«

»

430 km rajdowania po Puszczy Boreckiej

Marek: Cześć, piszę z nietypowym pytaniem :) Poszukujemy dziewczyny do zespołu na start w Rajdzie Zimowym 360 stopni na trasie długiej.

Wiecie jak trudno w Polsce znaleźć dziewczynę, która podejmie się startu zimą w zawodach na 350 km? No jest to zadanie prawie awykonalne… dziwne nieprawdaż? Próbowaliśmy przekonywać na 100 różnych sposobów, nawet obiecane Krzysiowe dowcipy przez całą trasę nie były wystarczającym argumentem. W końcu pomysł-mistrz – Weronika Biała! Wygrała Izerską Wyrypę, regularnie startuje u nas na Rajdzie Konwalii i również wygrywa. Oprócz tego wspina się w klubie – idealna kandydatka, trzeba tylko ładnie skonstruować sms-a żeby się zgodziła. Weroniki długo przekonywać nie trzeba było, aczkolwiek miała trochę wątpliwości, jednak nim wzięły one górę czemprędzej zgłosiłem zespół i opłaciłem wpisowe :) Teraz już nie było odwrotu. Nie było go nawet gdy okazało się, że nasza trasa będzie liczyć około 350 km, ale jako że Unia Europejska nie zdefiniowała jeszcze co znaczy „około”, kilometrów tych było 436 :)

Schemat trasy długiej - około 350 km

Krzyś: Kurcze ktoś zgasił światło…
Franek: Nie, nigdzie nie działa, chyba poszły bezpieczniki
Marek: Dobra, jest 2:30 idziemy spać i jutro dokończymy pakowanie, budzik na 7:00

Do bazy rajdu mieszczącej się w Gawlikach Wielkich koło Orzysza zajechaliśmy około godziny 17. Wydawało się, że mamy kupę czasu, żeby się przygotować do rajdu, ogarnąć rowery, spakować plecaki i przygotować tzw. „przepaki” czyli skrzynie i torby ze sprzętem, do których będziemy mieć dostęp w odpowiednich miejscach na trasie, odsłuchać odprawy i rozrysować warianty na mapach i je odpowiednio pociąć i poukładać. Czasu okazało się za mało i gdy o 2:30 w szkole zgasło światło byliśmy jeszcze w totalnej rozsypce. Stwierdziliśmy, że przy czołówkach nie ma sensu nic tworzyć i położyliśmy się spać. Budzik na 7:00… 4,5h snu przed 3 dobami napierania, to nie brzmi jak dobry prognostyk. Rano pakowanie poszło nam jednak już dużo lepiej i przed startem znaleźliśmy nawet moment na sesję słit foci z rąsi :)

Odprawa - miny niezbyt tęgie (fot. A. Jasik)

Igor B. (mistrz sarkazmu): Świetnie Wam poszedł ten przepak…

Startujemy spod szkoły w Gawlikach o 10:00. 9 zespołów w tym 5 z Polski i po jednym z Rosji, Estonii, Czech i Ukrainy. Na początek 7 kilometrowy dojazd do Strefy Zmian A. Wszyscy jadą równym peletonem, pięknie świeci słońce, jest mroźno, ale przyjemnie. Dojeżdżamy do Folwarku Łękuk, gdzie mamy zostawić rowery i już czuję, że jest niedobrze… Pana! Mam przejechać 270 km na rowerze, a on po 7 kilometrach łapie panę! Naprawdę? Franek z Krzysiem, czyli nasi teamowi mechanicy od razu biorą się za wymianę. My z Weroniką ogarniamy plecaki, ale strata prawie 10 minutowa do wszystkich zespołów jest. Dobiegamy do sędziów, którzy z ironicznym uśmieszkami i pełnymi pobłażania oczami komentują naszą prędkość na przepaku. W ogóle wg organizatorów byliśmy pierwszymi do „odstrzału”, to my byliśmy najmłodszą ekipą, najmniej doświadczoną i obstawiali, że jako pierwsi zejdziemy z trasy (HA! nic bardziej mylnego!).

Na początek zadanie specjalne – pamięciówka – tylko mapa jakaś taka jakby ją przedszkolak namalował. Trochę motamy się na jednym z punktów, ale ostatecznie około 11 kończymy tą rozgrzewkową zabawę i jako ostatni zespół wyruszamy na 25 kilometrowy odcinek pieszy.

Pierwszy punkt na trekkingu

Marek: Ale ona popindala
Krzysiu: Weronika… nie przynoś nam wstydu
Franek: Może trzeba jej jakoś dociążyć plecak?

Odcinek był bardzo łatwy nawigacyjnie. Na drogach miejscami był lód, ale biegło się dobrze. Weronika wyrwała do przodu, a my z trudem próbowaliśmy za nią nadążyć. Sam etap bez historii, ale udało nam się wyprzedzić 3 zespoły. a 25 kilometrów zajęło nam 2h45min. Tym razem przepak poszedł bardzo sprawnie i około 14 siedzieliśmy już znowu na rowerach.

Rowerujemy. fot. A. Jasik

Weronika: Aaaaaaaaaa!
Marek: Na każdym zjeździe będziesz się tak darła?

Drogi na Mazurach w większości białe, miejscami dość mocno oblodzone. Weronika przy każdym zjeździe krzyczy ze strachu. Jedzie na pożyczonym rowerze: 29er, a właściciel ma ponad 185 cm wzrostu. Rower jest na nią o dużo za duży i nic dziwnego, że nie czuje się na nim zbyt pewnie. A pisałem już, że ten rajd to był debiut Weroniki w rajdzie przygodowym? Jak spadać to z wysokiego konia co nie? Na punkt nr 7 wybieramy chyba gorszy wariant i zakopujemy się na polnej drodze, na którą nawiało kilkadziesiąt centymetrów śniegu. Do punktu numer 8 w Starych Juchach dojeżdżamy jednak na 6 miejscu.

Estończyk samobójca: I think it’s safe now.
Pan z obsługi ZS: No, You will die!

W Starych Juchach czekało na nas pierwsze linowe zadanie specjalne. Wiedzieliśmy mniej więcej czego się spodziewać i przed samym rajdem przećwiczyliśmy podejście pionowe, przepięcie i zjazd. Jednak co innego trening na ciepłej sali, a co innego wykonać to samo na mrozie, przy świetle latarki. Krzysiu dał radę, potem Weronika i przyszła kolej na mnie. Zrobiłem sobie za krótką pętlę przy „małpie” i na wchodzeniu namęczyłem się strasznie. Na górze przepiąłem się zgodnie z poradami naszego przedrajdowego nauczyciela Adama Rosińskiego z KSE On-Sight. Sędziowie potwierdzili, że jest ok, ale przy zjeździe przy ścianie z balkonikami zapną mnie inaczej. Nie protestowałem i po chwili śmigałem już w dół. Po mnie został Franek… Poszło mu podobnie z tym, że wspinał się z nie do końca zapiętą uprzężą. Na szczęście nie doszło do tragedii, a do takiej dojść mogło, bo wieża w Starych Juchach ma 20 metrów wysokości. Nie wiem co zrobił zawodnik z Estonii, ale sędziowie po ich wizycie byli wyraźnie poddenerwowani a zespół ten ukarali 1,5 h kary.

Marek: Tniemy przez jezioro czy dookoła
Franek: Przez jezioro – będzie przygoda
Marek: Ale nie mamy opon z kolcami
Franek: Przygoda… :)

Gdy dojeżdżamy do górki, na której miał stać PK10 właśnie zbiega z niej jeden z Ukraińców. Wygląda tak jakby dopiero co podbił punkt. Na górkę biegnie Krzyś, ale nie może znaleźć punktu. Pomagamy mu wszyscy, zwiedzamy okoliczne górki upewniając się, że ta na której zostawiliśmy rowery to na pewno ta, gdzie powinien stać punkt. Po 20 minutach (czemu tak późno?) dzwonimy do organizatora – „Tak punktu nie ma, możemy jechać dalej.” Trochę tutaj straciliśmy. Podjęliśmy decyzję, żeby przejechać przez jezioro i jak najszybciej dobić do asfaltu. Przez jezioro jednak musimy prowadzić rowery, bo byliśmy jednym z dwóch zespołów, który nie miał opon z kolcami. Do Strefy Zmian B w Orzyszu dojeżdżamy o 21.

Dobieg do etapu biegówkowego

Tutaj czekają na nas biegówki, ale najpierw ubieramy się w buty do biegania, a buty narciarskie lądują w plecaku. Niestety wybraliśmy nie do końca dobrą kolejność zaliczania punktów. Było trzeba zacząć od G i skończyć na L. My niepotrzebnie zaczęliśmy od H, ale dzięki temu mieliśmy łatwiejsze wejście w mapę do BnO. No właśnie etap ten był na mapie do BnO. Mapa trudna, mikrorzeźba, ale poziomice co 5 metrów. Fatalnie nawiguje się jadąc na biegówkach, podobnie źle niosąc biegówki w ręku. Popełniamy 3 błędy, które kosztują nas w sumie jakieś pół godziny. Jednak okazuje się, że większości zespołów etap ten wychodzi znacznie gorzej od nas i wychodzimy na 4 miejsce! Po etapie ciepła grochówka na SZ B i ruszamy na 90 kilometrowy odcinek rowerowy. Zaczyna się drugi dzień napierania.

Zadanie linowe w Orzyszu

Weronika: Przejdziesz tam, wiesz w jakie dziury włażą grotołazi
Marek: Ale ja nie jestem grotołazem, tylko wielkim, grubym Markiem ze stopą w rozmiarze 49…

Zaczynamy od prostego zadania linowego – most linowy nad rzeką w centrum Orzysza. Idzie sprawnie, tylko lina pode mną jakoś dziwnie mocno się ugina i stopy ciągnę w wodzie. Na szczęście neoprenowe nakładki dają radę :) Potem szybki przejazd asfaltem i dojeżdżamy do PK14, gdzie czeka nas kolejne zadanie specjalne – przejście bunkra. Osoby z klaustrofobią dostałyby zawału na sam widok. Dziura wielkości 20 calowego monitora :) należało się w nią władować głową w dół, następnie w środku jakoś obrócić i wylądować na nogi. Nie wiem jak to się stało, że się tam zmieściłem, ale bez pomocy zespołu nie dałbym rady. Moje stopy w rozmiarze 49 w twardych, niezginających się butach na rower haczyły o wszystko co można tylko było. 20 minut po nas na zadanie przyjeżdżają Ukraińcy, gdzie najwyższy zawodnik ma 170 cm w kasku i kończą to zadanie równo z nami… Było rosnąć?

Bunkry z czasów IWŚ. Wyłażę... przeżyłem.

Krzysiu: Moje kolano nie chce startować.
Krzysiu: Moje kolano dalej nie chce brać udziału w tym rajdzie
Krzysiu: Tej, a Jacek jest studentem to może mnie zastąpi…

Mniej więcej takie sms-y i telefony zacząłem dostawać od Krzysia na kilka dni przed rajdem. Odezwała się jakaś jego stara kontuzja i boli go kolano, szczególnie na rowerze. Krzysiu zdążył mnie 100 razy przeprosić za to, że przez niego nie ukończymy tego rajdu. Jednak zadbał o to, by zwiększyć swoje szanse i przed zawodami okleił kolano profesjonalnymi niebieskimi plastrami. Niestety na przelocie na PK15 zaczęło go boleć. Ale i na to bystry Krzyś znalazł sposób: przecież mając buty SPD można pedałować jedną nogą :) Jakie były miny Ukraińców, gdy nas wyprzedzali, a Krzyś jechał w „Jaś Mela style” – z założoną lewą nogą na ramie, pedałując tylko prawą.

Krzysiowe kolano profesjonalnie "otejpowane"

Pan od ZS: Oooo widać, że jest masa.

Na PK18 czekało na nas kolejne i na szczęście ostatnie już zadanie linowe. Pomiędzy przęsłami wysadzonego mostu kolejowego w Kruklankach rozciągnięto most linowy. Wyglądało to bardzo widowiskowo, ale męczące było strasznie. Gdy na linie obok mijał mnie Ukrainiec, przejeżdżał z metr nade mną. Na tym zadaniu znowu straciliśmy kilkanaście minut do naszych bezpośrednich konkurentów, ale tym razem Franek zapiął prawidłowo uprząż, więc postęp jest.

Zadanie linowe na moście w Kruklankach

Mały „Biegnący Wilk”: Tam musicie pójść do skraju lasu i potem wzdłuż płotu, i będzie trzeba przenieść rowery nad płotem i tam już są harcerze w stodole i Wam wszystko wytłumaczą.

Właśnie zapada zmrok, gdy dojeżdżamy do SZ C mieszczącego się w Republice Ściborskiej „Biegnący Wilk”. Na rozdrożu Pan Piotr Silniewicz robi nam fotki, dojeżdżamy do chaty, w której pali się fantastyczne, przyciągające swoim ciepłem, żółte światło. Dzwonimy dzwonem i ze stodoły wybiega mały chłopiec, zupełnie nie wie o co chodzi, na szczęście po chwili wychodzi jego starszy brat i tłumaczy nam jak dojść do naszej strefy zmian. Podobno na zadaniu linowym mieli nam powiedzieć, że SZ C jest ciut przesunięta, ale albo nie powiedzieli, albo my nie słuchaliśmy. W końcu zostawiamy rowery w stodole, przebieramy się w buty do biegania i ruszamy na 25 kilometrowy odcinek biegowy.

Pan myśliwy: Nie boicie się tak po ciemku po lesie chodzić?
Franek: A czego mamy się bać?
Krzysiu: Ludzi z bronią?

Początek biegu wygląda tak samo jak pierwszy trekking – Weronika wyrywa do przodu, a my próbujemy za nią nadążyć. W międzyczasie dzwoni mój telefon, nieznany numer, dzwoni Pan, który na Śnieżnych Konwaliach zostawił w bazie czapkę i teraz pyta, gdzie i kiedy może ją odebrać… Cierpliwie tłumaczę, że niezbyt jestem w stanie w tym momencie udzielić mu odpowiedzi na to pytanie :) Na tym etapie zaliczam jeszcze epicką glebę. A w końcówce na leśnej przecince spotykamy samochód, a za chwile z lasu wychodzi pan z dwoma strzelbami. Nie wiem czy Nadleśnictwo nie zgłosiło imprezy do kół łowieckich, czy pan był po prostu kłusownikiem, ale trochę słabo przebiegać przez teren polowania. Po powrocie najbardziej wyczekiwane zadanie specjalne – psie zaprzęgi. Krzysiu i Weronika „powożą”, my mamy za zadanie wpiąć, zatrzymać i wypiąć psy a na koniec dać im się napić. Niżej położony środek ciężkości pozwala naszym team-mate’om zaliczyć zadanie bez wywrotki i możemy udać się na zasłużoną drzemkę. Budzik ustawiony na „za półtorej godziny”, o dziwo wszyscy bez protestów wstali i nawet zebraliśmy się całkiem sprawnie.

Krzysiu: Weronika nie śpmiiimyyyy!
Weronika (w myślach): spadaj, zamknij ryj…
Krzysiu: Chłopaki, ona zasypia a ja muszę z nią gadać. Pomóżcie coś.
Weronika (w myślach): wcale nie musisz i już się zamknij… (myśli ocenzurowane)

O 1:30 ruszamy na ostatni dłuższy odcinek rowerowy. Pierwszy etap tego odcinka to prawie 30 km asfaltem i to ponownie skutecznie nas usypia. Największy kryzys przechodzi Weronika, jadący obok niej Krzysiu gada jakieś głupoty, drze się, robi wszystko, żeby nie zasnęła, ale tempo nam spada dość mocno. My z Frankiem też przymulamy i gdy po raz drugi budzę się zjeżdżając na rowerze na pobocze, stwierdzam, że jednak pora na dodatkową drzemką. O 6:15 wjeżdżamy do gospodarstwa, w którym pali się światło i prosimy o kawałek podłogi na drzemkę.

Szybka drzemka w Golubiu Wężowskim

Miła Pani z Golubia Wężowskiego: W tej chiwli do łóżka!
Weronika: Ale mi tu dobrze…
MPzGW: Nie będziesz mi tu na podłodze spała.
Weronika: Ale mi tu wygodnie…
MPzGW: Albo do łózka, albo z powrotem na dwór na mróz!

Pani zaprasza nas do środku, jest bardzo podekscytowana. Weronika idzie spać do sypialni, a my zamiast drzemki prosimy o mocną kawę. Opowiadamy trochę o co chodzi w naszym rajdzie, pani zdaje relację, o której dzień wcześniej przejeżdżały 3 prowadzące z nami zespoły. Ludzie na wschodzie to są jednak strasznie mili (pani chciała już nam robić jajecznicę, ale zdążyliśmy uciec), musimy pamiętać wysłać tej pani kartkę z podziękowaniami! Po 20 minutach budzimy Weronikę, która jednak nie dała się wywalić z podłogi na łóżko. I za jasnego ruszamy dalej. Punkty na szczęście są dość proste,  na moment przytrzymuje nas tylko defekt w Frankowym rowerze – po raz drugi w ciągu miesiąca pękła mu śruba pod siodełkiem (jest masa!), na szczęście miał ze sobą zapasową i wymiana trwała 2 minuty. O 11 przy pięknie grzejącym słoneczku dojeżdżamy ponownie do SZ A. Niestety dowiadujemy się, że najpierw czeka nas etap biegówkowy, dopiero potem łyżwowy i na koniec, na dobicie, zadanie logiczne. Wcinamy ciepłą kiełbasę (my z Frankiem dodatkowo na pół Krzysiową – dobrze jest mieć w zespole kogoś Vege :) ) i w momencie jak ruszamy na biegówki do strefy dojeżdżają goniący nas Ukraińcy.

Nowa świecka rajdowa tradycja - pęknięta śruba pod siodełkiem

Krzysiu: Gdzie są Ukraińcy?
Brat Krzysia: Zaczęli w drugą stronę niż Wy.
Krzysiu: Ok. A gdzie Tetrahedron?
Brat Krzysia: Właśnie wyszli i też idą w drugą stronę.

Zostało nam 60 kilometrów na nartach biegowych, 5 kilometrów na łyżwach i 25 kilometrów finiszu na rowerze. Ukończenie całości rajdu stało się bardzo realne, dlatego zaczęliśmy oglądać się na konkurentów. Ukraińcy ruszyli na ten etap 30 minut po nas i poszli w drugą stronę, podobnie jak zespół Tetrahedron, który miał na początku tego etap około 90 minut straty do nas. Początkowo próbowaliśmy jechać na nartach, ale strasznie poobcierały nas buty i w końcu „nartowała” tylko Weronika. Tuż za połową trasy mijamy się z Ukraińcami – mamy jakieś 6-8 kilometrów przewagi. Jest już ciemno i bardzo musimy się skupić, żeby nie popełnić błędu. Dodatkowo zaczął padać deszcz i Weronika coraz częściej musi ściągać narty, by ominąć place bez śniegu. Na szczęście nawigacja dalej działa jak należy i o 22 odnajdujemy ostatni punkt na tym odcinku. Wtedy zaczyna się dziać coś dziwnego. Chłopaki zbiegają drogą, ja za nimi i na końcu Weronika na nartach. W pewnym momencie odwracam się, a Weronika została jakieś 150 m z tyłu, nie chce mi się cofać, więc czekam na nią na polu, na wietrze, na padającym deszczu ze śniegiem… „Co ona tam robi, tyle czasu?” Mija kilka minut, w końcu lampa zaczyna poruszać się w moją stronę. Weronika zmieniała buty na biegowe, a stopy miała tak opuchnięte i poobcierane, że nie mogła ich wcisnąć. Niestety przez ten czas totalnie się wyziębiliśmy i trzęsąc się z zimna przez prawie 90 minut pokonujemy ostatni 6 kilometrowy odcinek.

Marek: Mamy do wyboru trzy trasy: tędy, tędy lub tędy
Franek: Która jest najdłuższa?
Marek: Ta
Franek: Która jest najkrótsza?
Marek: Ta
Franek: To pojedźmy tą gdzie nie ma błota…

Odwilż i deszcz, które przyszły w nocy spowodowały, że na jeziorze stała woda i etap łyżwowy został odwołany. Pozostało nam tylko wykonać zadanie logiczne i przejechać 25 kilometrów do mety. Zadanie logiczne „Za pomocą 6 zapałek ułożyć 4 jednakowe trójkąty równoboczne” – poszło gładko, głównie za sprawą… mojej przyszłej teściowej :) Pani Alina, gdy jesteśmy u nich na weekend zawsze serwuje kilka zagadek, żeby sprawdzić przyszłego zięcia i ta zagadka również była już przeze mnie rozwiązywana :)
Odwilż, która przyszła poza pozytywnym dla nas odwołaniem etapu łyżwowego miała też swoje negatywne skutki – wszystkie drogi zamieniły się w bagno. Postanowiliśmy zmienić początkowy wariant dojazdu na ostatni punkt. Wpakowaliśmy się oczywiście jeszcze gorzej. Jesteśmy tak blisko i teraz zaczynamy robić jakieś głupoty nawigacyjne. Wszystko zaczęło mnie irytować: marudzący Krzyś, że za chwilę nas dogonią Ukraińcy, zamulający i marudzący Franek, to że oni wszyscy jadą tak wolno, a przecież wystarczy na godzinkę, półtorej spiąć poślady i zaraz będziemy na mecie. Odnajdujemy ostatni punkt w miejscowości o dużo mówiącej w tym momencie nazwie „Żywy”. I znowu kombinujemy, jak można pojechać lepiej niż wcześniej to sobie założyliśmy. Decydujemy się na mocno objazdowy wariant asfaltem. Dokładamy sobie na koniec kilka kilometrów, ale jazda po asfalcie nie jest już taka irytująca. Weronika daje się podholować trzymając się Krzysiowego plecaka. Przed trzecią dojeżdżamy na metę. Jest szampan (pyszny), nie ma ciepłej wody :P . Dopiero po jakimś czasie dociera do mnie czego właśnie dokonaliśmy. Prawie 450 km, 65 h napierania non-stop, 4 miejsce i najlepsze wśród polskich zespołów i to w debiucie na tak długiej trasie. Dostaję SMS-a od Pateli – kurcze chciało mu się siedzieć i kibicować do trzeciej. Jestem najszczęśliwszy – wyciągam wszystkie smakołyki, których nie zjadłem na trasie i zjadam pudełko snacków salami i 10 kabanosów zwycięstwa!

Link do mapy i relacji GPS

Słit focia przed startem

Słit focia na mecie

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.

*

Możesz użyć tych znaczników i atrybutów HTMLa: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>