik i ruszamy na trekking, który praktycznie cały pokonaliśmy biegiem. Nie biegniemy ta drogą, którą zamierzaliśmy i niestety do pkt dotarliśmy lekkim obiegiem; kolejny 8 pkt na samym wejściu przysporzył nam trochę problemów, gdyż był bardzo ładnie schowany w krzakach na końcu rowu, który był praktycznie niezauważalny J, ale nie tylko my mieliśmy z nim problem. 9pkt to chyba nasza największa porażka na trasie – nie wiedzieć, czemu nikt z nas nie pamiętał, że ten pkt jest przybliżony i bardzo dużo czasu straciliśmy na bezsensownym chodzeniu w ciemno po lesie. Dogoniło nas tam sporo ekip, więc do kolejnego ruszyliśmy mocniej, żeby chociaż trochę uciec i zostawić sobie więcej czasu na stratę na kajaku, którą już z góry założyliśmy. 10,11,12 pkt bez problemu, nawet dogoniliśmy Łukasza i Marcina. Niestety kajak to nasza najsłabsza strona, więc po drodze sporo zespołów nas minęło (trzeba potrenować koniecznie). Rzeczka początkowo bardzo wąska, płytka i nasze płynięcie bardziej przypominało odpychanie od dna i brzegów i przedzieranie przez grążele i lilie, dalej jeziorko gdzie mogliśmy tylko podziwiać, jak wszyscy nam odpływają. Po dotarciu do bazy, od razu chwyciliśmy normalną mapkę J i sprawnie potwierdziliśmy wszystkie pkt, a raczej tylko perforatory, po parku i okolicznych budynkach w Wolsztynie. Następnie był czas na chwilę odpoczynku dla mnie, bo Władek musiał wypłynąć rowerkiem wodnym w okolice wyspy, a ja za pomocą alfabetu Moorse’a przy użyciu chorągiewek musiałam przekazać mu słowo MARCEPAN. Dosyć długo się nie ruszał, co było niepokojące, ale miałam ogromną nadzieję, że podbije właściwe hasło, bo na płynięcie jeszcze raz kajakiem nie miałam najmniejszej ochoty. Na szczęście udało się, podbił właściwy, więc po uzupełnieniu płynów ruszamy na rowerach dalej. Wybieramy warianty raczej bardziej objazdowe, ale asfaltami, niż niepewne polne, które mogły tonąć w piachu; po drodze mijamy się z kolejnymi zespołami i mamy wrażenie, że stopniowo odrabiamy straty. Ostatni odcinek to podobno 15km BnO, ale nie wiem czy nie było więcej …. Zaczynało być, co raz goręcej i sił też powoli brakowało, ale staraliśmy się cały czas truchtać. Na pierwszy rzut poszła mapa Cegielnia, gdzie na końcu czekało zadanie strzelanie z wiatrówki do butelki, trafiona za 3 razem przeze mnie, dalej Szwedzkie Wały, Solec Zachód, gdzie Władek musiał usiąść i nawet się położyć, żeby zebrać siły. Niestety nie pozwoliłam na zbyt długie lenistwo, gdyż słońce prażyło, muchy gryzły i im szybciej skończymy tym lepiej. Tutaj zaczął się nasz marsz po polach zdobywając kolejne pkt na mapie Gola Molska, później przejście przez mostek, ostatnie przedzieranie przez krzaki i dobieg ostatkiem sił na metę do szkoły. Byliśmy szczęśliwi, że to już koniec, ale i zadowoleni, gdyż jak się okazało ukończyliśmy na 6 miejscu ogółem z niewielką stratą do Łukasza i Marcina, których dość często spotykaliśmy na trasie i 1 miejsce w MIX. Marzyliśmy tylko o zimnym prysznicu, który był nasza motywacją do samego końca.

Podsumowując rajd bardzo udany, trasa bardzo ciekawa, organizatorzy rewelacja, chociaż na trasach biegowych brakowało wody, u nas było jak najbardziej okej.  Pogoda nie oszczędziła nas nawet na krok, dlatego podziwiam i gratuluję wszystkim, którzy zmagali się z nią na trasie przez cały dzień. Jakie wnioski ?? – przede wszystkim musimy podszkolić technikę pływania na kajaku, żeby zbyt dużo nie tracić, nawigację w nocy i na pewno powrócić za rok pytanie czy w roli organizatora, czy po raz kolejny zawodnika. [Ada]

Rajd 4 Żywiołów

Wstęp [Franek]

Rajd Czterech Żywiołów organizowany jest w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Więc oprócz opisu przebiegu samego rajdu chciałbym poświęcić jeden akapit na podróż.
Planowaliśmy wyjazd czteroosobowy z zaprzyjaźnionym zespołem Ultra Star Profi Race NonStop Challange Pro X-Trail 3D Multi +++ High Adventure Team Onsight w skład którego wchodził Łukasz i Krzysztof. Łukasz mial mieć super świetny samochód z bagażnikiem na rowery, klimą, wspomaganiem kierownicy i innymi bajerami jednak w czwartek dostałem informację od Marka, że nie ma Łukasza, nie ma auta, jest problem. My mamy problem z transportem, a Krzysztof oprócz tego ma problem z partnerem. Po dłuższej wymianie zdań postanowiliśmy zaryzykować i dać szansę Feli, która ze wcześniej wymienionego wyposażenia ma tylko bagażnik na rowery, ale nie w takiej trasie już była. Co prawda 10 lat temu, ale była!
Wyjechaliśmy w piątek koło 18 naszym celem Kraków, ulica Stołajowskiego gdzie zostaniemy przyjęci po królewsku przez znanego w środowisku rajdowiczów Krzysztofa S.(ten którego gryzą psy). Sama jazda nie zasłużyla na szczególną uwagę. Przez pierwsze 100 km Krzychu próbował przekonać swojego partnera na długą trasę, ten raz czuł się na tyle mocno, żeby wystartować, ale nie miał transportu, za chwilę miał transport, ale chciał startować na trasie krótkiej. W końcu Krzysztof dogadał się z innym rajdowiczem, który był w podobnej sytuacji co on i nastąpiła fuzja w On Sight/Flap. Na 300 km obowiązkowo odwiedziliśmy McDonald, w którym z powodu burzy permanentnie wyłączał się prąd, a co za tym idzie resetowały się wszystkie komputery. W końcu udało nam się doładować kofeiną i ruszyliśmy w dalszą trasę. Prędkość na autostradzie 110 km/h no chyba, że był podjazd wtedy spadała do 80km/h. Między 1:30 a 2:00 wjechaliśmy we wspomnianą ulicę Stołajowskiego, chwilę zajęło nam odnalezienie właściwego bloku. Po wymianie kilku telefonów byliśmy w studenckim mieszkaniu. Krótka wymiana uprzejmości z gospodarzem budzik na 6:00 i idziemy do wyra na 3,5h snu.
Rano szybkie śniadanie, na wpół wypita herbata i już jesteśmy w drodze do Kluczy. W Olkuszu pierwszy błąd nawigacyjny zamiast na Zawiercie skręcamy na Wolbrom. Już wiem, że to nie ja będę nawigatorem na tym rajdzie. Dojeżdżamy na stadion większość rajdowiczów już po rejestracji i majstruje coś przy rowerach. Parkujemy i lecimy do biura. Kolejka zaczyna się na półpiętrze. Patrzymy na zegarek, mamy jeszcze 45 minut do startu. Każdy z uczestników dostaje pamiątkową koszulkę, ciastka Krakuski, wodę, mapę powiatu Olkuskiego oraz standardowo numery i karty startowe. Po odprawie zostało nam niecałe 30 minut. Ściągamy rowery z dachu, oddajemy rolki na przepak, pakujemy plecaki w sprzęt obowiązkowy i batony, ubieramy się w odpowiedni strój, bo pierwszy etap to BnO, a więc obowiązkowo moje nowe Inov8-ty oraz getry coby sobie nóg nie pocharatać. Na 10 minut przed startem Marek idzie na odprawę ogólną, a ja szykuję rzeczy na zmianę, dokręcam mapniki i coś tam dojadam. Po chwili przybiega Marek. Dostaliśmy dwa arkusze po cztery mapy ( 1. I etap rowerowy, 2. mapa do RJnO, 3. II etap trekingowy + rolki, 4. III etap rowerowy) które przy użyciu naszych fachowych nożyczek pocięliśmy i upchnęliśmy w mapniku. Bierzemy nasze rowery, plecaki, rzeczy na strefę zmian i idziemy na start. Tam już rozpoczęło się rozdawanie map na prolog, który błędnie nazwano Biegiem na Orientację, bo niestety, mimo otaczających nas lasów bieg rozegrał się po mieście, a za mapę posłużyło nam zdjęcie satelitarne. Marek jak to zobaczył szybko zmienił buty, a mi przypomniało się, że jeszcze nie mam picia w bukłaku. Sędzia nawołuje wszystkich na linię startu, a ja odkręcam kolejnego O-shita. Gdy zakręcam bukłak zaczyna się odliczanie 5…4…3…2…1…

Prolog [Marek]

Tuż przed startem pytam jeszcze sędziego, czy z drugiej strony stadionu też jest furtka. On potwierdza, a więc wariant gotowy. Zdenerwowany rozglądam się jeszcze za Frankiem, a ten właśnie kończy nalewać picie do bukłaka. W ostatniej chwili, ale udaje mu się zdążyć na linię startu przed „gwizdkiem” sędziego. Po drodze tłumaczę mu jaką kolejność punktów wymyśliłem i Franciszek na nią przystaje. Oczywiście po drugiej stronie stadionu furtka jest, ale zamknięta. Pytanie zadane sędziemu było niewystarczająco precyzyjne :P Gramolimy się na płot i biegniemy dalej. Nawigacja przy pomocy zdjęcia satelitarnego jest bardzo specyficzna. Są rzeczy, które na takiej „mapie” widać lepiej – jak kolory dachów, czy rodzaj i kolor drogi, ale są też rzeczy, których nie widać kompletnie, jak np. płoty, czy ścieżki w lesie. Co za tym idzie przy kilku wariantach musimy nadłożyć drogi obiegając podwórka, a raz ładujemy się komuś na posesję i obszczekani przez dwa pieski, przepraszając umykamy do lasu. Bieg niestety bardzo prosty, więc nie udaje nam się nic nadrobić, a właściwie straciliśmy, bo Franek po powrocie do bazy musiał przebrać się ze swojego stroju i butów do BnO w sprzęt bardziej rowerowy. Na kolejny etap wyjeżdżamy w okolicach 3 miejsca, ale różnice są jak na razie niewielkie.

Rower 1

Wsiadamy na rowery. Tuż przed nami na trasę wyjechały 2-3 teamy, które teraz gonimy na asfalcie. Zespół Team 360 stopni jest dość chętny do współpracy, więc raz oni nam, raz my im jedziemy na kole. W końcu dojeżdżamy do granicy Pustyni Błędowskiej, gdzie dziewczyna wręcza nam plastikowy kubeczek, pokazuje palcem kierunek i każe przynieść z rzeki wodę. No to biegniemy we wskazanym kierunku. 200m, 500m, 1000m… Rzekę znajdujemy po 1,5 km. Franek nalewa wodę do kubeczka i maszeruje z powrotem, a ja w międzyczasie znajduję pustą butelkę, w którą postanawiam nalać trochę wody tak na wszelki wypadek, jakby Franciszek się wywrócił i rozlał zawartość kubeczka. Jednak w końcu sumienie wygrywa i wyrzucam butelkę w krzaki. Doganiam Franciszka i idę obok niego robiąc za odganiacza much. Po zaliczeniu zadania przez sędziego Franek wylewa mi zawartość kubeczka za kołnierz, aaaaale przyjemnie. Jest godzina 10, a na dworze już jest strasznie gorąco. Wybieramy pewne warianty, takie na których nie trzeba za dużo kluczyć, stawać i ślęczeć nad mapą. PK2 odbijamy z innym team’em, który chwilę zastanawia się jak jechać, aż w końcu obiera wariant „tak jak oni” i jedzie za nami. Zaczyna się męka, duszno, na niebie lampa a my podjeżdżamy na polu pod dość stromą górę. Franek jest ode mnie dużo mocniejszy, ja nie daję rady, więc zsiadam i chwilę podprowadzam rower. Potem na zjeździe jestem szybszy, ale strasznie mną telepie, więc gubię po drodze bidon (dopiero na 2 etapie rowerowym zorientowałem się, że mam zablokowany amortyzator). Dojeżdżamy do PK3, gdzie doganiają nas późniejsi zwycięzcy – Zulus. My od punktu odjeżdżamy pierwsi, ale po kilkuset metrach zatrzymuje nas młody odyniec stojący na drodze. nasze krzyki nic nie dają, dopiero Darek Bogumił swoim szczekaniem odstrasza dzika i możemy przejechać dalej. Przyznajemy mu Oscara w kategorii onomatopeja :P Dojeżdżamy do Żelazka, w którym kilka razy byliśmy na obozach sportowych, gdzie wjeżdżamy na mapę do BnO. Szkoda, że zamiast odcinka RJnO nie było tam właśnie BnO, ale co zrobić… Bardzo fajna mapa i trasa, i nawigacja sprowadza się do liczenia ścieżek :( Na koniec zjeżdżamy drogą, która na mapie kończy się przy asfalcie, a w terenie na płocie nowo-powstałej posesji. Znowu obchodzenie opłotkami i poszukiwanie przejścia do asfaltu… W końcu jakaś miła pani przepuszcza nas przez swoje podwórko. Gnamy na przedostatni  punkt na tym etapie i tam sytuacja się powtarza. Wjeżdżamy na podwórko i gospodyni informuje nas, że jesteśmy już trzecim zespołem, który przejeżdża przez jej posesję. Ehh te dokładne mapy… Na ostatnim punkcie tego etapu mamy do wykonania tyrolkę. Franek ubiera się w uprząż, odpycha się i dopiero wtedy pytam sędziego czy czasem nie musi on mieć ze sobą karty startowej. Niestety musi, więc Franciszek wraca, bierze kartę i startuje raz jeszcze, tym razem dzięki mojemu pchnięciu zajeżdża dalej i tylko kawałek musi się podciągnąć na linie. Do bazy dojeżdżamy na 5 miejscu. Uzupełniamy picie w bukłakach i ruszamy na etap biegowo-rolkowy.

Bieg+rolki

Chwilę maszerujemy, żeby przyzwyczaić nogi do nowej formy lokomocji i po chwili ruszamy biegiem. Trochę pokropiło dzięki czemu na moment zrobiło się przyjemniej, ale za chwilę znowu uderzył w nas skwar i duchota. Do rolek utrzymujemy naszą 5 pozycję, końcówka po asfalcie dała mi mocno w kość, bo przy nagrzanej jezdni było kilkanaście stopni cieplej. Początek rolek idzie nam rewelacyjnie, lekkie zjazdy i podjazdy, pęd przyjemnie chłodzi. W pewnym momencie Franek ląduje w zbożu i coś krzyczy, że mam uważać. Jadę na hamulcu, ale ciągle się rozpędzam, więc też ratuję się hamowaniem w zbożu. Zjazd jest na tyle ostry, że nasze umiejętności rolkowe nie są wystarczające, żeby się tam zatrzymać. Lądujemy w zbożu jeszcze 2 razy. Potem niestety zaczyna się dużo gorszy asfalt i to w terenie zabudowanym, gdzie nie dość, że nie ma cienia to jeszcze zabudowania robią za bardzo skuteczny wiatrochron. Czuję, że powoli gotuje mi się garnek, strasznie zwalniam. Gdy dojeżdżamy do punktu (5km) mam kompletnie dosyć, a czeka nas jeszcze powrót, tym razem w większości pod górkę. Umieram… pod ten stromy zjazd, który teraz jest podjazdem nie daję już rady. Czuję, że zaraz zwrócę całą o-sheetowo-batonikową zawartość mojego żołądka. Ściągam rolki i podchodzę w skarpetkach. Generalnie jest to nawet szybsze, więc straciłem tylko czas na operacji ściągania i zakładania rolek z powrotem. Jakoś udaje mi się dojechać do końca, ale tam padamy i na dalszą trasę ruszamy dopiero po kilku minutach. Patrzę na mapę jak tu skrócić, żeby zejść do bazy. Mięśniowo czuję się dobrze, ale głowa i żołądek to jakiś dramat. Na szczęście z Frankiem też nie jest najlepiej, więc na mnie bardzo nie marudzi. Spacerujemy do punktu 9, a potem 10. Znowu spada lekki deszczyk, dodatkowo zaliczyliśmy przejście rzeki wpław, które nas trochę orzeźwiło, robi się chłodniej i czuję, że powoli odżywam. Tuż przed PK10 zaczynamy truchtać i do PK11 biegniemy znaczną część trasy. Tam czeka nas kolejne zadanie – drabinki na ściance wspinaczkowej. Przed nami w kolejce 2 zespoły, więc niestety daje nam to 15 minut dodatkowego czekania :( Szkoda, że ten przymusowy postój nie był zaraz po rolkach, kiedy odpoczynek był nam tak potrzebny. Z zadania ruszamy razem z panem Zbigniewem Rajtarem, który gada jak najęty, więc dalsza droga upływa dużo szybciej. Pan Zbigniew opowiada nam o swojej taktyce na wałęsające się psy, podobno jak się zacznie do nich mówić to nie gryzą. Co ciekawe stosuje on tę samą taktykę w stosunku do miejscowych chłopaków. Nim zaczną nas zaczepić o pedalski ubiór, Pan Zbigniew już do nich wali, że też by się napił piwka – lody przełamane :) Jedyny błąd na tym etapie popełniamy przy PK14, który jest usytuowany w kamieniołomie. Wydawało nam się, że będzie on widoczny z daleka, a tu punkt zakitrany mimo, że siedzą na nim sędziowie i trzeba wykonać zadanie specjalne. Franek trafia z łuku za pierwszym strzałem i lecimy do bazy. Gdy dobiegamy do Kluczy w mieście zapalają się latarnie. Cały ostatni etap rowerowy przyjdzie nam robić po ciemku.

Rower 2

Przed wyjazdem na ostatni etap doładowujemy się kabanosikami, bo na rowerze musi być paliwo. Trzeba też się cieplej ubrać, bo przyjdzie nam walczyć do późnej nocy. Ruszamy asfaltem na PK15 i od razu popełniamy błąd nawigacyjny, przez zamieszanie przy miejscowej dyskotece (kręcące się dziesiątki osób, samochodów i policji) nie zauważamy zjazdu na szlak rowerowy, odbijamy w następną drogę i przychodzi nam prowadzić rowery przez 200 m przez łąkę. Na szczęście straciliśmy tu niewiele czasu. Na punkcie wspinaczka, Franek radzi sobie wyśmienicie i śmigamy dalej. Na PK16 trochę poczesaliśmy, ale punkt się znalazł w miarę szybko, podobnie na 17nastce gdzie dodatkowo było do wykonania zadanie specjalne pamięciowo-speleologiczne. W jaskini trzeba było odnaleźć szachownicę i zapamiętać układ figur. Punkt 18nasty jest na mapie zaznaczony dość dziwnie, czytam opis: „Zewnętrzny mur cmentarza”. A-ha… czyli po dojechaniu na miejsce musimy objechać cmentarz dookoła i znaleźć lampion. Udaje się to dość szybko, a przy okazji doganiamy jakiś zespół. Od tego momentu zaczyna się czarna dziura tego rajdu. 2 kolejne przejazdy to jakiś dramat w naszym wykonaniu, ale też dramat jeśli chodzi o dokładność map. Do PK19, usytuowanego przy wieży telefonii komórkowej, prowadziła podobno dodatkowa droga, która odbijała od asfaltu ciut wcześniej. Kto miał szczęście i ją zauważył i zaryzykował, żeby w nią wjechać wygrywał kilkanaście minut. My niestety tę drogę przegapiliśmy, a żadnej z 3 dróg odbijających od asfaltu w stronę wieży, które były na mapie, nie było w terenie. W końcu znowu przyszło nam pchać rowery przez łąkę z trawami do piersi. Ale to było nic w porównaniu do błędu na kolejny punkt. Tym razem zauważyłem dodatkową drogę idącą od wieży, ale nie zdecydowałem się w nią skręcić. I znowu drogi, którymi chcieliśmy jechać kompletnie się nie zgadzały. Kluczyliśmy po lesie ponad 30 minut, w końcu decydując się na pchanie rowerów na azymut do asfaltu przez podmokłą łąkę a później las. Dramat jakiś… Teraz na zdjęciach satelitarnych widzę dodatkowe drogi, które powstały dla serwisanta wieży nadawczej. Szkoda, że te drogi nie były dorysowane do mapy, bo zyskać można było w naszym przypadku prawie godzinę. Co i tak nie usprawiedliwia naszej kompletnej nawigacyjnej zaćmy w tym miejscu. PK20 odbijamy wspólnie z 3 innymi zespołami. Mam ostry wkurw, więc dopinguję Franka do szybkiego odjazdu i mkniemy z prędkością grubo ponad 30km/h na następny – przedostatni punkt. Na podjeździe Franek mi trochę odjeżdża, doganiam go gdy podbija punkt i lecimy w dół. Pościg w postaci wspomnianych 3 zespołów jest około 3-4 minut za nami. Przy ostatnim punkcie znów trochę nie zgadza się mapa i przebieg szlaku, ale odnajdujemy go i fruniemy na metę. Dojeżdżamy pierwsi a pozostałe zespoły odstawiamy na 2, 10 i 14 minut :)

Ostatecznie w Rajdzie 4 Żywiołów zajmujemy 6 miejsce. Na ostatnim odcinku rowerowym, mimo ogromnych wtop, udało nam się wyprzedzić 2 zespoły, w tym Krzysia Muszyńskiego z koelgą co cieszy nas najbardziej :). Do zwycięzców straciliśmy tylko 2h, a więc byli w naszym zasięgu. Godzina była do urwania na błędach na ostatnim rowerze, a druga nam uciekła podczas naszego (a właściwie głównie mojego) kryzysu na biegu i rolkach. 2 wnioski – na rowerze nocnym trzeba wybierać jeszcze bardziej pewne warianty, na etapy biegowe przy takiej żarówie należy zakładać czapkę i chłodzić głowę wodą jak tylko się da.

Rajd 4 Żywiołów to kolejna impreza, na którą będziemy wracać. Super tereny, ciekawe zadania specjalne i dość trudna nawigacyjnie trasa – czego chcieć więcej? Może etapu BnO :D

Konwalie (x10) w Gliwicach

Dzień 1 by Tomasz 

Rajd miejski Gliwice 360 w swojej czwartej odsłonie odbył się w dniach 11-12.05.2013. Reprezentację Rajdu Konwalii stanowiło pięć dwuosobowych teamów, część starych wyjadaczy, część zupełnie zielonych- czyli my Yeah!ane GrubASY- Gustaw i Tomek, oficjalnie także jako rajd konwalii.pl. Wyjazd w piątek w deszczowej aurze i prognozy pogody nie zostawiały nadziei, będzie zimno i mokro. Ale co tam pogoda, Patela z czterema rowerami na dachu dziarsko tnie 140km/h. Nocleg w szkolnej klasie, ale- chwała bohaterom!- pierwsi w szkole zdobywają materace gimnastyczne, więc źle nie będzie. Mamy i drugi sukces, rozbrojona przez Władka szafka elektryczna, cyk- jest prąd w gniazdkach. Franek może podłączyć laptopa i puszczać ulubione kawałki Gustawa. Zasypiamy i budzimy się przy akompaniamencie deszczu. Spanie do oporu, pobudka w klimatach męskiego kołchozu, zakupy, przygotowania do biegu, odprawa techniczna, rady bardziej doświadczonych i ruszamy busem na Rynek Główny.

Pierwszy dzień Rajdu to bieg na ok. 25 km ze startu wspólnego, 12 PK zaliczanych w systemie scorelauf. Najpierw pamiątkowa fota na tle ściany gliwickiego ratusza, Marek i Damian prężą bicepsy przed fotoreporterami, a nadmuchana brama startowa już czeka. Rozdanie map na 3 min przez startem i zaczęło się. W teamie mam Gustawa, w nogach ma więcej Bno, niech nawiguje, co mi tam- w razie wtopy będzie na niego. START!  Ruszamy na ten sam PK co Ada i Władek, dobrze- znaczy, że wariant który wybraliśmy jest właściwy. Trochę ciężko utrzymać tempo starych wyjadaczy. Pada. Pierwszy przebieg do Muzeum Techniki Sanitarnej (7PK) długi, ale łatwy. Zadanie- trzy buteleczki z pipetami, wybiera się jedną z nich, papierek lakmusowy do dyspozycji i trzeba podać jaki to roztwór- kwasowy/zasadowy/obojętny, na szczęście sprawę ułatwia wierszyk obok butelek, przypominający jak to powinno być z tymi kolorami. Tuż obok zadanie towarzyszące- tor a la kręgle, piłeczką trzeba zbić choć jedną butelkę, więc Gustaw w parę sekund załatwia sprawę. Długie wycofanie tą samą drogą i wkurzenie od samego początku, bo widzimy jak w niedozwolonym miejscu przez płot tnie inny zespół. Sami lecąc po rurach ciepłowniczych przedostajemy się przez rzeką i biegiem dalej. Ada i Władek w zasięgu wzroku, więc morale rosną! Przestaje padać. Zadanie numer 2 na kortach tenisowych (1PK) aspiruje do miana najgłupszego w dziejach. Niby proste, pod wiatą wysoką na 3m, rozstawiona siatka do tenisa, a za nią na ziemi wyrysowany prostokąt o wymiarach 2x1m, rakieta w dłoń i trzeba w prostokąt trafić piłką. Tyle tylko, że sędzia tak tłumaczy zadanie, że wychodzi na to, iż team ma próbować do skutku. A tu lipa- okazuję się, że każdy może uderzyć raz, po czym… zadanie niezaliczone i 1 godzina doliczona! W ten sposób sporo zespołów łapie irracjonalną karę. My mamy mnóstwo szczęścia, bo po eleganckim przypierniczeniu w sufit przez Gustawa, mnie, który trzyma rakietą pierwszy raz w życiu, jakoś się udaje! I, nie do wiary, wyprzedzamy Władka i Ada. Po chwili jest mniej wesoło- na wspólnych biegach z Gustawem traciliśmy już kluczyki samochodowe, przyszedł czas i na kartę startową. Zostawiona na kortach, wymagała czasochłonnego powrotu, gdy mijał nas Władek z Adą słyszałem wręcz chóralne BUAHAHAHA! i tyle ich widzieliśmy do końca dnia. Kolejny PK (12) wymaga tylko podbicia i biegniemy dalej do parku (5PK), gdzie czeka nas kolejna, niewyszukana tym razem próba- na parkowym urządzeniu do ćwiczeń do zrobienia jest 10 podciągnięć nóg do prostego kąta z tułowiem- Gustaw atleta nie pozostawia złudzeń kto tu rządzi i lecimy dalej. Po krótkim biegu w Zespole Szkół Samochodowych (8PK) zakłada się gogle symulujące parę promili we krwi, w których trzeba przejść prostą linię wyrysowaną na ziemi i usiąść do atrapy samochodu. I znów Gustaw, czujący się widać jak ryba w w(ó)dzie załatwia sprawę.  Raz-dwa i znów w drodze. Tym razem w Centrum Kultury Studenckiej (6PK) coś dla szarych komórek- piramida, w którą wpisanych jest kilka cyfr- należy znaleźć wzór, który pozwoli wpisać te brakujące. I tak mija 10 min, nic nie przychodzi do głowy, na szczęście przysługuje nam jedna podpowiedź, po której udaję się w bólach rozwiązać zadanie i możemy ruszać dalej. Następny PK (4)- zjazd na linie z pierwszego piętra Urzędu Miejskiego. Wysokość niewielka, więc Gustaw szybko spada i jest po sprawie. Im dalej tym ciekawiej, bo oto gliwicka palmiarnia (2PK) i do spisania po jednym mieszkającym w niej gadzie, płazie, ptaku, ssaku i rybie. W tym miejscu dziękuję mojej pani od biologii i jej zamiłowaniu do aksalotlów. Wypadamy z palmiarni jak dziki. Na trasie zostały nam już tylko PK do podbicia ale bez zadań. Ten przy starym cmentarzu żydowskim (3PK) jest bezproblemowy. Już mamy ciąć przez tory kolejowe do następnego, gdy przez megafon odzywa się wkurzony głos zawiadowcy „Nie przebiegać przez tory!”, no dobra, niech mu będzie. Docieramy pod hotel (11PK) i dalej do parku (9PK), gdzie przez kiepsko wyrysowaną mapą wcale super łatwo nie jest. Potem już tylko ostatkiem sił, ciągnąc się i pchając wzajemnie, gnamy pod kościół (10PK) i strzała na metę. A na mecie naleśniki!

Ci co na Gliwicach 360 byli w poprzednich latach trochę kręcili nosem, że zadania średnie i mało porywające, że bywały lepsze. W klasyfikacji po pierwszym dniu jest dobrze, choć fermentu narobiły kary czasowe, szczególnie za feralne zadanie na kortach. Czas na regenerację, bo jutro będzie jeszcze dalej, trudniej, dłużej. Ada maltretuje Gustawa, reszta leczy się chmielem, technicy składają rowery. Oj będzie się działo.

Dzień 2 by Gustaw

Jak każdy statystyczny Polak niedziele rozpoczęliśmy o 6:30. Przed nami etap rowerowo, biegowo, kajakowo rolkowy czyli wielka niewiadoma dla nas- debiutantów. Tomasz, znany ze zdrowego żywienia, przygotował bogate w substancje odżywcze śniadanie(czyt. Parówka i chleb z serem). Razem jako przykładny team uzupełniliśmy obowiązkowe wyposażenie, wsiedliśmy na nasze pożyczone rowery i wraz z całą ekipa pomknęliśmy na start pod Radiostacją Gliwicką. Aura podobnie jak w sobotę przywitała nas rześkim, wilgotnym powietrzem. Po tradycyjnym grupowym zdjęciu padło hasło: mapy! Celem znokautowania sędziów i wydarcia im upragnionych map udaliśmy się  pod namiot organizatorów. Dzięki sobotnim doświadczeniom pamiętaliśmy o zabraniu folii na mapy co ułatwiło nam znacząco nawigację.

Szybko obraliśmy strategię i nie wiadomo kiedy wystartowaliśmy! Mocno nacisnęliśmy na pedały pędząc na pierwszy punkt jakby nie zdając sobie sprawy, że przed nami ponad 90km ciężkiej rywalizacji. Czułem się trochę jak na Tour de France jadąc w liczącym ponad 160 osób peletonie. Otwierające 5km gliwickimi ulicami prowadziło nas do pierwszego etapu biegu na orientację na Osiedlu Gwardii Ludowej. Rzuciliśmy rowery, mapa w rękę i co sił na 1PK. Szybko wybraliśmy korzystny wariant (trasa scorelauf) i przedzierając się przez blokowiska bez większych problemów zaliczyliśmy wszystkie PK. Zadowoleni z siebie przesiedliśmy się na rowery w czołówce razem z Władkiem i Adą. Po kilometrze zameldowaliśmy się na PK 2 gdzie czekał nas rowerowy downhill. Błotnisty zjazd przełajowy mimo cienkich szosowych opon Tomka wykonaliśmy błyskawicznie i wróciliśmy na asfaltowe szosy. W drodze na kolejne zadanie w centrum Gliwic siedliśmy na koło Frankowi i Pateli. Po małym błędzie rzuciliśmy rowery pod ruinami teatru wbiegając do środka. Zadanie specjalne wymagało umiejętności aktorskich. Na zasadzie kalambur należało odgadnąć tytuł sztuki teatralnej. Z pozoru prosta sprawa sprawiła mi dużo kłopotu. Mimo ze Tomek zagrał rolę życia nie udało mi się odgadnąć „Poskromienia złośnicy”. Drugie hasło wydawało się jeszcze bardziej beznadziejne. Tomek dwoił się i troił a ja czułem się jak niedorozwinięty nie mogąc wpaść na rozwiązanie. W ostatniej minucie chyba zadziałała adrenalina, doznałem oświecenia- „Tramwaj zwany pożądaniem”. Wsiadając z powrotem na rowery postanowiliśmy nie poruszać więcej tematu aby nie psuć atmosfery w drużynie. W tym momencie mieliśmy kilka minut straty co okazało się ważne przed odcinkiem kajakowym w gliwickiej marinie. Straciliśmy kilkanaście minut w kolejce po kajak. Jednak nie to było najgorsze. Odcinek kajakowy, na który po cichu liczyliśmy okazał się naszą zmorą. Nie wiedzieć czemu nasz kajak upodobał sobie skręcanie w lewo i chociaż z całych sił kontrowaliśmy wiosłami nie było możliwości utrzymania go w prostej linii. Nie poddając się podbiliśmy 1PK na wodzie i dalej morderczo katowaliśmy lewą część ciała. Cierpliwość się wyczerpywała i padło kilka niecenzuralnych słów typu: motyla noga, do diaska itp. W mękach dobiliśmy do przystani. Zrzuciliśmy z siebie kapoki, szybki rzut oka na mapę i dość bezbłędnie dotarliśmy na PK5. Tam otrzymaliśmy mapę korytarzową do jazdy na orientację, na której ukryte miały być 2 zadania specjalne. Pierwszy odcinek przełajowy rowerami nie zaczął się zbyt dobrze. Czytając mapę trzymałem kierownicę jedną ręką co skończyło się wywrotką. Niestety nie tylko moją. Przewróciłem się prosto pod koła Tomka, który wykonał niesamowitą akrobację przelatując z rowerem nade mną. Szkoda, że nie mieliśmy włączonej kamerki. Mocno poobijani dotarliśmy do OS1 czyli zadania linowego. Przyszło nam poczekać ok. 20 min w kolejce obserwując zmagania innych zawodników. Tomek podjął się przejścia mostu linowego w czasie kiedy ja próbowałem odnaleźć nas na mapie. Udało mu się pokonać zadanie bezproblemowo. Niestety nie można tego samego powiedzieć o mnie. Mapa korytarzowa mnie przerosła, do teraz nie wiem dlaczego. Nastąpiło zaćmienie umysłu i zrezygnowany oddałem prowadzenie Tomkowi. Poddenerwowani straciliśmy tam prawie godzinę i jak się później okazało miejsce w ścisłej czołówce. Po męczarniach znaleźliśmy OS2 i wyjeżdżając na asfalt w większej grupie pojechaliśmy w stronę PK6 czyli biegu na orientację. Kiedy odbieraliśmy mapy Władek z Adą już kończyli bieg co trochę nas zdemotywowało. Pożywiliśmy się żelem energetycznym i biegiem na trasę. Punkty odnajdowaliśmy bez problemu. Niestety poruszanie między nimi graniczyło z cudem. Pokrzywy po pas, błoto po kolana i gęste zarośla- z takimi przeciwnościami zmagaliśmy się na przebiegach. Troszkę się ubrudziliśmy. Na szczęście trasa była technicznie dość prosta i udało nam się wyprzedzić kilka zespołów.  Ciężko było znów wsiąść na rower. Przemoczone rzeczy i zmęczone mięśnie dawały się trochę we znaki. PK 7 i 8 bez większych problemów szybko sunęliśmy po asfalcie. Jak się później okazało na PK9 najkorzystniejsze było wyjechanie za mapę. My wybraliśmy jednak inny wariant, prowadzący w większej części po drogach gruntowych. Najmocniej odczuł to Tomek nie posiadający amortyzatora. Zaliczyliśmy PK9 i na kolejne zadanie pędziliśmy już po utwardzonej jezdni. PK 10 przywitało nas zadaniem na strzelnicy. Strzałem w środek głowy Tomek potwierdził, że lubi zabijać. Wiedzieliśmy już, że przed nami najgorsze- rolki. Był to w zasadzie nasz 2 raz na rolkach. Na szczęście nie wiało a asfalt był równy jak stół. Z czasem zaczęliśmy przyspieszać i te 8km wzdłuż autostrady okazały się nawet miłą odskocznią od roweru. Ściągnęliśmy rolki i trzeba było znów włożyć przemoczone buty. Zaczynało mi dość mocno doskwierać kolano. Tomasz jako lekarz zezwolił na kontynuację jazdy a przejazd z górki na PK14 pozwolił nam trochę odpocząć. Kolejne zadanie tzw. Zorbing. Wskoczyłem do gumowej piłki i biegając jak szczurek w środku współpracowałem z pchającym kulę Tomkiem. Na odjeździe z PK14 Tomkowi puściły hamulce. W rowerze. Ostatnie 10km pokonał zatrzymując się nogami jak Fred Flinston za co wielki szacunek. Nie wiedzieć skąd wstąpiły w nas ukryte wcześniej siły i zaczęliśmy odjeżdżać goniącym nas zespołom. Jeszcze tylko prosty PK15 i przejazd do mety. Niestety przez moją zmęczona głowę nadrobiliśmy 500m jadąc naokoło. Ostatni podjazd odczuwalnie był podobny do górskiej przełęczy gdzieś w wysokich Alpach. Z daleka wyłaniała się Radiostacja. Udało się!!! Razem pokonaliśmy linię mety i nie interesując się wynikami udaliśmy się po makaron. Smakował wyśmienicie i jak na grubasów przystało zjedliśmy sporo.  Liczyliśmy na około 18-20 miejsce wiedząc, że rowery nie były naszą mocną stroną. Dość mocno dziwiło nas wyczytywanie na dekoracji zespołów przed nami. Okazało się ze utrzymaliśmy 9 miejsce co było dla nas wielkim zaskoczeniem! Gdyby nie te błędy w korytarzu w lesie…

Po raz pierwszy wystartowaliśmy w rajdzie przygodowym. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że również nie po raz ostatni. Cieszę się, że na debiut wybraliśmy właśnie Gliwice. Pokłony dla Team 360 za świetną organizację, ciekawe zadania i atmosferę sportowego święta, która spowodowała, że za rok staniemy znowu na starcie na gliwickim rynku. Mam nadzieję, że już jako bardziej doświadczeni rajdowcy namieszamy trochę w stawce.

Dziękujemy całej ekipie Rajdu Konwalii za wsparcie techniczne( Frankowi znanej postaci medialnej czyli „Q”) oraz mentalne, które pozwoliło nam na osiągnąć zadowalający wynik. Gratulacje dla Pateli i Franka za 3 miejsce w kat M. -Mocni jak świnie. Władek z Ada nawet z godzinną karą za tenisa również zdobyli podium w MIXie. Trzeba również docenić Marka i Damiana, którzy gdyby nie kary wypadliby zdecydowanie najlepiej z całej ekipy. Skład uzupełniali Maciej i Jacek, którzy pechowo pod koniec etapu zgubili kartę startową.

Do zobaczenia za rok!

Wertepy 2013 okiem Ady

W miniony weekend w Nekli odbyły się Wertepy 2013, w którym wystartowałam razem z Frankiem, Władkiem i Mateuszem na trasie Masters liczącej ok. 150km. Był to mój pierwszy taki rajd, tak, więc stres towarzyszył mi już kilka dni wcześniej, tym bardziej, że jeszcze od razu tak długa trasa. Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać; przed rajdem, nasuwało mi się wiele pytań, na które nie znałam odpowiedzi tzn. czy organizm to wytrzyma, jak rozłożyć siły, co jeść, jak się ubrać, czy dam radę na rolkach, rowerze … Z jednej strony byłam zielona i zestresowana, a z drugiej ciekawa i podekscytowana.

Do rajdów trzeba było mnie namawiać, aż rok, ale przede wszystkim wynikało to z tego, iż nie miałam dobrego roweru i dopiero w tym roku podjęłam decyzję o kupnie i mogę już powiedzieć, że jestem bardzo z niego zadowolona :) Przygotowania do rajdu, głównie, jeżeli chodzi o rower i rolki były praktycznie żadne ( w moim przypadku raz na rolkach i dwa razy na rowerze), ponieważ wszystko pokrzyżowała długa zima, która nie chciała odpuścić i śnieg leżał jeszcze na początku kwietnia.

Dla mnie bezpośrednie przygotowania rozpoczęły się w czwartek – wizytą w Decathlonie, gdzie dokonałam ostatnich zakupów plecak-bukłak, żelki, batoniki, napoje, tak, aby nie zabrakło energii nawet na chwilę J Wszyscy spotkaliśmy się w piątek w pociągu, w bazie rajdu byliśmy po 20, o 22 odprawa, na której Remik przekazał nam kilka wskazówek i później ostateczne przygotowania – rozplanowanie przepaków, pakowanie wszystkich wymaganych rzeczy i jazda na start. Na rynku zdjęcia każdej ekipy, rozdanie map i punkt 00:00 wystartowaliśmy, rozpoczynając naszą długa walkę z sobą, swoimi słabościami i przeciwnikami. Pierwszy odcinek ok.35km mieliśmy przejechać na rowerze, niby niedużo, jednak problem zaczął się, gdy wjechaliśmy do lasu, ilość błota nas lekko przeraziła, trzeba było bardzo uważać i mocno pedałować – dość ciężki odcinek, odczuwalnie dłuższy. Po drodze przeżyliśmy niespodziewane spotkanie z łosiami, które Władek pewnie zapamięta do końca życia – był to szok, konsternacja, nie wiedziałam, co robić i stałam jak wryta, widząc jak jeden z nich przeskakuje nad głową Władka, chacząc kopytem o kask – wtedy żałowałam, że nie mam w ręce aparatu. Sytuacja może i śmieszna, ale na szczęście zakończona dużym szczęściem, wolę nie myśleć, co by się stało, gdyby łoś nie podskoczył. Nie wiem ile czasu zajął nam I etap, ale na I przepaku było dość sporo ekip, zmiana butów, skarpetek, baton i ruszyliśmy dalej na etap trekkingowy ok. 12km. Trasa nie była trudna, pokonaliśmy ją spokojnie bez większych problemów, starając się cały czas biec; z powrotem pojawiliśmy się już, gdy było jasno, jak się okazało na drugim miejscu, ku naszemu zdziwieniu. Po raz kolejny chwila oddechu, łyk coca-coli, rolki na plecy i bieg dalej na etap rolkowo-trekingowy. Pogoda dopisywała, było ciepło i jak na razie sił też nie brakowało. Zaczęliśmy od biegu uciekając tym, którzy nas gonili, ale po 2pkt już założyliśmy rolki, jechaliśmy drogą wzdłuż drogi ekspresowej i było całkiem dobrze z powrotem trochę gorzej, bo pod wiatr i Mateusz trochę mnie ciągnął, żeby było szybciej, ponieważ  jedna drużyna niestety już nas minęła, a druga doganiała. Później asfalt nie był już taki ładny, wręcz tragiczny, jazda była raczej męczarnią niż przyjemnością, ale jakoś jechaliśmy. Po kolejnych 3pkt stwierdziliśmy, że na kolejny zdejmujemy rolki i biegniemy pokonując tym samym o połowę krótszą trasę- jak się później okazało, był to dobry wybór, bo minęliśmy i zostawiliśmy rywali z tyłu. Na kolejny etap tzn. Bieg na Orientację na mapie Promno dotarliśmy razem z Zuzią i Łukaszem z trasy Profi, jednak rozdzieliliśmy się i ukończyliśmy pół godziny wcześniej od nich, całość ok. 8km zajęła nam 1:35. Dalej zostało nam tylko 6km biegu do kolejnego etapu, jakim był kajak, powoli tuptaliśmy, aż ujrzeliśmy most i upragniony od dłuższego czasu odpoczynek przede wszystkim dla nóg. Każdy spragniony był przygotowanej wcześniej kanapki, ja dodatkowo czystej wody, a Mateusz coca-coli J Na nasze szczęście kajak był skrócony, tylko 3pkt około 3km, jednak z jednym pkt. mieliśmy małe problemy, gdyż trzeba było płynąć między szuwarami dość długo i myśleliśmy, iż pkt. ominęliśmy, jak się okazało był jeszcze dalej. Po kajaku czekał nas kolejny etap rolkowo-trekingowy, który przywitał nas deszczem. Większość tego odcinka pokonaliśmy na rolkach, jednak po raz kolejny asfalt był tragiczny podziurawiony jak ser i jazda po nim była udręką, do tego większość trasy pod górkę. Wiedzieliśmy, że jesteśmy już bliżej końca niż początku i że nadal utrzymujemy się na 2 miejscu, dlatego wszystkie odcinki piesze staraliśmy się biec (wolno, bo wolno, ale zawsze szybciej niż marszem). Mnie kryzys psychiczny dopadł na ostatnim odcinku rolkowym, gdzie w sumie wiedziałam, że na końcu będę mogła zdjąć ostatecznie rolki, jednak rozpętała się burza, wiał silny wiatr, a chłopacy pojechali do przodu i zostałam sama, czułam, że jadę w miejscu i myślałam, że nie dojadę do tego celu. Na szczęście po zdjęciu rolek i kilku pierwszych metrach trekkingu wszystko wróciło do normy. Dobiegając do upragnionej ostatniej już strefy zmian, wiedzieliśmy, że nie będzie można popełnić błędów, ( ponieważ, nie wiedzieliśmy ile mamy przewagi nad rywalami) i nie będzie łatwo, wiedząc jak wygląda w lesie,. Zmęczenie już trochę dawało się we znaki, dlatego trochę obawiałam się, czy dam radę mocno kręcić pedałami, na cudownym błotku. Jednak nie było najgorzej, ruszyliśmy sprawnie i szybko, aby nie tracić cennego czasu i dodatkowo przekazano nam, że dwa pkt. opuszczamy i to te w lesie – ta wiadomość dała nam dodatkowy wiatr w żagle. Praktycznie już na początku po raz kolejny spotkaliśmy Zuzę z Łukaszem i tak trzymaliśmy się do końca, wzajemnie sobie pomagając. Przeprawy przez ścieżki leśne były ciężkie, ale pomału dawaliśmy radę. Mieliśmy nadzieje, iż pozostali też już nie mają tyle sił, co my i nas nie dogonią. Powoli czuliśmy smak zwycięstwa, choć droga jeszcze nie była taka bliska. Przystopował nas jeden pkt., którego nie mogliśmy znaleźć, był blisko pola, dlatego z uwagą rozglądaliśmy się, czy kogoś nie ma na horyzoncie. W pewnej chwili pojawił się zespól, który cały czas dreptał nam po pietach. Powiedzieliśmy ze nie mamy pkt., wiedząc, ze chłopacy znaleźli, wzięliśmy rowery i ruszyliśmy

szybko dalej, zdając sobie sprawę, że są już blisko. Na kolejnym pkt czekało zadanie specjalne tzn. przeprawa linowa. Tempo mieliśmy ekspresowe, pierwszy przeciągnął się Władek, później 2 rowery, dalej Franek, Mateusz, kolejne rowery i na końcu ja. Każdy chyba poczuł dodatkową adrenalinę i energię, ponieważ pedałowaliśmy ile sił w nogach. Został nam już tylko jeden odcinek po lesie, a potem już tylko asfalt (raj). Na ostatnim pkt czekało zadanie niespodzianka, a mianowicie ergonometry i traska na orientacje po parku. Każdy musiał przejechać 1km na najwyższym obciążeniu, średnio zajmowało to 4-5min. Gdy kończyliśmy nadjechał zespół, który widzieliśmy wcześniej; wtedy byliśmy już spokojni, że mamy 2 miejsce. Na koniec scorelauf po parku, razem z Władkiem podbijaliśmy wszystkie pkt i dalej czekała już tylko meta. Rajd ukończyliśmy o godz. 19.39 z wielką radością, że udało nam się tego dokonać i to na tak dobrym miejscu. Zmęczenie było już mocno odczuwalne, ale już nic nie przeszkadzało, ani odciski na piętach, ani brudne rzeczy, brudny rower, liczyło się tylko to, że dałam radę przetrwać do końca tak długi i wyczerpujący rajd. Mogę powiedzieć, że jestem z siebie dumna i z niecierpliwieniem czekam na kolejne rajdy.

Dziękuję bardzo chłopakom za to, że mnie namówili na start, za pomoc w trakcie rajdu, za niesamowite przeżycia, wspaniałą zabawę i mam nadzieję, że w jakimś stopniu spełniłam wasze oczekiwania.

Zdjęcia ze strony organizatora.

 

 

Róża Wiatrów

Osoby, które znają Pana Zbyszka Hornika wiedzą, że jest to najbardziej rozkojarzona osoba, która robi coś fajnego :) (cytat z Ł.G.)

Nie wiem czy termin tegorocznej Róży Wiatrów był zaplanowany czy wynikał z tego rozkojarzenia, ale nie przeszkodził ponad 70 uczestnikom zmierzyć się z przygotowanymi przez Pana Zbyszka trasami. Mi fakt biegania w Wielką Sobotę odpowiadał jak najbardziej, w ten sposób można było upiec 2 pieczenie na jednym ogniu: świetnie się bawić podczas biegu z mapą a dodatkowo wymigać się od przedświątecznych domowych porządków :P

Na Róży Wiatrów poza mną startowali też Maciej i Gosia, z tym że na krótszej 25 kilometrowej trasie. Ja z początku zamierzałem biec sam, ale w końcu połączyłem siły ze znanym i lubianym Kubą Runowskim i po raz drugi w tym miesiącu całą trasę przetruchtaliśmy wspólnie.

Przed startem wpadłem w lekką panikę, bo nie mogłem w plecaku znaleźć kompasu, w końcu gdy go odnalazłem i poszedłem na salę gimnastyczną wysłuchać odprawy, okazało się, że ta już się skończyła i wszyscy zawodnicy ślęczą nad mapami obmyślając warianty (21 punktów i scorelauf – było nad czym myśleć). Co gorsza okazało się, że zabrakło dla mnie mapy i ostatecznie na minutę przed startem dostałem taką przerobioną z trasy rowerowej. Czasu na obmyślanie wariantu nie miałem zbyt dużo, dlatego postanowiłem rozpocząć od PK15, do którego był dość długi i prosty przebieg i był czas, żeby zastanowić się nad resztą trasy. Poza tym uznałem, że nie warto na początek biec na trudne punkty na Dziewiczej Górze i przecierać tam ścieżki. Po PK15 biegniemy przez pole na PK21. Przed nami dwójka zawodników, a nam dobrze biegnie się po przetartej przez nich w śniegu ścieżce. Niestety po tym punkcie Ci dwaj zawodnicy biegną w swoją stronę, bo byli z trasy TP25. Piknięcie zegarka – 10km w 58 minut, czyli tempo biegu odliczając czas na potwierdzenia PK około 5:30. Wpadamy z Kubą na odcinek BnO. Postanawiamy zaliczyć tylko 4 punkty (1-2-6-8), a resztę zgarnąć wracając z dalszych punktów na trasie. Niestety zalegający śnieg w lesie nie pozwala na bieganie i przez większość tego odcinka maszerujemy, ale niemal idealnie po kresce. Na 16stkę biegniemy przez Kamińsko, Pławno i tuż przed Hutą Pustą odbijamy na azymut przez las. Niestety znowu musimy przejść do marszu. W drodze na PK20 cofamy się po własnych śladach do głównej drogi i przez leśniczówkę Okoniec dobiegamy do PK20 w okolicach jeziora Karpnik. Punkt znaleziony szybko i równie szybko stamtąd uciekamy, bo grunt pod nogami dziwnie trzeszczy, a mokre stopy to ostatnia rzecz, o której teraz marzymy. Tuż po kolejnym punkcie (PK17) spotykamy chłopaków z trailTeamu, którzy zaliczali trasę w odwrotnym kierunku. Kontrolne pytanie „ile na liczniku?” „20km „. My mamy 25km z małym haczkiem, ale jeszcze najtrudniejsze punkty przed nami. Chłopaki żalą się, że całe BnO na Dziewiczej Górze musieli przespacerować. Teraz przed nami ostatni dłuższy przelot na trasie a potem dokończenie BnO na „Trakcie Poznańskim” i BnO na „Dziewiczej”. Wciągam żela i ruszamy z kopytka – odpoczywać będziemy spacerując na odcinkach BnO. Na moment przed szybszym biegiem powstrzymuje nas jednak wataha dzików, która spacerowała sobie po „naszej” drodze. Jeden z warchlaczków nie chciał z niej zejść i dopiero po naszych prośbach pobiegł w las za resztą watahy. Ścieżki w lesie się nam nie zgadzały, a bieganie dłuższych odcinków na azymut nie miało sensu, więc postanowiliśmy nadłożyć trochę drogi, żeby jak najszybciej dostać się do asfaltu (sam nie wierzę, że to piszę) i przez Trzaskowo docieramy do 18nastki. BnO na „Trakcie Poznańskim” zaczynamy od PK7, który leży na skraju mapy. Potem 400m na azymut do PK5, który wystawia nam spora grupka. Poznaję dziewczyny z trailTeamu i trochę się dziwię, że jesszcze nie są na mecie (byłem pewien, że startują na 25km). Na czwórkę znowu azymut i tutaj częściowo nawet udaje nam się biec. Na trójeczkę 2 dość ciężkie podejścia, ale udaje się odnaleźć bez problemów. Teraz przed nami 4,5km przebieg na kolejną mapę do BnO. Punkty na tej mapce postanawiamy zaliczać od PK10. Na tym przelocie czuję się bardzo niepewnie i co rusz kontroluję kompas, dodatkowo w pewnym momencie urwała się nasza przecinka i gdy ją z powrotem odnaleźliśmy nie byłem pewien czy to na pewno ona. Wszystko skończyło się na szczęście po naszej myśli. Punkty na „Dziewiczej” zaliczaliśmy maszerując, ale wszystkie prawie idealnie po kresce. Po 20 minutach już zbiegaliśmy po drugiej stronie góry kierując się na ostatni PK19. Mimo, że w Czerwonaku powstało trochę nowych budynków, których nie było na mapie udało nam się całkiem nieźle ściąć i po ok. 5,5h podbijaliśmy ostatni punkt i rozpoczęliśmy finisz. Na metę dobiegliśmy jako pierwsi po 5h51min z 45,3km w nogach. Jak na razie trasa na Róży Wiatrów to nr 1 z wszystkich w jakich startowałem na PMnO :)

Zima 2013

Działo się trochę od początku 2013 roku, ale jakoś wszystkim brakowało czasu, żeby cokolwiek tutaj napisać. Zatem od początku:

Stowarzyszenie rajdkonwalii.pl

Stało się! Jesteśmy oficjalnie Stowarzyszeniem – Klubem Sportowym. Załatwianie wszelkich papierów trochę trwało, ale od teraz wszystkie imprezy będziemy organizować już „na legalu”. Nasz klub ma w tej chwili 15 oficjalnych członków-założycieli w tym aż 7 dziewczyn :) Plany startów na ten rok są spore i już na kwietniowych Wertepach rajdkonwalii.pl wystawi po raz pierwszy klasyczny 4-osobowy zespół :)

Śnieżne Konwalie

Będą w trakcie załatwiania formalności związanych z założeniem klubu zdążyliśmy zorganizować pierwszy rajd już pod nowym szyldem: Śnieżne Konwalie. Zawody główne rozegrały się na dwóch trasach 50 i 25 km. Ta dłuższa zaliczona została do cyklu Pucharu Polski w Maratonach na Orientację. Oprócz nich były 3 trasy w klasycznym biegu na orientację, na których startowali głównie młodzi zawodnicy wielkopolskich klubów BnO (Pozań, Mochy, Raszków i Leszno) oraz uczniowie ZSP Nietążkowo. W sumie w imprezie wzięło udział 161 osób i sądząc po komentarzach (http://rajdkonwalii.pl/zima/galeria/) chyba spisaliśmy się całkiem nieźle w roli organizatorów.

Poznaj Poznań Nocą

Początek roku 2013, jak i końcówka roku 2012 stały pod znakiem startów w cyklu zawodów sprinterskich Poznaj Poznań Nocą organizowanych przez WKS Grunwald Poznań. Na starcie ostatniego etapu stanęło aż 9 członków rajdkonwalii.pl. Etap ten był biegiem pościgowym, a lista startowa była ułożona na podstawie wyników we wcześniejszych biegach w cyklu. Ostatecznie Kasia zajęła 7 miejsce w kategorii Początkujących, Andrzej był 10 w Zaawansowanych, a w kategorii Elita po bratobójczych pojedynkach Marek był 2, Władek 7, Franek 8, Patela 10, Ada 11, a Jacek 15.

Włóczykij Trip Extreme

Po zeszłorocznych sukcesach (Marek – 4, Władek – 6) w klasyfikacji generalnej PMnO i w tym roku mamy plany, aby w tym rankingu być jak najwyżej. W Śnieżnych Konwaliach wystartować nie mogliśmy, na Skorpiona było nam za daleko, dlatego nasz sezon startów w maratonach na orientację na 50 km rozpoczęliśmy od Włóczykija.

Na starcie wuchta wiary – prawie 200 osób – w tym my: Władek, Andrzej i ja (Marek). Po otrzymaniu map wybraliśmy swój wariant zaliczania punktów. Pokrótce zakładał on, aby najpierw pobiec do PK22, a potem wyprzedzać osoby, które go na początku ominęły. Punkt, gdzie mogliśmy godzinę odpocząć miał być mniej więcej w 2/3 trasy. Ruszyliśmy w tempie około 5’15″/km ale i tak po chwili wyprzedził nas Łukasz Romanowski, a potem Janek Lenczowski. PK22 podbijaliśmy właściwie razem, bo lepiej ścięliśmy przez pole, potem oni pobiegli na południową część trasy, a my „gonić” tramwaje na północ. Rzeczywiście plan okazał się słuszny i na kolejnym punkcie dostaliśmy wystawkę. Po nim Andrzej zaczął trochę słabnąć i zostaliśmy z Władkiem w dwójkę. Po bardzo widowiskowym przebiegu przez pola przy zachodzącym słońcu wpadliśmy w okolice PK20 i niestety za wcześnie wbiegliśmy nad rzeczkę, przez co zamiast drogą przez ok. 500m biegliśmy wzdłuż rzeczki przez krzaczory tracąc kilka minut. Na kolejnym punkcie (PK42) dogoniliśmy sporą grupkę w tym ekipę trailteam Poznań. Przed nami był najtrudniejszy przelot na PK44 w Puszczy Bukowej. Myśleliśmy, że chłopaki połączą z nami siły, ale postanowili biec po swojemu. My wybraliśmy wariant najtrudniejszy – najbliżej kreski, ale mimo tego, że zrobiło się już kompletnie ciemno, udało się go wykonać niemal perfekcyjnie. Kolejne punkty (PK49 i PK88) wpadły bez problemu i już biegliśmy długi przelot do punktu z czas-stopem. Dłużyło to się niemiłosiernie, ale po ok. 4h10min wpadliśmy do mieszkania sołtysa wsi Drzenin. Na liczniku 35km. Na punkcie dowiadujemy się, że mamy około 20 minut straty do braci Grabowskich i Pana Andrzeja Urbańskiego, jednak oni mają zaliczony jeden punkt mniej (o czym nie wiedzą :) ). Postanawiamy wybiec z bazy około 10 minut po nich i na początku szybko ich podgonić. Pana Andrzeja doganiamy już przed kolejnym punktem (PK82) i razem męczymy się z „perferatorem” przy ozdobionym w bombki drzewku (opis punktu Merry Christmas :) ). Potem postanawiamy zamiast biec nasypem kolejowym, nadłożyć ok. 800m i na kolejny punkt pognać asfaltem. Pomysł okazał się słuszny, bo tuż przed PK33 doganiamy braci Grabowskich. Jesteśmy w piątkę, a punkt nie chce się znaleźć. Opis „pustaki”, na cyplu kilkanaście domków – każdy z pustaków, gdzieniegdzie stoją stosy cegieł. Punkt właściwie mógłby stać wszędzie. W końcu po 25 minutach Władek go dostrzega, o tym jak trudny był to punkt może świadczyć to, że w momencie gdy Władek krzyczał „Jest!” lampion wisiał 50 cm od mojej łydki na stosiku 4 cegieł. Stwierdziliśmy, że ten punkt nie miał nic wspólnego z orientacją, więc zawołaliśmy Braci G. i Pana Andrzeja (normalnie zgasilibyśmy lampki i czym prędzej uciekli :P ). Na kolejnym punkcie niestety powtórka z rozrywki, punkt właściwie zaznaczony na środku lasu i nie za bardzo było się od czego odbić. Tym razem punkt znajdują bracia G. i wołają nas. Tutaj straciliśmy tylko z 5-10 min. Nam zostaje już tylko dobiec do mety, Oni mają do zaliczenie jeszcze PK22, który my podbiliśmy na początku. Niestety w drodze na metę zagadujemy się i przegapiamy nasz odbicie, na cofnięciu się tracimy kilka minut i na metę wpadamy tylko minutę przed wspomnianą wcześniej trójką. Nie udało się odrobić starty z czas-stopu i przegrywamy z nimi 2 miejsce. Nasz czas to około 7h, do zwycięzcy Janka Lenczowskiego tracimy ponad pół godziny. Andrzej dobiega na metę w czasie 9h37min (21 miejsce) i jest z siebie bardzo zadowolony, co prawda też zaczesał na 2 ostatnich punktach, ale dzięki manewrowi z początku (zaliczony PK22) udało mu się w końcówce wyprzedzić kilku konkurentów. Jak biegliśmy i się ścigaliśmy można oglądać tutaj: http://orientrack.pl/event/view/wloczykij13_50

Złoto dla Zuchwałych

W kolejny weekend byliśmy z Kasią u jej rodziców, a baza maratonu, który odbywał się właśnie wtedy, była oddalona o zaledwie 25 km od ich domu. Grzechem byłoby nie wystartować! Złoto dla Zuchwałych miało opinię zawodów bardzo prostych nawigacyjnie (tak było) i niezbyt dobrze zorganizowanych (tu bym nie przesadzał). Na początek nie lada wyzwanie – dojechać bez mapy do bazy w miejscowości Chrośna – w centrum Puszczy Bydgoskiej. Pamięciówka wyszła mi całkiem nieźle i nie pobłądziłem. Start o godzinie 7.00 – na wspólny bieg umawiam się ze znanym i lubianym Kubą Runowskim. Od startu wszyscy skręcają od razu w jakąś drogę, mnie wydaje się za wcześnie, ale jak się okazało start zaznaczony był w złym miejscu –  przesunięty o około 300 m. Na szczęście alternatywna droga była tak samo długa i łatwo zaliczamy pierwszy punkt na naszej trasie – PK2, potem bez problemu PK1. Na PK8 myli nas trochę opis „skrzyżowanie”, bo punkt stoi na brzegu bagienka. Tracimy może 2 minuty. Na PK12 ścinamy przez łąki i musimy 2 razy sprawdzać nasze możliwości skoku w dal – obie próby zaliczone – jeszcze jesteśmy susi. PK11 trafiamy idealnie ścinając gdzie się tylko dało. Minimalny błąd popełniamy przy PK10, przecinki, wycinki, nowe zagajniczki – prawie nic się tam nie zgadzało. Jakby punkt obiec od prawej byłoby pewnie dużo łatwiej, a tak tracimy z 5 minut. Na przebiegu na kolejny punkt mijamy się z tramwajem biegnącym scorelauf w drugą stronę. Na liczniku mamy 24km, a z mapy wynika że do mety jeszcze jakieś 17. Czyli, że jesteśmy trochę do przodu :). Przy PK9 zbijamy się w sporą grupkę: Bernard Waszczyk, Jarosław Bartczak, Jan Gracjasz, Artur Małowińśki, Marcin Owczarski, Grzgorz Guzik, Kuba i ja. Takim peletonem biegniemy długi przelot na PK4 i na brzeg jeziorka wpadamy w 8 osób ( na liczniku 32km i 3h30min). Po rundce dookoła i nie znalezieniu punktu postanawiam zadzwonić do organizatora. Najpierw nie mam zasięgu, potem on nie odbiera, przy trzeciej próbie pada mi bateria. Dzwoni napotkany rowerzysta – poczta głosowa. W końcu komuś udaje się  dodzwonić i organizator tłumaczy nap na którym cyplu powinien stać punkt. Ale go nie ma. Pan Rowerzysta robi mi zdjęcie i biegniemy dalej. Tracimy około 20 minut. Kolejny przebieg znów banalny i znów nie możemy znaleźć punktu. Teraz pewny, że go nie ma jestem już bez dzwonienia do organizatorów – robimy zdjęcie i biegniemy dalej. Nasz grupka się trochę szarpie. Do przodu wyrywa Bernard Waszczyk, my biegniemy 100m za nim z Marcinem Owczarskim, reszta została gdzieś z tyłu. Jeszcze na przebiegu na ostatni punkt niepotrzebnie ładujemy się w młodnik i tracimy z 2 minutki. Na polu na przebiegu na metę uciekamy Marcinowi i wpadamy z Kubą na metę na trzecim miejscu z czasem 5h25min. Przebiegnięty dystans 42,5km. Ostatnie 10km zajęło nam prawie 2h, z czego ponad 30 minut szukaliśmy punktów, których nie było. Złamalibyśmy 5h gdyby nie te 2 punkty. Oprócz tego mogliśmy jeszcze urwać z 10 minut na własnych mini-błędach.

Mapa z przebiegami:

Starsze posty &laquo

» Brak postów