«

»

(KSE) On-Sight Adventure Race – relacja Jacka

O tym, że On-Sight Adventure Race będzie świetnym rajdem wiedziałem od początku. Krzyś zadaniem specjalnym straszył od tygodni, a na facebooku informacje o rajdzie pojawiały się prawie codziennie.

Był to mój pierwszy tak długi rajd dwójkowy i to w dodatku ja miałem nawigować. Na start ze mną po długich namowach zdecydował się Damian zwany Rysiem, który ma za sobą kilka „pięćdziesiątek” i krótkich radów, ale jeszcze nigdy nie rajdował na takim dystansie. Przed startem zakładaliśmy, że wyrobimy się w „starym” limicie (*kilka dni przed rajdem organizatorzy zwiększyli limit z 24h do 30h), jednak nic z tego. Trasa była trudna, etapy rowerowe głównie po piaszczystych ścieżkach, kajak z mnóstwem przesiadek i do tego 3 odcinki BnO.

Po dotarciu do bazy w Chojnie, przygotowaniu rowerów, zdaniu przepaków i zrobieniu przedstartowych zdjęć trzeba było ruszyć. Na linii startu razem z nami stanęło tylko 5 zespołów: Marek i Tomek jako RK Origins, Ada i Władek jako RK Mix oraz Navigatoria/Icebug, Hades mix i zespół OSA.

odpraea

sesja

Na początek prolog – pamięciówka. Dostajemy w dwójkę 2 karty, więc możemy biegać po punkty osobno. Punktów w terenie jest 5, ale podbić mamy tylko 4. Ruszamy biegiem do bramki, do której przeczepione są mapy. Zapamiętuje 2 miejsca i lecę. Pierwszy punkt drzewo, drugi mostek i z powrotem. Po chwili wraca też Damian, więc pobieram mapy i ruszamy na jedynkę.

prolog

Sam przejazd na pierwszy punkt był stosunkowo prosty, ale w jego okolicy już było trudniej. Dodatkowe jeziorko sprawiło, że dogoniliśmy Tomka i Marka, ale minęli nas Hades i OSA. Po podbiciu punktu, na pierwszą strefę zmian (SZ1) ruszamy razem z Originsami, a po 50 metrach dogania nas WłAda. Jednak na małym wachnięciu przed wjazdem na asfalt Marek z Tomkiem wyprzedzają nas i jadę 50-100m przed nami. Początkowo planowałem atakować punkt od zachodu, jednak przejechaliśmy odpowiednie skrzyżowanie i postanowiliśmy spróbować od wschodu. Bez większych problemów wpadamy na odpowiednią drogę i wjeżdżamy na ZS1 razem z naszym mixem. Jesteśmy zdziwieni, bo nie ma tu jeszcze ani Tomka i Marka, ani Hadesów i OSY. Szybki łyk wody bierzemy mapę i w drogę na 17km BnO.

noc

Przebiegliśmy całą trasę z wyjątkiem kilku podejść pod największe górki. BnO w takim terenie to sama przyjemność jednak od poruszania się bezdrożami zniechęcały nieco ogrodzenia oraz młodniki. Na trasie spotkaliśmy OSY, którzy zdecydowali się na podbijanie punktów w drugim kierunku oraz Navigatorię. Tych ostatnich spotkaliśmy przy punkcie H, a właściwie miejscu, w którym powinien stać. Słyszymy, że biegają już tutaj jakiś czas, ale nic nie znaleźli. Punkt ma być dość ewidentny – szczyt górki. Wchodzę na górkę, punktu nie ma. Telefon do organizatorów i mamy biec dalej. Następny punkt podbijamy wspólnie, a na przelocie na kolejny Rafał i Szymon postanawiają nas wyprzedzić, jednak przebiegają punkt, więc podbijamy go sami i lecimy na nasze pozostałe 2 i do rowerów. Cały bieg zajął nam więcej niż zakładaliśmy – ponad 3h.

Na rowerze nie wychodzi mi za bardzo przejście na niedokładną „pięćdziesiątkę”, tracę trochę poczucie odległości przez co robimy błąd na dobre 30′. Trochę zdenerwowani podbijamy dwójkę, a potem trójkę i jedziemy do ZS2, gdzie spodziewaliśmy się zobaczyć którąś z naszych ekip szykującą się do kajakowania. Ale nie. Budzimy Marka Muszyńskiego, który wydaje nam kajak i mówi, że przed nami jeszcze nikogo nie było. No super, w takim razie wszyscy robią błędy w tej puszczy. Przed kajakiem ubraliśmy się trochę cieplej i coś zjedliśmy, ale przepaki na tym rajdzie zajmowały nam zdecydowanie za dużo czasu (zwykle 15-20min).

Na kajaku na szczęście było już jasno, bo nie wyobrażam sobie wpływania w te trzciny  po ciemku. Do pokonania mieliśmy 2 jeziorka połączone bardzo gęsto zarośniętym kanałem, oraz spływ Miałą, która na początku była bardzo płytka, a w dodatku przechodziło nad nią kilka (-naście?) kładek pod którymi się nie mieściliśmy. Przynajmniej nogi od ciągłego wsiadania i wysiadania się trochę rozgrzały. Droga na kajakową jedynkę bardzo nam się dłuży. Punkt miał być przy ujściu kanału do Miały, zaraz za mostkiem. W końcu jest mostek, ale już z daleka widzę, że to nie ten. Przepłynęliśmy punkt o jakiś kilometr. Tracimy tutaj jakieś 20-30 minut i dogania nas Tomek i Marek. Dowiadujemy się, że Marek skręcił kostkę na pierwszym biegu oraz, że też przepłynęli punkt. Wypływamy na kolejny punkt kajakowy wiedząc, że mamy dobre 20min przewagi i mając na uwadze, że nie wszystkie mostki na mapie muszą się zgadzać z tymi w terenie. Dlatego nie zaskakuje nas specjalnie fakt, że punkt opisany jako „za mostem” stoi po prostu na brzegu, a mostu nie widać ani z przodu, ani z tyłu. Punkt 3 to znowu ujście kanału, ale tym razem kanał jest widoczny z kajaka, więc podbijamy go bez problemu. Pozostało nam tylko spłynąć do miejscowości Chełst gdzie czeka na nas zadanie specjalne.

Dostaję krótkofalówkę i mapę, Damian bierze drugą krótkofalówkę, kartę i idzie podbić punkt. Dzięki kilku wskazówką Ruchu odnajduje punkt na rogu lasu i wraca, a ja mam chwilę aby zjeść żelki i bułkę. Gdy szykujemy się do wyjścia dopływa Marek i Tomek.

Na treku mieliśmy do odnalezienia 2 stosunkowo proste punkty, więc pozostało nam tylko cisnąć. Ten etap kończył się zadaniem specjalnym na brzegu jeziora. Jednak wokół jeziora czekało całkiem głębokie bagno, w które zapadałem się najpierw jedną nogą po kolano, a później drugą. Jakoś się wyczołgałem i mogliśmy wsiąść do pontonu, którym przepłynęliśmy (przeciągnęliśmy się) na drugą stronę jeziora.

ponton

Przepak. Jedzenie, picie, przebieranie. Orientujemy się, że nasze mapy do drugiej części rajdu cały czas były w plecaku Damiana, który trochę zmókł. Na szczęście każdy punkt był widoczny na jednej lub drugiej mapie, więc mogliśmy bez stresu kontynuować trasę. Na przepaku znowu zabawiliśmy jakieś 20 minut.

przepak

Wsiadamy na rowery i lecimy do szóstki w miarę prostą drogą. Odnajdujemy punkt bez problemu i lecimy na siódemkę. Tam minimalnie przejeżdżamy „naszą” drogę, ale po chwili podbijamy już punkt i ciśniemy do SZ, gdzie czeka na nas BnO na mapie „Szostaki”. Ten przejazd był jednym z najciekawszych na trasie, a do tego co chwilę mijaliśmy jakąś ekipę z trasy SPEED.

12km BnO, które najszybszym na krótkiej trasie zajęło niecałe 2h biegniemy raczej spokojnie. Nie ma tu takich gór jak na „Małych Błotach”, ale rzeźba nadal jest wyraźna i las bardzo przebieżny. W pewnym momencie zaczyna padać i obawiamy się o nasze niezafoliowane mapy, ale po chwili przestało. W drodze na nasz przedostatni punkt spotykamy Tomka, Adę i Władka, którzy zgubili gdzieś Marka i na niego czekają. Ostatnie 2 punkty i jesteśmy przy rowerach.

Wyjazd z SZ zaczynamy dosyć pechowo. Dojeżdżamy do głównej drogi i Rychu zauważa, że nie mam kasku. Szybki powrót do strefy zmian i jedziemy na ósemkę. Musimy wejść kilkaset metrów w las, bo punkt jest umieszczony na cyplu. No kolejnym punkcie (9) spędziliśmy trochę czasu. Punkt opisany krótko: „Rów” za to z mapy wynikało, że  będzie stał na przecięciu rowu z przedłużeniem przecinki. Atakowaliśmy więc od  przecinki, dojeżdżamy do rowu – punktu nie ma. Biegnę w prawo, Damian w lewo, nie ma, wracamy do rowerów. Damian sugeruje, że to może nie być ten rów, bo nasz powinien zaraz zakręcać, a ten nie zakręca. Dobra idziemy kawałek dalej przecinką i rzeczywiście jest rów. Rów, ale punktu nadal nie ma. Znowu Damian idzie w lewo, ja w prawo i po chwili słyszę „Jest!”. Możemy jechać do kolejnej SZ. Powoli robi się szaro, zaliczamy jeden z dłuższych odcinków asfaltem i dojeżdżamy do Sierakowa. Wpadam szybko do sklepu po jakiegoś energetyka i bułkę. Jedziemy, z asfaltu zjeżdżamy na drogę, która okazuje się bardzo zarośniętą przecinką. No, ale nic mamy jakieś 500m do punktu. Tylko w lesie jest już zupełnie ciemno, a nasze lampy są w plecaku. Po pewnym czasie dochodzimy do punktu, a na nim mapka z informację o przesunięciu SZ o jakieś 500m. Ok. Idziemy dalej trochę nadrabiamy drogi, ale docieramy na przepak.

W SZ czeka nas kolejne super zadanie specjalne. Dostałem mapę z zaznaczonymi punktami, a Damian tą samą mapę, ale bez punktów. Moim zadaniem było opisanie mu wszystkich punków, a on miał je zaznaczyć na mapie. Normalnie zrobilibyśmy to raz, dwa. Jednak byliśmy już dosyć zmęczeni, myliliśmy wschód z zachodem, a niektóre linie na mapie potrafiły być ciągłe i przerywane jednocześnie. W końcu sobie poradziliśmy, dostaliśmy jeszcze telefon od Krzysia z informację, że mamy ominąć 3 punkty na trasie BnO i 2 na trasie głównej.

Teren swoją roślinnością w ogóle nie zachęcał do ścinania, więc ograniczyliśmy się do dróg. Pierwszy punkt minimalnie przebiegamy, ale następne do przedostatniego znajdujemy już bez problemu. Na ostatni szliśmy dobrze, tylko przeoczyliśmy przecinkę prowadzącą do punktu. W końcu weszliśmy na szczyt na którym powinien stać punkt, trochę poczesaliśmy, ale punktu nie ma. Szukając punktu zauważyliśmy 4 lampy, które świeciły z tego samego kierunku, z którego przyszliśmy. Byliśmy trochę zawiedzeni, że dogoniły nas 2 drużyny, ale w szóstkę znajdziemy ten punkt bez problemu. Czeszemy jeszcze chwilę u góry, ale punktu nie widzimy. Lampy nadal kręcą się tam gdzie były. Myślimy, że może znaleźli punkt i idą już na następny. Wołamy, ale nikt nie odpowiada. W końcu zbiegamy,  a lamp zaczyna przybywać. Jest ich sześć, siedem, osiem. Goniące nas ekipy okazały się być latarniami ulicznymi.

Zdecydowaliśmy się zbiec i pewnie zaatakować punkt. Przy drugiej próbie ataku punkt znajdujemy bez problemu i wracamy na przepak. Dowiadujemy się, że „nasze” ekipy wyszły 20’temu na BnO. Gdyby nie ostatni błąd jeszcze byśmy ich zobaczyli. Pijemy ciepłą herbatkę od organizatorów i energetyki, ubieramy spodenki rowerowe oraz SPDy. Teraz czeka nas najdłuższy  i ostatni etap rowerowy, a w trakcie to zadanie linowe, którym tak wszyscy straszą.

Tylko przed zadaniem czekają nas 2 punkty rowerowe. Pierwszy na skraju lasu. Wybieram wariant bardzo objazdowy, jednak prawie w całości po asfalcie. Tego nam brakowało, w końcu można się było rozpędzić. Punkt znajdujemy bez problemu i lecimy na kolejny. Znowu chcemy jechać jak najwięcej asfaltem., więc decydujemy się na przejazd jakieś 2mm za brzegiem mapy. To się nazywa życie na krawędzi :). Do dwunastki trzeba dobiec kilkaset metrów od asfaltu, ale też znajdujemy ją bez problemu. Na zadanie specjalne wyjeżdżamy trochę nie tak jak chciałem. Punkt jest przy moście po jednej stronie rzeczki, a my z rowerami stoimy po drugiej. Na szczęście rzeczka nie była głęboka.

Po założeniu uprzęży instrukcja do zadania była dosyć prosta. Wejść na samą górę po drabince i się puścić. Nie wiedziałem do końca co mnie czeka, ale jak mówią, że się puścić, to lecę. Zadanie było naprawdę MEGA. Damian miał już łatwiej(lub trudniej), bo wiedział co go czeka.

Wyjeżdżając z zadania lampa Rysia jest już czerwona (bateria jest już prawie wyczerpana) więc daję mu swoją, którą cały czas mam w plecaku. Cały czas jechałem ze swoim petzlem, który jest dużo lepszy do czytania mapy niż duża lampa. Zostały nam 4 punkty i meta. Trzynastkę i piętnastkę znajdujemy bez problemu (*punkt 14 został odwołany przez organizatora). W międzyczasie mój petzl zaczyna gasnąć, więc biorę dużą lampę na głowę, a Rychu jedzie bez. Na PK15 sprawdzam przejazd na szesnastkę i okazuje się, że zostało nam więcej niż myślałem. Musimy dojechać do najbliższego mostu, który jest dopiero w Sierakowie. Przy samym punkcie znowu spędzamy trochę czasu szukając go z jedną lampą. Został nam ostatni punkt i meta. Podążając czerwonym szlakiem trochę na pamięć nie sprawdzając kierunku odbiliśmy nie w tą drogę co trzeba. Dopiero po jakimś czasie biorę kompas i widzę, że kierunek się zupełnie nie zgadza. Patrzę na mapę gdzie wyjechaliśmy, zrobiliśmy dodatkowo jakieś 1.5km. Jedziemy z powrotem, a po chwili ciemność. Druga lampa też nam padła. Na początku myślę, że to koniec. Nie znajdziemy punktu i musimy wracać na metę. Później, że przecież za nami też są drużyny i zaraz ktoś przyjedzie po ten punkt to nas zgarnie, a jak nie to poczekamy, za niecałą godzinę będzie jasno. Ale jeszcze wyciągam z plecaka małego petzla, który przygasając dawał wystarczająco dużo światła do czytania mapy. Resztę przejazdu na siedemnastkę robimy już bardzo spokojnie. Podbijamy w końcu ostatni punkt i mkniemy asfaltem na metę.

A na mecie niespodzianka. Jesteśmy pierwsi. Okazuje się, że nikt nas nie minął podczas naszych błędów, a na trasie walczą tylko 2 ekipy (Marek i Tomek przyjechali pół godziny po nas), reszta zjechała do mety wcześniej.

Podsumowując rajd był super. Bardzo spodobały mi się zadania specjalne, wymagały współpracy i kombinowania. Do tego 3 etapy BnO na świetnych mapach w bardzo ciekawym terenie na których mogliśmy się wykazać. Fajnie, że punkty nie „świeciły” z daleka, mogłoby to popsuć cały efekt. Piaszczyste drogi na części rowerowej i punkt do których często trzeba było trochę podbiegać były główną przyczyną tak długich czasów, jednak duża liczba etapów sprawiła, że nie poczułem tych 29h, które spędziliśmy na trasie.

W domu wyklikałem, że zrobiliśmy w sumie 185km w tym 110 roweru, 55  biegu, 20 kajaku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.

*

Możesz użyć tych znaczników i atrybutów HTMLa: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>