«

»

Rajd 4 Żywiołów

Wstęp [Franek]

Rajd Czterech Żywiołów organizowany jest w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Więc oprócz opisu przebiegu samego rajdu chciałbym poświęcić jeden akapit na podróż.
Planowaliśmy wyjazd czteroosobowy z zaprzyjaźnionym zespołem Ultra Star Profi Race NonStop Challange Pro X-Trail 3D Multi +++ High Adventure Team Onsight w skład którego wchodził Łukasz i Krzysztof. Łukasz mial mieć super świetny samochód z bagażnikiem na rowery, klimą, wspomaganiem kierownicy i innymi bajerami jednak w czwartek dostałem informację od Marka, że nie ma Łukasza, nie ma auta, jest problem. My mamy problem z transportem, a Krzysztof oprócz tego ma problem z partnerem. Po dłuższej wymianie zdań postanowiliśmy zaryzykować i dać szansę Feli, która ze wcześniej wymienionego wyposażenia ma tylko bagażnik na rowery, ale nie w takiej trasie już była. Co prawda 10 lat temu, ale była!
Wyjechaliśmy w piątek koło 18 naszym celem Kraków, ulica Stołajowskiego gdzie zostaniemy przyjęci po królewsku przez znanego w środowisku rajdowiczów Krzysztofa S.(ten którego gryzą psy). Sama jazda nie zasłużyla na szczególną uwagę. Przez pierwsze 100 km Krzychu próbował przekonać swojego partnera na długą trasę, ten raz czuł się na tyle mocno, żeby wystartować, ale nie miał transportu, za chwilę miał transport, ale chciał startować na trasie krótkiej. W końcu Krzysztof dogadał się z innym rajdowiczem, który był w podobnej sytuacji co on i nastąpiła fuzja w On Sight/Flap. Na 300 km obowiązkowo odwiedziliśmy McDonald, w którym z powodu burzy permanentnie wyłączał się prąd, a co za tym idzie resetowały się wszystkie komputery. W końcu udało nam się doładować kofeiną i ruszyliśmy w dalszą trasę. Prędkość na autostradzie 110 km/h no chyba, że był podjazd wtedy spadała do 80km/h. Między 1:30 a 2:00 wjechaliśmy we wspomnianą ulicę Stołajowskiego, chwilę zajęło nam odnalezienie właściwego bloku. Po wymianie kilku telefonów byliśmy w studenckim mieszkaniu. Krótka wymiana uprzejmości z gospodarzem budzik na 6:00 i idziemy do wyra na 3,5h snu.
Rano szybkie śniadanie, na wpół wypita herbata i już jesteśmy w drodze do Kluczy. W Olkuszu pierwszy błąd nawigacyjny zamiast na Zawiercie skręcamy na Wolbrom. Już wiem, że to nie ja będę nawigatorem na tym rajdzie. Dojeżdżamy na stadion większość rajdowiczów już po rejestracji i majstruje coś przy rowerach. Parkujemy i lecimy do biura. Kolejka zaczyna się na półpiętrze. Patrzymy na zegarek, mamy jeszcze 45 minut do startu. Każdy z uczestników dostaje pamiątkową koszulkę, ciastka Krakuski, wodę, mapę powiatu Olkuskiego oraz standardowo numery i karty startowe. Po odprawie zostało nam niecałe 30 minut. Ściągamy rowery z dachu, oddajemy rolki na przepak, pakujemy plecaki w sprzęt obowiązkowy i batony, ubieramy się w odpowiedni strój, bo pierwszy etap to BnO, a więc obowiązkowo moje nowe Inov8-ty oraz getry coby sobie nóg nie pocharatać. Na 10 minut przed startem Marek idzie na odprawę ogólną, a ja szykuję rzeczy na zmianę, dokręcam mapniki i coś tam dojadam. Po chwili przybiega Marek. Dostaliśmy dwa arkusze po cztery mapy ( 1. I etap rowerowy, 2. mapa do RJnO, 3. II etap trekingowy + rolki, 4. III etap rowerowy) które przy użyciu naszych fachowych nożyczek pocięliśmy i upchnęliśmy w mapniku. Bierzemy nasze rowery, plecaki, rzeczy na strefę zmian i idziemy na start. Tam już rozpoczęło się rozdawanie map na prolog, który błędnie nazwano Biegiem na Orientację, bo niestety, mimo otaczających nas lasów bieg rozegrał się po mieście, a za mapę posłużyło nam zdjęcie satelitarne. Marek jak to zobaczył szybko zmienił buty, a mi przypomniało się, że jeszcze nie mam picia w bukłaku. Sędzia nawołuje wszystkich na linię startu, a ja odkręcam kolejnego O-shita. Gdy zakręcam bukłak zaczyna się odliczanie 5…4…3…2…1…

Prolog [Marek]

Tuż przed startem pytam jeszcze sędziego, czy z drugiej strony stadionu też jest furtka. On potwierdza, a więc wariant gotowy. Zdenerwowany rozglądam się jeszcze za Frankiem, a ten właśnie kończy nalewać picie do bukłaka. W ostatniej chwili, ale udaje mu się zdążyć na linię startu przed „gwizdkiem” sędziego. Po drodze tłumaczę mu jaką kolejność punktów wymyśliłem i Franciszek na nią przystaje. Oczywiście po drugiej stronie stadionu furtka jest, ale zamknięta. Pytanie zadane sędziemu było niewystarczająco precyzyjne :P Gramolimy się na płot i biegniemy dalej. Nawigacja przy pomocy zdjęcia satelitarnego jest bardzo specyficzna. Są rzeczy, które na takiej „mapie” widać lepiej – jak kolory dachów, czy rodzaj i kolor drogi, ale są też rzeczy, których nie widać kompletnie, jak np. płoty, czy ścieżki w lesie. Co za tym idzie przy kilku wariantach musimy nadłożyć drogi obiegając podwórka, a raz ładujemy się komuś na posesję i obszczekani przez dwa pieski, przepraszając umykamy do lasu. Bieg niestety bardzo prosty, więc nie udaje nam się nic nadrobić, a właściwie straciliśmy, bo Franek po powrocie do bazy musiał przebrać się ze swojego stroju i butów do BnO w sprzęt bardziej rowerowy. Na kolejny etap wyjeżdżamy w okolicach 3 miejsca, ale różnice są jak na razie niewielkie.

Rower 1

Wsiadamy na rowery. Tuż przed nami na trasę wyjechały 2-3 teamy, które teraz gonimy na asfalcie. Zespół Team 360 stopni jest dość chętny do współpracy, więc raz oni nam, raz my im jedziemy na kole. W końcu dojeżdżamy do granicy Pustyni Błędowskiej, gdzie dziewczyna wręcza nam plastikowy kubeczek, pokazuje palcem kierunek i każe przynieść z rzeki wodę. No to biegniemy we wskazanym kierunku. 200m, 500m, 1000m… Rzekę znajdujemy po 1,5 km. Franek nalewa wodę do kubeczka i maszeruje z powrotem, a ja w międzyczasie znajduję pustą butelkę, w którą postanawiam nalać trochę wody tak na wszelki wypadek, jakby Franciszek się wywrócił i rozlał zawartość kubeczka. Jednak w końcu sumienie wygrywa i wyrzucam butelkę w krzaki. Doganiam Franciszka i idę obok niego robiąc za odganiacza much. Po zaliczeniu zadania przez sędziego Franek wylewa mi zawartość kubeczka za kołnierz, aaaaale przyjemnie. Jest godzina 10, a na dworze już jest strasznie gorąco. Wybieramy pewne warianty, takie na których nie trzeba za dużo kluczyć, stawać i ślęczeć nad mapą. PK2 odbijamy z innym team’em, który chwilę zastanawia się jak jechać, aż w końcu obiera wariant „tak jak oni” i jedzie za nami. Zaczyna się męka, duszno, na niebie lampa a my podjeżdżamy na polu pod dość stromą górę. Franek jest ode mnie dużo mocniejszy, ja nie daję rady, więc zsiadam i chwilę podprowadzam rower. Potem na zjeździe jestem szybszy, ale strasznie mną telepie, więc gubię po drodze bidon (dopiero na 2 etapie rowerowym zorientowałem się, że mam zablokowany amortyzator). Dojeżdżamy do PK3, gdzie doganiają nas późniejsi zwycięzcy – Zulus. My od punktu odjeżdżamy pierwsi, ale po kilkuset metrach zatrzymuje nas młody odyniec stojący na drodze. nasze krzyki nic nie dają, dopiero Darek Bogumił swoim szczekaniem odstrasza dzika i możemy przejechać dalej. Przyznajemy mu Oscara w kategorii onomatopeja :P Dojeżdżamy do Żelazka, w którym kilka razy byliśmy na obozach sportowych, gdzie wjeżdżamy na mapę do BnO. Szkoda, że zamiast odcinka RJnO nie było tam właśnie BnO, ale co zrobić… Bardzo fajna mapa i trasa, i nawigacja sprowadza się do liczenia ścieżek :( Na koniec zjeżdżamy drogą, która na mapie kończy się przy asfalcie, a w terenie na płocie nowo-powstałej posesji. Znowu obchodzenie opłotkami i poszukiwanie przejścia do asfaltu… W końcu jakaś miła pani przepuszcza nas przez swoje podwórko. Gnamy na przedostatni  punkt na tym etapie i tam sytuacja się powtarza. Wjeżdżamy na podwórko i gospodyni informuje nas, że jesteśmy już trzecim zespołem, który przejeżdża przez jej posesję. Ehh te dokładne mapy… Na ostatnim punkcie tego etapu mamy do wykonania tyrolkę. Franek ubiera się w uprząż, odpycha się i dopiero wtedy pytam sędziego czy czasem nie musi on mieć ze sobą karty startowej. Niestety musi, więc Franciszek wraca, bierze kartę i startuje raz jeszcze, tym razem dzięki mojemu pchnięciu zajeżdża dalej i tylko kawałek musi się podciągnąć na linie. Do bazy dojeżdżamy na 5 miejscu. Uzupełniamy picie w bukłakach i ruszamy na etap biegowo-rolkowy.

Bieg+rolki

Chwilę maszerujemy, żeby przyzwyczaić nogi do nowej formy lokomocji i po chwili ruszamy biegiem. Trochę pokropiło dzięki czemu na moment zrobiło się przyjemniej, ale za chwilę znowu uderzył w nas skwar i duchota. Do rolek utrzymujemy naszą 5 pozycję, końcówka po asfalcie dała mi mocno w kość, bo przy nagrzanej jezdni było kilkanaście stopni cieplej. Początek rolek idzie nam rewelacyjnie, lekkie zjazdy i podjazdy, pęd przyjemnie chłodzi. W pewnym momencie Franek ląduje w zbożu i coś krzyczy, że mam uważać. Jadę na hamulcu, ale ciągle się rozpędzam, więc też ratuję się hamowaniem w zbożu. Zjazd jest na tyle ostry, że nasze umiejętności rolkowe nie są wystarczające, żeby się tam zatrzymać. Lądujemy w zbożu jeszcze 2 razy. Potem niestety zaczyna się dużo gorszy asfalt i to w terenie zabudowanym, gdzie nie dość, że nie ma cienia to jeszcze zabudowania robią za bardzo skuteczny wiatrochron. Czuję, że powoli gotuje mi się garnek, strasznie zwalniam. Gdy dojeżdżamy do punktu (5km) mam kompletnie dosyć, a czeka nas jeszcze powrót, tym razem w większości pod górkę. Umieram… pod ten stromy zjazd, który teraz jest podjazdem nie daję już rady. Czuję, że zaraz zwrócę całą o-sheetowo-batonikową zawartość mojego żołądka. Ściągam rolki i podchodzę w skarpetkach. Generalnie jest to nawet szybsze, więc straciłem tylko czas na operacji ściągania i zakładania rolek z powrotem. Jakoś udaje mi się dojechać do końca, ale tam padamy i na dalszą trasę ruszamy dopiero po kilku minutach. Patrzę na mapę jak tu skrócić, żeby zejść do bazy. Mięśniowo czuję się dobrze, ale głowa i żołądek to jakiś dramat. Na szczęście z Frankiem też nie jest najlepiej, więc na mnie bardzo nie marudzi. Spacerujemy do punktu 9, a potem 10. Znowu spada lekki deszczyk, dodatkowo zaliczyliśmy przejście rzeki wpław, które nas trochę orzeźwiło, robi się chłodniej i czuję, że powoli odżywam. Tuż przed PK10 zaczynamy truchtać i do PK11 biegniemy znaczną część trasy. Tam czeka nas kolejne zadanie – drabinki na ściance wspinaczkowej. Przed nami w kolejce 2 zespoły, więc niestety daje nam to 15 minut dodatkowego czekania :( Szkoda, że ten przymusowy postój nie był zaraz po rolkach, kiedy odpoczynek był nam tak potrzebny. Z zadania ruszamy razem z panem Zbigniewem Rajtarem, który gada jak najęty, więc dalsza droga upływa dużo szybciej. Pan Zbigniew opowiada nam o swojej taktyce na wałęsające się psy, podobno jak się zacznie do nich mówić to nie gryzą. Co ciekawe stosuje on tę samą taktykę w stosunku do miejscowych chłopaków. Nim zaczną nas zaczepić o pedalski ubiór, Pan Zbigniew już do nich wali, że też by się napił piwka – lody przełamane :) Jedyny błąd na tym etapie popełniamy przy PK14, który jest usytuowany w kamieniołomie. Wydawało nam się, że będzie on widoczny z daleka, a tu punkt zakitrany mimo, że siedzą na nim sędziowie i trzeba wykonać zadanie specjalne. Franek trafia z łuku za pierwszym strzałem i lecimy do bazy. Gdy dobiegamy do Kluczy w mieście zapalają się latarnie. Cały ostatni etap rowerowy przyjdzie nam robić po ciemku.

Rower 2

Przed wyjazdem na ostatni etap doładowujemy się kabanosikami, bo na rowerze musi być paliwo. Trzeba też się cieplej ubrać, bo przyjdzie nam walczyć do późnej nocy. Ruszamy asfaltem na PK15 i od razu popełniamy błąd nawigacyjny, przez zamieszanie przy miejscowej dyskotece (kręcące się dziesiątki osób, samochodów i policji) nie zauważamy zjazdu na szlak rowerowy, odbijamy w następną drogę i przychodzi nam prowadzić rowery przez 200 m przez łąkę. Na szczęście straciliśmy tu niewiele czasu. Na punkcie wspinaczka, Franek radzi sobie wyśmienicie i śmigamy dalej. Na PK16 trochę poczesaliśmy, ale punkt się znalazł w miarę szybko, podobnie na 17nastce gdzie dodatkowo było do wykonania zadanie specjalne pamięciowo-speleologiczne. W jaskini trzeba było odnaleźć szachownicę i zapamiętać układ figur. Punkt 18nasty jest na mapie zaznaczony dość dziwnie, czytam opis: „Zewnętrzny mur cmentarza”. A-ha… czyli po dojechaniu na miejsce musimy objechać cmentarz dookoła i znaleźć lampion. Udaje się to dość szybko, a przy okazji doganiamy jakiś zespół. Od tego momentu zaczyna się czarna dziura tego rajdu. 2 kolejne przejazdy to jakiś dramat w naszym wykonaniu, ale też dramat jeśli chodzi o dokładność map. Do PK19, usytuowanego przy wieży telefonii komórkowej, prowadziła podobno dodatkowa droga, która odbijała od asfaltu ciut wcześniej. Kto miał szczęście i ją zauważył i zaryzykował, żeby w nią wjechać wygrywał kilkanaście minut. My niestety tę drogę przegapiliśmy, a żadnej z 3 dróg odbijających od asfaltu w stronę wieży, które były na mapie, nie było w terenie. W końcu znowu przyszło nam pchać rowery przez łąkę z trawami do piersi. Ale to było nic w porównaniu do błędu na kolejny punkt. Tym razem zauważyłem dodatkową drogę idącą od wieży, ale nie zdecydowałem się w nią skręcić. I znowu drogi, którymi chcieliśmy jechać kompletnie się nie zgadzały. Kluczyliśmy po lesie ponad 30 minut, w końcu decydując się na pchanie rowerów na azymut do asfaltu przez podmokłą łąkę a później las. Dramat jakiś… Teraz na zdjęciach satelitarnych widzę dodatkowe drogi, które powstały dla serwisanta wieży nadawczej. Szkoda, że te drogi nie były dorysowane do mapy, bo zyskać można było w naszym przypadku prawie godzinę. Co i tak nie usprawiedliwia naszej kompletnej nawigacyjnej zaćmy w tym miejscu. PK20 odbijamy wspólnie z 3 innymi zespołami. Mam ostry wkurw, więc dopinguję Franka do szybkiego odjazdu i mkniemy z prędkością grubo ponad 30km/h na następny – przedostatni punkt. Na podjeździe Franek mi trochę odjeżdża, doganiam go gdy podbija punkt i lecimy w dół. Pościg w postaci wspomnianych 3 zespołów jest około 3-4 minut za nami. Przy ostatnim punkcie znów trochę nie zgadza się mapa i przebieg szlaku, ale odnajdujemy go i fruniemy na metę. Dojeżdżamy pierwsi a pozostałe zespoły odstawiamy na 2, 10 i 14 minut :)

Ostatecznie w Rajdzie 4 Żywiołów zajmujemy 6 miejsce. Na ostatnim odcinku rowerowym, mimo ogromnych wtop, udało nam się wyprzedzić 2 zespoły, w tym Krzysia Muszyńskiego z koelgą co cieszy nas najbardziej :). Do zwycięzców straciliśmy tylko 2h, a więc byli w naszym zasięgu. Godzina była do urwania na błędach na ostatnim rowerze, a druga nam uciekła podczas naszego (a właściwie głównie mojego) kryzysu na biegu i rolkach. 2 wnioski – na rowerze nocnym trzeba wybierać jeszcze bardziej pewne warianty, na etapy biegowe przy takiej żarówie należy zakładać czapkę i chłodzić głowę wodą jak tylko się da.

Rajd 4 Żywiołów to kolejna impreza, na którą będziemy wracać. Super tereny, ciekawe zadania specjalne i dość trudna nawigacyjnie trasa – czego chcieć więcej? Może etapu BnO :D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.

*

Możesz użyć tych znaczników i atrybutów HTMLa: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>