«

»

KRAJNA AR – Klapa nawigacyjna ??

W rajdzie po raz pierwszy wystartowaliśmy w składzie: Jacek Galla zwany Lokiem (debiut), Franek Galla, Ada Kobusińska i Władek Sielicki, zwany od tego rajdu Hobbitem. Skład nieliczny ale śliczny i tuż przed startem prezentował się tak: (na zdjęciu wyraźnie widać, którzy zawodnicy w dzieciństwie pili mleko, a którzy palili papierosy)

Do bazy w Sławianowie dojechaliśmy ok. 21 tuż przed odprawą, mieliśmy być wcześniej, ale jak zawsze nie wyszło, dlatego każdy był niespokojny i zdawał sobie sprawę, że tak naprawdę chwila moment i wszystko się zacznie. Wiedzieliśmy, że czeka nas długie napieranie; szczególnie kajak był dla nas sporą niewiadomą. Na odprawie otrzymaliśmy 15 map w formacie A4. Lekko nas to przeraziło. Od razu rozpoczęliśmy rozrysowywanie trasy. Tu główną funkcję nawigatora przejął Franek, więc to on podejmował decyzję, który ostatecznie wariant wybrać. Po wstępnym zaplanowaniu trasy zabraliśmy się za przygotowanie przepaków, czyli standardowo przez 90% czasu staliśmy pośród rozrzuconych rzeczy dumając co, gdzie włożyć. Ani się obejrzeliśmy, a była już północ i start. Pierwszym etapem był prolog w postaci pamięciówki. Każdy z nas musiał zapamiętać jeden punkt z mapy, a następnie znaleźć go i potwierdzić. Zajęło nam to niecałe 10 minut. Na pierwszy punkt wybraliśmy odważnie wariant biegowy (ku zdziwieniu wszystkich), ale jak się okazało słusznie, bo zajęło nam to prawie tyle samo czasu, co Hadesom na rolkach okrężną drogą (przecież siły trzeba oszczędzać). Dalej trasę pokonywaliśmy na rolkach po mniej lub bardziej przyjemnym asfalcie i trochę biegiem, cały czas za plecami Hadesów. Mały błąd nawigacyjny sprawił, że straciliśmy ich z oczu, ale ostatecznie spotkaliśmy się – minęliśmy na pierwszym przepaku. Oni wychodzili, natomiast my szybko dopadliśmy do naszej skrzyni i zaczęliśmy przebieranie, to co najważniejsze – ciepłe spodnie, rękawiczki oraz uzupełnianie zapasów na długi rejs po Gwdzie. W biegu bułka, łyk wody i w drogę, bo zimno dawało się ostro we znaki, choć słońce już świeciło. Moje ręce zdążyły zamarznąć i prawie ich nie czułam(Ada). Wiedzieliśmy, że na początku nie ma kompletnego sensu wsiadać do kajaków, bo na jakże cudownej rzeczce Dobrzynce co 20 metrów leżało drzewo, albo jakaś kłoda, dlatego dobrze, że pomyślałam i kupiłam pasy do ciągnięcia przed wyjazdem, bo tak to nie mam pojęcia jak byśmy mieli je transportować. Jak długo szliśmy ?? – nie wiem, ale spory kawałek, bo mieliśmy już całkiem dość i postanowiliśmy zwodować.

Niestety czekały nas jeszcze chyba z 3 przenoski przez drzewa i dalej już było całkiem dobrze, można było normalnie płynąć. Mentalnie trzeba było się przygotować na co najmniej 10h prawie w jednej pozycji, poruszanie tylko rękoma i od czasu do czasu na skubnięcie czegoś do jedzenia, co od połowy było coraz trudniejsze (i skubanie i poruszanie rękoma). Rzeka nie postanowiła wspomóc nas swoim prądem. Można powiedzieć, że to było raczej jezioro, a nie rzeka (oprócz ostatniego odcinka – prądy fale, kamienie, małe wodospadziki, który nas chyba trochę pobudził przed kolejnym etapem). Gdyby nie myśl o rywalizacji to dosłownie można by pomyśleć, że to wakacje, słońce, cały czas lazurowe niebo, widoki piękne – pełen relaks, który zaburzały od czasu do czasu tamy, które trzeba było ominąć i przenieść kajaki(takie urozmaicenie) Niestety byłoby to zbyt piękne. Wszystkie pkt raczej zdobyliśmy bez problemu i na drugi przepak dotarliśmy ok. 17 chyba, ze stratą już 1,5h do Hadesu (widać, że kajak nie jest naszą mocną stroną). Uradowani, iż najgorsze już za nami (szczególnie Władek, który zadeklarował, że w najbliższym czasie na kajak nie wsiądzie) szybko się przebraliśmy, napiliśmy herbaty i nie tracąc czasu, pełni zapału do walki, wyruszyliśmy na rowery. Niestety nasz entuzjazm szybko opadł, bo Władek stwierdził, że ma zepsuty rower i nie pojedzie dalej [„zepsuli mi rower, nie jedziemy, koniec rajdu, katastrofa” – wykrzykiwał mały rozgniewany hobbit] – skrzywiona przerzutka. Franek mechanik wyjął pierwszy lepszy klucz czy imbus i wyprostował – pojechaliśmy dalej mając nadzieję, że dalej będzie już w miarę ok. Za widnego zrobiliśmy 2 pkt i już zrobiło się ciemno, następnie dłuższy przystanek, bo Franek z Władkiem szukali pkt, którego nie było. MTBO nie takie straszne, choć zajęło trochę czasu, ale niestety robiło się strasznie zimno, Jacek zaczął przysypiać, każdy powoli zaczął odczuwać zmęczenie. Utrzymywaliśmy się w przekonaniu, że został nam już tylko BnO 8 km (nie tak dużo, zwłaszcza dla nas orientalistów) rower i meta … optymistycznie.Jednak kiedy dotarliśmy na kolejny przepak, ku naszemu zdziwieniu spotkaliśmy Hades, którzy bardzo nas pocieszyli mówiąc, że robili trasę BnO 2,5h, że mapa się nie zgadza, jest dużo jezyn, chaszczy – ogólnie masakra. Franek z Władkiem wzięli mapy w rękę, nie do końca chyba im wierząc i pobiegliśmy. Po niedługiej chwili mi osobiście się już odechciało, pierwszy kryzys, nie dość, że zimno, biec nie mogliśmy, żeby się rozgrzać, bo większość przedzieraliśmy się przez krzaki, zasypialiśmy na stojąco, tylko Franek czytał mapę (nie wiem jak on to robił, ale całe szczęście, że chociaż on jeden) a my za nim jak duchy. Niestety jeden błąd nawigacyjny kosztował nas bardzo dużo – jak to Franek stwierdził istny Trójkąt Bermudzki, bo nic kompletnie mu się nie zgadzało to co widział i to co było na mapie. Musieliśmy zmienić kolejność punktów i tego zaatakować z innej strony. Jednak, największym hitem była drzemka, baaaardzo długa, aż 15 minut. Usiedliśmy w środku lasu na ścieżce, jeden obok drugiego, Władek nastawił budzik, i 3 sekundy wystarczyły, żeby zasnąć. Budzik zadzwonił dosłownie po chwili, jak nam się wydawało – trzeba było ruszać dalej. Pod koniec trasy, ku naszemu zdziwieniu spotkaliśmy On-sight – byli bardzo blisko nas i nawet skończyli szybciej od nas. Totalna nasza klapa, jeżeli chodzi o orientację, spędziliśmy, aż 3.5h w tym głupim, beznadziejnym lesie. Wtedy wiedzieliśmy już, że Hadesów nie dogonimy tylko trzeba uciekać On-sight’om, co nie było proste. Po zjedzeniu ciepłego, suchego makaronu, który zaserwowano nam na przepaku, wyjechaliśmy przed nimi. Pedałowaliśmy dość mocno, jeden za drugim, jednak jazda na kole nie należy do interesujących i na zmianę Jacek albo ja zjeżdżaliśmy na boki, jak pijani. Walka, żeby nie zasnąć nie była łatwa, nawet okrzyki i śpiewy NIE SPIMY nie pomagały. Kolejne pkt na BnO podbiliśmy bez problemu i nim się obróciliśmy było już jasno i baaardzo zimno ( dziękuję Krzysiowi Muszyńskiemu za kurtkę, która chyba mnie uratowała na rowerze Ada). Dojechaliśmy nad jezioro, z którego brzegu po drugiej stronie było widać ukochaną Metę, ale żeby tam się dostać, trzeba było zbudować katamaran z belek i 2 kajaków i przepłynąć. Trzeba było zbudować go na wodzie, bo beli nie mieściły się pomiędzy drzewami i tylko Franek odważył się do niej wejść i zaczął budowę. [„Więcej z nimi nie startuję! 15 minut do mety, a oni się boją zamoczyć stopy! i sam musiałem ten katamaran budować” cyt. Franek].

Po chwili dojechał też On-sight, a my dopiero w połowie budowy , przyspieszyliśmy tzn Władek z Jackiem też weszli do wody pomagając Frankowi, układając rowery. Niestety nasi rywale, sprawnie posługujący się klamrami i pasami, WSZYSCY wpadli do wody i dosłownie w mig zbudowali swój katamaran – my tylko zadawaliśmy sobie pytanie jak to ??? W jednej chwili spadliśmy na 3 miejsce, bo sił już nie mieliśmy na tyle, żeby wiosłować 2 razy szybciej niż oni i chyba nie bylibyśmy nawet w stanie. Dopłynęliśmy na metę 2h po Hadesach (nie tak źle nawet, ale im też podobno coś z rowerem jednym się stało i nie mogli szybko jechać) wyczerpani, chyba bardziej brakiem snu niż ogromnym wysiłkiem, ale zadowoleni i dumni z siebie (tak przynajmniej ja uważam, ponieważ nie wierzyłam, że jednak uda nam się go ukończyć – łezka się w oku zakręciła )


Cały Rajd super przygotowany ( bez tak długiego kajaku byłoby jeszcze lepiej ), Krajna – piękna okolica, szczególnie wschody i zachody słońca, zdjęcia rewelacyjne, dobrze, że pogoda dopisała – nagroda dla organizatorów. Jestem pewna, że pozostanie na długo w pamięci.
W sumie przejechaliśmy, przepłynęliśmy, przebiegliśmy ponad 200km w czasie ok. 31h.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.

*

Możesz użyć tych znaczników i atrybutów HTMLa: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>