«

»

Rajd 3 Rzeki

 

„Jest godzina 5:30 w nocy, gdy wpływamy na mieliznę na środku Wisły. Wychodzimy do wody i ciągniemy za sobą kajak brodząc po kostki w wodzie i trzęsąc się z zimna, nagle krzyczę do Władka „Nie idźmy tam, tam jest wielka maszyna do wydobywania piasku z dna rzeki”, Władek patrzy na mnie jak na idiotę…”

 

 

W Rajdzie 3 Rzeki chcieliśmy wystawić czwórkę, ale pod koniec sieprnia Franek bardzo poważnie skręcił kostkę, tydzień później kostkę skręciłem ja (nigdy więcej piłki nożnej), potem Ada zdecydowała się startować w LONG-u (brązowy medal :) ) i nasze plany musieliśmy skorygować. Zgłosiliśmy się w dwójkę z Władkiem z założeniem walki o pierwszą dziesiątkę. Niestety mój ponad miesięczny rozbrat z bieganiem spowodował, że nasza koronna konkurencja, czyli BnO, nie miała dawać nam już takiej przewagi.

Start
Na starcie same gwiazdy :) Jest Salewa w najmocniejszym składzie, jest Igor Błachut z Michałem Kiełbasińskim, jest Nonstop Adventure, są chłopaki z Hadesu Poznań, jest Zulus Team, jest Alicja Ewiak z ekipą, jest Navigatoria z Sabiną Giełzak w składzie… Ruszamy na pierwszy etap – bieg po Nowym Dworze z wykorzystaniem ortofotomapy. Prosty nawigacyjnie i ekstremalnie szybki, trzymamy się czołówki, ale czuję, że się gotuję, bo jestem w stroju przygotowanym raczej pod świński trucht, niż pod bieg po 4 min/km. Cały etap upływa pod odgłosami nawoływań się zespołu „Jaka piękna katastrofa”, oni jakoś tak mają :) Próbuję pogadać z Łukaszem Grabowskim o jego nowym plecaku, ale jego kompan, znany i lubiany „Gorzała”, od razu nas napomina „Koncentracja!”, widać, że tego dnia jest nastawiony na ostrą walkę. Dopadamy do rolek w pierwszym tramwaju, ubieramy je bardzo sprawnie i na etap rolkowy wypadamy na 8 miejscu, mijamy Piotrka Dopierałę z Hadesu, który niezbyt zadowolony czeka na swojego kompana Konrada R., który zapomniał spakować rolek na przepak i teraz gna po nie do bazy. Mkniemy :) Tuż przed nami Zulusi i „Jaka piękna katastrofa”. Na PK3 wybieramy wariant z prawej, ale droga zaznaczona na mapie jako asfalt okazuje się być polna :(. Lecimy w dół dziurawym chodnikiem wzdłuż DK62. „Marek upada po raz pierwszy”, choć właściwie nie do końca, bo podpieram się o barierkę oddzielającą drogę od chodnika. Dojeżdżamy do lasu i ściągamy rolki, biegniemy do punktu goniąc lampki przed nami. Jak fatalnie biegnie się trzymając rolki w rękach. Na szczęście ten odcinek ma tylko około 2-3 km. Zakładamy rolki po raz kolejny po drugiej stronie lasu, by po następnych 3 km znowu je ściągać. Tzn. ściągam tylko ja, bo Władek próbuje zjeżdżać po betonowych płytkach. Wyprzedzam go biegiem, podbijam punkt na mostku i dobiegam do asfaltu po drugiej stronie rzeki Wkry. Zakładam rolki i już gnam razem z Władkiem na ostatni punkt na tym etapie. Niestety „Marek upada po raz drugi”… ostatni zjazd, asfalt z kategorii „najgorszy z możliwych”, przy hamowaniu coś podbija mi jedną nogę, która podcina drugą i ląduje lewym biodrem na asfalcie. Spodnie właściwie do wyrzucenia, udo zdarte do mięsa, ale adrenalina działa i w tym momencie nic nie czuję. Dojeżdżamy na przepak kajakowy na 6 miejscu i widzimy lampki ruszającego przed nami zespołu z Łodzi.

Gdybyś ujrzeć chciaaaaał nadwiślański świt...

Kajak
Po bardzo szybkich dwóch pierwszych etapach miła odmiana, spokojnie wiosłujemy, Wkra ma całkiem wartki prąd. Wreszcie jest moment, żeby zjeść kabanosika zagryźć go batonikiem i zapić o-sheetem. Po pierwszy punkt trzeba się cofnąć kawałek starorzeczem, przez moment myślimy o przenosce, ale płynie się na tyle dobrze, że rezygnujemy z tego pomysłu. Miejsce odbicia w starorzecze wystawiają nam czołówki jednego z kajaków „Jaka piękna katastrofa” (znowu zgubili resztę ekipy :P ). Gdy dopływamy w okolice punktu druga łódka tegoż zespołu właśnie wraca. Władek wysiada i przeczesuje brzeg. Punkt ma znajdować się na zwalonym drzewie i Władziu odnajduje trzy takie drzewa, ale na żadnym nie ma punktu. Dzwonimy do organizatora, który informuje nas, że pozostałe ekipy też zgłaszały brak tego punktu. Jesteśmy mili i sympatyczni i informujemy o tym Konrada z Piotrem z Hadesu, którzy chwilę wcześniej dopłynęli w to miejsce. Dajemy im się wyprzedzić i liczymy, ze wystawią nam następny punkt na wysepce już na rzece Narew. Płyną coś za daleko, dlatego dobijamy z Władkiem do brzegu, a on biegnie sprawdzić czy to do czego dopłynęliśmy jest wyspą. Niestety nie udaje mu się przebić przez plątaninę krzaków. Płyniemy dalej i za chwilę dopływamy do drugiego krańca wyspy. Tam łączymy się z Hadesami, którzy też zorientowali się w swoim błędzie i wracamy na punkt. Błąd ten kosztował nas dobre 20 minut :( Teraz płyniemy Narwią do jej ujścia do Wisły, gdzie w okolicach starego spichlerza ma znajdować się kolejny punkt. Dopływamy tam tuż po Hadesach i Władek z Piotrem ruszają na poszukiwania. Wracają po 5 minutach, bez punktu, telefon do organizatora i informacja, że braku punktu nikt nie zgłaszał, dostaliśmy też instrukcję, gdzie dokładnie powinien wisieć lampion. Chłopaki biegną w to miejsce, ale znowu po 5-10 minutach wracają bez potwierdzenia punktu. Płyniemy na kolejny punkt, około 1 km Wisłą pod prąd. Tutaj znowu 5 minut straty, bo Władek pobiegł szukać punktu bez mapy, jak po nią wrócił znalazł go już bez problemu. Czeka nas teraz 9 km wiosłowania na kolejny PK10. Hadesy szybciej odpływają od brzegu i znikają nam z pola widzenia. Jest godzina 5:30 w nocy, gdy wpływamy na mieliznę na środku Wisły. Wychodzimy do wody i ciągniemy za sobą kajak brodząc po kostki w wodzie i trzęsąc się z zimna, nagle krzyczę do Władka „Nie idźmy tam, tam jest wielka maszyna do wydobywania piasku z dna rzeki”, Władek patrzy na mnie jak na idiotę. Spojrzałem raz jeszcze w to samo miejsce i maszyna w magiczny sposób zniknęła, ale na pewno tam była! Ten odcinek dłuży nam się niesamowicie, jest totalnie ciemno, widzimy tylko jeden brzeg rzeki, która w tym miejscu ma 500 m szerokości, ciężko jest wybrać dobry punkt nawigacyjny. Gdy wydaje nam się, że jesteśmy już tuż tuż, zauważamy na brzegu migające światełka kilku czołówek. Nie myśląc wiele płyniemy w to miejsce i natrafiamy na grupę wędkarzy :( Zaczyna świtać, patrzymy w mapę i ustalamy, że jesteśmy 200 m od punktu, jednocześnie w głowie przez cały czas słyszę Czesława Niemena „gdybyś ujrzeć chciaaaał nadwiślański świiiiit…”. Dopływamy w miejsce gdzie naszym zdaniem powinien być, ale nie ma ani „mielizny”, ani tym bardziej punktu na niej. Doganiają nas panie z teamu 360 stopni i mówią, że wg nich trzeba popłynąć jeszcze kawałek dalej. Dopływamy do pierwszej napotkanej mielizny, wychodzimy na brzeg w poszukiwaniu punktu, dostaję „telepę roku”, punktu nie ma. Dopływamy do kolejnej i wtedy dopiero odkrywamy zagadkę, gdzie byliśmy wcześniej i że teraz to jest „nasza” mielizna :) Ruszamy, ale punktu nie możemy odnaleźć. Postanawiamy wrócić do kajaka i opłynąć ją z drugiej strony. Punkt odnajduje Magda Gruziel i wystawia go nam i jeszcze 4 innym ekipom, które akurat nas tutaj dogoniły. Lampion leżał na ziemi i był bardzo słabo widoczny. Na tym punkcie tracimy prawie 40 minut.Na szczęście kolejne 2 punkty na kajaku zaliczamy już bez problemów nawigacyjno-punktoznikających, gorzej z naszymi ramionami, które nie do końca mają siły wiosłować. Dopływamy do końca tego etapu około godziny 9.00 na 11 miejscu. 37 km kajakiem zajęło nam 6h 40min.

Nauka obsługi GPS i grzanie dupska w jednym :)

Patela walczy na rowerze

Rower
Żeby się rozgrzać od razu ruszamy na zadanie z GPS-em. Idzie nam błyskawicznie. Ubieramy się w suche rzeczy, zjadam bułkę z jogurtem. Dolewamy picie do bidonów i wyruszamy na etap rowerowy. Już na pierwszy punkt mamy pecha, bo 2 drogi na naszym wariancie (lewym) są zarośnięte i musimy nadrobić około 2 km, żeby do punktu dojechać od prawej strony. Potem kolejny przejazd na zmianę błotno-wodno-piaskowy i mam serdecznie dość Puszczy Kampinoskiej, dlatego wariant na kolejny punkt wybieramy mocno objazdowy, ale asfaltem. Wypadamy na asfalt i oczywiście wieje nam w twarz… Prawie 12 km z Kampinosu do Leszna pokonujemy zmieniając się na prowadzeniu, chociaż Władek ma tutaj zdecydowanie więcej sił i częściej jedzie z przodu. Wjeżdżamy do lasu i znowu pakujemy się w piach po szprychy. Poziom irytacji sięga zenitu… Dojeżdżamy do PK16 i postanawiamy na 17nastkę pojechać czerwonym szlakiem, jednak po kilku kilometrach walki z korzeniami i piachem odbijamy na asfalt idący prawie równolegle do naszej wcześniej zaplanowanej trasy. Wjeżdżamy w las i znowu piach… ja pier… Naprawdę cała okolica Warszawy tak wygląda? Na szczęście droga na 18nastkę to głównie asfalt. Rower kończymy około 14.10, nasz wariant wyniósł około 67km i zajął nam prawie 4h45min.

Ruiny twierdzy Modlin

Wisienka na torcie
Dojeżdżamy na 9 miejscu, na przepaku leżą 3 komplety rowerów, a więc jest się jeszcze z kim ścigać. Na początek zadanie z radioorientacji, Władziu świetnie nasłuchuje i trafiamy bez problemu. Potem poszukiwania punktu w forcie. Oba punkty odnajduje Władek, ja mam jakieś klaustrofobiczne opory ładowania się w niektóre tunele. Biegniemy na 5 km odcinek BnO. Idzie jak po sznurku i dobiegając widzimy 2 odjeżdżające z przepaku zespoły. Udało się podgonić, ale coś niedobrego dzieje się z Władziem, który traci siły i z moją kostką, która przypomniała sobie, że przecież niedawno została skręcona. 2 wyżebrane od sędziego ciasteczka trochę stawiają Władka na nogi, okazuje się, że Ibuprom działa i zapominam o mojej kostce, i lecimy do twierdzy Modlin na „wisienkę na torcie”, którą miało być BnO w tym miejscu. Podobno mamy 5 i 10 minut straty do dwóch wyprzedzających nas zespołów. Podobno najlepsi robili ten etap w 90 minut. My robimy w około 80 i wyprzedzamy te 2 zespoły :) Choć dzieje się tak tylko dlatego, że udało mi się wyżebrać batonika od jednego z zawodników z trasy Speed. Koleś uratowałeś mi życie! Ostatnie 2 km dojazdu do mety pokonujemy w stanie euforycznym i wpadamy na nią na 7 miejscu (na 5 w naszej kategorii). 17 godzin i 15 minut walki i to wszystko dla tego uczucia na mecie, dla tego smakującego jak nigdzie indziej makaronu i piwka :) Dla tego przyjemnego bólu mięśni :)

Wyniki wciąż w „opracowaniu”, ale z pewnych źródeł wiadomo, że 3 zespoły, które dojechały na metę przed nami mają niezaliczone wszystkie punkty…

Oprócz nas w rajdzie startował również Mateusz, który w parze z Maćkiem Kłosowiczem ukończył rajd w granicach 10 miejsca z czasem 19h 30min. Natomiast na trasie Speed pozamiatali Jacek z Rysiem, którzy 50km trasę zrobili w 4h 40 min i wygrali z kolejną ekipą o 10 minut.

Damian "prawie" Hood. Chłopaki zaliczyli karną rundę za nieudane strzelanie

Użyte w relacji zdjęcia są autorstwa Piotra Dymusa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.

*

Możesz użyć tych znaczników i atrybutów HTMLa: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>