«

»

IV Rajd Konwalii – Władek i Ada na pierwszym miejscu w MIX

W miniony weekend nasz team rajdkonwalii.pl organizował IV Rajd Konwalii,  jednak z Władkiem postanowiliśmy sprawdzić się po raz kolejny, tym bardziej, że w tym roku Marek wymyślił typową trasę adventure ok. 130km, jak się okazało troszkę więcej ;)

Odkąd dojechaliśmy do Moch miałam bardzo dobry humor, wręcz tryskałam energią, byłam bojowo nastawiona, jednak im bliżej do startu, tym mała adrenalinka mimo wszystko się pojawiała. Zaczęliśmy od prologu, czyli biegania po planie szkoły łącznie z piwnicą i I piętrem. Według mnie bardzo ciekawy pomysł i dotychczas niespotykany na innych rajdach. Startowaliśmy jednocześnie każdy na swoją trasę; w moim wykonaniu początek trochę chaotycznie jednak wraz z kolejnym pkt coraz szybciej – naprawdę świetna zabawa. Przybiegam jakąś chwilę za Władkiem, jednak nie przywiązuje wagi do miejsca, bo i tak sumują się razem. Po szybkiej weryfikacji okazuje się, że startujemy jako pierwsi, a następni za nami 1,5 minuty – szok J, tak więc ostatnie pakowanie rzeczy na przepak i do plecaka i czas ruszać. Wyjechaliśmy o 22.43 zaczynając dość mocno, oglądam się co kawałek, ale nikogo nie widać, skręcamy z asfaltu, a tam piachu, co nie miara, Władek zalicza wywrotkę, spada mu łańcuch i w tym momencie doganiają nas 2 teamy Salewa i Hades. Dalej jedziemy za nimi, wybieramy trochę inny wariant, jednak spotykamy się za chwilę i szukamy 1pkt, coś nam nie gra, jeździmy w kółko, dojeżdżają kolejne zespoły, próbujemy sami kombinować, ostatecznie na pkt spotykamy się dość sporą grupą. Stamtąd wszyscy ruszają bardzo mocno i stawka trochę się rozciąga, ci, co mają mocne nogi z przodu, a my trochę z tyłu. Kolejne pkt zdobywamy raczej bez większych problemów nawigacyjnych, spotykając po drodze różne teamy. Z 5pkt do przepaku usiedliśmy braciom Muszyńskim na koło i nie odpuszczaliśmy, choć nie było łatwo, trzeba było ostro się spinać – trzeba przyznać, że są mocni. Na przepaku chwila oddechu, batonik i ruszamy na trekking, który praktycznie cały pokonaliśmy biegiem. Nie biegniemy ta drogą, którą zamierzaliśmy i niestety do pkt dotarliśmy lekkim obiegiem; kolejny 8 pkt na samym wejściu przysporzył nam trochę problemów, gdyż był bardzo ładnie schowany w krzakach na końcu rowu, który był praktycznie niezauważalny J, ale nie tylko my mieliśmy z nim problem. 9pkt to chyba nasza największa porażka na trasie – nie wiedzieć, czemu nikt z nas nie pamiętał, że ten pkt jest przybliżony i bardzo dużo czasu straciliśmy na bezsensownym chodzeniu w ciemno po lesie. Dogoniło nas tam sporo ekip, więc do kolejnego ruszyliśmy mocniej, żeby chociaż trochę uciec i zostawić sobie więcej czasu na stratę na kajaku, którą już z góry założyliśmy. 10,11,12 pkt bez problemu, nawet dogoniliśmy Łukasza i Marcina. Niestety kajak to nasza najsłabsza strona, więc po drodze sporo zespołów nas minęło (trzeba potrenować koniecznie). Rzeczka początkowo bardzo wąska, płytka i nasze płynięcie bardziej przypominało odpychanie od dna i brzegów i przedzieranie przez grążele i lilie, dalej jeziorko gdzie mogliśmy tylko podziwiać, jak wszyscy nam odpływają. Po dotarciu do bazy, od razu chwyciliśmy normalną mapkę J i sprawnie potwierdziliśmy wszystkie pkt, a raczej tylko perforatory, po parku i okolicznych budynkach w Wolsztynie. Następnie był czas na chwilę odpoczynku dla mnie, bo Władek musiał wypłynąć rowerkiem wodnym w okolice wyspy, a ja za pomocą alfabetu Moorse’a przy użyciu chorągiewek musiałam przekazać mu słowo MARCEPAN. Dosyć długo się nie ruszał, co było niepokojące, ale miałam ogromną nadzieję, że podbije właściwe hasło, bo na płynięcie jeszcze raz kajakiem nie miałam najmniejszej ochoty. Na szczęście udało się, podbił właściwy, więc po uzupełnieniu płynów ruszamy na rowerach dalej. Wybieramy warianty raczej bardziej objazdowe, ale asfaltami, niż niepewne polne, które mogły tonąć w piachu; po drodze mijamy się z kolejnymi zespołami i mamy wrażenie, że stopniowo odrabiamy straty. Ostatni odcinek to podobno 15km BnO, ale nie wiem czy nie było więcej …. Zaczynało być, co raz goręcej i sił też powoli brakowało, ale staraliśmy się cały czas truchtać. Na pierwszy rzut poszła mapa Cegielnia, gdzie na końcu czekało zadanie strzelanie z wiatrówki do butelki, trafiona za 3 razem przeze mnie, dalej Szwedzkie Wały, Solec Zachód, gdzie Władek musiał usiąść i nawet się położyć, żeby zebrać siły. Niestety nie pozwoliłam na zbyt długie lenistwo, gdyż słońce prażyło, muchy gryzły i im szybciej skończymy tym lepiej. Tutaj zaczął się nasz marsz po polach zdobywając kolejne pkt na mapie Gola Molska, później przejście przez mostek, ostatnie przedzieranie przez krzaki i dobieg ostatkiem sił na metę do szkoły. Byliśmy szczęśliwi, że to już koniec, ale i zadowoleni, gdyż jak się okazało ukończyliśmy na 6 miejscu ogółem z niewielką stratą do Łukasza i Marcina, których dość często spotykaliśmy na trasie i 1 miejsce w MIX. Marzyliśmy tylko o zimnym prysznicu, który był nasza motywacją do samego końca.

Podsumowując rajd bardzo udany, trasa bardzo ciekawa, organizatorzy rewelacja, chociaż na trasach biegowych brakowało wody, u nas było jak najbardziej okej.  Pogoda nie oszczędziła nas nawet na krok, dlatego podziwiam i gratuluję wszystkim, którzy zmagali się z nią na trasie przez cały dzień. Jakie wnioski ?? – przede wszystkim musimy podszkolić technikę pływania na kajaku, żeby zbyt dużo nie tracić, nawigację w nocy i na pewno powrócić za rok pytanie czy w roli organizatora, czy po raz kolejny zawodnika. [Ada]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.

*

Możesz użyć tych znaczników i atrybutów HTMLa: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>