«

»

Konwalie (x10) w Gliwicach

Dzień 1 by Tomasz 

Rajd miejski Gliwice 360 w swojej czwartej odsłonie odbył się w dniach 11-12.05.2013. Reprezentację Rajdu Konwalii stanowiło pięć dwuosobowych teamów, część starych wyjadaczy, część zupełnie zielonych- czyli my Yeah!ane GrubASY- Gustaw i Tomek, oficjalnie także jako rajd konwalii.pl. Wyjazd w piątek w deszczowej aurze i prognozy pogody nie zostawiały nadziei, będzie zimno i mokro. Ale co tam pogoda, Patela z czterema rowerami na dachu dziarsko tnie 140km/h. Nocleg w szkolnej klasie, ale- chwała bohaterom!- pierwsi w szkole zdobywają materace gimnastyczne, więc źle nie będzie. Mamy i drugi sukces, rozbrojona przez Władka szafka elektryczna, cyk- jest prąd w gniazdkach. Franek może podłączyć laptopa i puszczać ulubione kawałki Gustawa. Zasypiamy i budzimy się przy akompaniamencie deszczu. Spanie do oporu, pobudka w klimatach męskiego kołchozu, zakupy, przygotowania do biegu, odprawa techniczna, rady bardziej doświadczonych i ruszamy busem na Rynek Główny.

Pierwszy dzień Rajdu to bieg na ok. 25 km ze startu wspólnego, 12 PK zaliczanych w systemie scorelauf. Najpierw pamiątkowa fota na tle ściany gliwickiego ratusza, Marek i Damian prężą bicepsy przed fotoreporterami, a nadmuchana brama startowa już czeka. Rozdanie map na 3 min przez startem i zaczęło się. W teamie mam Gustawa, w nogach ma więcej Bno, niech nawiguje, co mi tam- w razie wtopy będzie na niego. START!  Ruszamy na ten sam PK co Ada i Władek, dobrze- znaczy, że wariant który wybraliśmy jest właściwy. Trochę ciężko utrzymać tempo starych wyjadaczy. Pada. Pierwszy przebieg do Muzeum Techniki Sanitarnej (7PK) długi, ale łatwy. Zadanie- trzy buteleczki z pipetami, wybiera się jedną z nich, papierek lakmusowy do dyspozycji i trzeba podać jaki to roztwór- kwasowy/zasadowy/obojętny, na szczęście sprawę ułatwia wierszyk obok butelek, przypominający jak to powinno być z tymi kolorami. Tuż obok zadanie towarzyszące- tor a la kręgle, piłeczką trzeba zbić choć jedną butelkę, więc Gustaw w parę sekund załatwia sprawę. Długie wycofanie tą samą drogą i wkurzenie od samego początku, bo widzimy jak w niedozwolonym miejscu przez płot tnie inny zespół. Sami lecąc po rurach ciepłowniczych przedostajemy się przez rzeką i biegiem dalej. Ada i Władek w zasięgu wzroku, więc morale rosną! Przestaje padać. Zadanie numer 2 na kortach tenisowych (1PK) aspiruje do miana najgłupszego w dziejach. Niby proste, pod wiatą wysoką na 3m, rozstawiona siatka do tenisa, a za nią na ziemi wyrysowany prostokąt o wymiarach 2x1m, rakieta w dłoń i trzeba w prostokąt trafić piłką. Tyle tylko, że sędzia tak tłumaczy zadanie, że wychodzi na to, iż team ma próbować do skutku. A tu lipa- okazuję się, że każdy może uderzyć raz, po czym… zadanie niezaliczone i 1 godzina doliczona! W ten sposób sporo zespołów łapie irracjonalną karę. My mamy mnóstwo szczęścia, bo po eleganckim przypierniczeniu w sufit przez Gustawa, mnie, który trzyma rakietą pierwszy raz w życiu, jakoś się udaje! I, nie do wiary, wyprzedzamy Władka i Ada. Po chwili jest mniej wesoło- na wspólnych biegach z Gustawem traciliśmy już kluczyki samochodowe, przyszedł czas i na kartę startową. Zostawiona na kortach, wymagała czasochłonnego powrotu, gdy mijał nas Władek z Adą słyszałem wręcz chóralne BUAHAHAHA! i tyle ich widzieliśmy do końca dnia. Kolejny PK (12) wymaga tylko podbicia i biegniemy dalej do parku (5PK), gdzie czeka nas kolejna, niewyszukana tym razem próba- na parkowym urządzeniu do ćwiczeń do zrobienia jest 10 podciągnięć nóg do prostego kąta z tułowiem- Gustaw atleta nie pozostawia złudzeń kto tu rządzi i lecimy dalej. Po krótkim biegu w Zespole Szkół Samochodowych (8PK) zakłada się gogle symulujące parę promili we krwi, w których trzeba przejść prostą linię wyrysowaną na ziemi i usiąść do atrapy samochodu. I znów Gustaw, czujący się widać jak ryba w w(ó)dzie załatwia sprawę.  Raz-dwa i znów w drodze. Tym razem w Centrum Kultury Studenckiej (6PK) coś dla szarych komórek- piramida, w którą wpisanych jest kilka cyfr- należy znaleźć wzór, który pozwoli wpisać te brakujące. I tak mija 10 min, nic nie przychodzi do głowy, na szczęście przysługuje nam jedna podpowiedź, po której udaję się w bólach rozwiązać zadanie i możemy ruszać dalej. Następny PK (4)- zjazd na linie z pierwszego piętra Urzędu Miejskiego. Wysokość niewielka, więc Gustaw szybko spada i jest po sprawie. Im dalej tym ciekawiej, bo oto gliwicka palmiarnia (2PK) i do spisania po jednym mieszkającym w niej gadzie, płazie, ptaku, ssaku i rybie. W tym miejscu dziękuję mojej pani od biologii i jej zamiłowaniu do aksalotlów. Wypadamy z palmiarni jak dziki. Na trasie zostały nam już tylko PK do podbicia ale bez zadań. Ten przy starym cmentarzu żydowskim (3PK) jest bezproblemowy. Już mamy ciąć przez tory kolejowe do następnego, gdy przez megafon odzywa się wkurzony głos zawiadowcy „Nie przebiegać przez tory!”, no dobra, niech mu będzie. Docieramy pod hotel (11PK) i dalej do parku (9PK), gdzie przez kiepsko wyrysowaną mapą wcale super łatwo nie jest. Potem już tylko ostatkiem sił, ciągnąc się i pchając wzajemnie, gnamy pod kościół (10PK) i strzała na metę. A na mecie naleśniki!

Ci co na Gliwicach 360 byli w poprzednich latach trochę kręcili nosem, że zadania średnie i mało porywające, że bywały lepsze. W klasyfikacji po pierwszym dniu jest dobrze, choć fermentu narobiły kary czasowe, szczególnie za feralne zadanie na kortach. Czas na regenerację, bo jutro będzie jeszcze dalej, trudniej, dłużej. Ada maltretuje Gustawa, reszta leczy się chmielem, technicy składają rowery. Oj będzie się działo.

Dzień 2 by Gustaw

Jak każdy statystyczny Polak niedziele rozpoczęliśmy o 6:30. Przed nami etap rowerowo, biegowo, kajakowo rolkowy czyli wielka niewiadoma dla nas- debiutantów. Tomasz, znany ze zdrowego żywienia, przygotował bogate w substancje odżywcze śniadanie(czyt. Parówka i chleb z serem). Razem jako przykładny team uzupełniliśmy obowiązkowe wyposażenie, wsiedliśmy na nasze pożyczone rowery i wraz z całą ekipa pomknęliśmy na start pod Radiostacją Gliwicką. Aura podobnie jak w sobotę przywitała nas rześkim, wilgotnym powietrzem. Po tradycyjnym grupowym zdjęciu padło hasło: mapy! Celem znokautowania sędziów i wydarcia im upragnionych map udaliśmy się  pod namiot organizatorów. Dzięki sobotnim doświadczeniom pamiętaliśmy o zabraniu folii na mapy co ułatwiło nam znacząco nawigację.

Szybko obraliśmy strategię i nie wiadomo kiedy wystartowaliśmy! Mocno nacisnęliśmy na pedały pędząc na pierwszy punkt jakby nie zdając sobie sprawy, że przed nami ponad 90km ciężkiej rywalizacji. Czułem się trochę jak na Tour de France jadąc w liczącym ponad 160 osób peletonie. Otwierające 5km gliwickimi ulicami prowadziło nas do pierwszego etapu biegu na orientację na Osiedlu Gwardii Ludowej. Rzuciliśmy rowery, mapa w rękę i co sił na 1PK. Szybko wybraliśmy korzystny wariant (trasa scorelauf) i przedzierając się przez blokowiska bez większych problemów zaliczyliśmy wszystkie PK. Zadowoleni z siebie przesiedliśmy się na rowery w czołówce razem z Władkiem i Adą. Po kilometrze zameldowaliśmy się na PK 2 gdzie czekał nas rowerowy downhill. Błotnisty zjazd przełajowy mimo cienkich szosowych opon Tomka wykonaliśmy błyskawicznie i wróciliśmy na asfaltowe szosy. W drodze na kolejne zadanie w centrum Gliwic siedliśmy na koło Frankowi i Pateli. Po małym błędzie rzuciliśmy rowery pod ruinami teatru wbiegając do środka. Zadanie specjalne wymagało umiejętności aktorskich. Na zasadzie kalambur należało odgadnąć tytuł sztuki teatralnej. Z pozoru prosta sprawa sprawiła mi dużo kłopotu. Mimo ze Tomek zagrał rolę życia nie udało mi się odgadnąć „Poskromienia złośnicy”. Drugie hasło wydawało się jeszcze bardziej beznadziejne. Tomek dwoił się i troił a ja czułem się jak niedorozwinięty nie mogąc wpaść na rozwiązanie. W ostatniej minucie chyba zadziałała adrenalina, doznałem oświecenia- „Tramwaj zwany pożądaniem”. Wsiadając z powrotem na rowery postanowiliśmy nie poruszać więcej tematu aby nie psuć atmosfery w drużynie. W tym momencie mieliśmy kilka minut straty co okazało się ważne przed odcinkiem kajakowym w gliwickiej marinie. Straciliśmy kilkanaście minut w kolejce po kajak. Jednak nie to było najgorsze. Odcinek kajakowy, na który po cichu liczyliśmy okazał się naszą zmorą. Nie wiedzieć czemu nasz kajak upodobał sobie skręcanie w lewo i chociaż z całych sił kontrowaliśmy wiosłami nie było możliwości utrzymania go w prostej linii. Nie poddając się podbiliśmy 1PK na wodzie i dalej morderczo katowaliśmy lewą część ciała. Cierpliwość się wyczerpywała i padło kilka niecenzuralnych słów typu: motyla noga, do diaska itp. W mękach dobiliśmy do przystani. Zrzuciliśmy z siebie kapoki, szybki rzut oka na mapę i dość bezbłędnie dotarliśmy na PK5. Tam otrzymaliśmy mapę korytarzową do jazdy na orientację, na której ukryte miały być 2 zadania specjalne. Pierwszy odcinek przełajowy rowerami nie zaczął się zbyt dobrze. Czytając mapę trzymałem kierownicę jedną ręką co skończyło się wywrotką. Niestety nie tylko moją. Przewróciłem się prosto pod koła Tomka, który wykonał niesamowitą akrobację przelatując z rowerem nade mną. Szkoda, że nie mieliśmy włączonej kamerki. Mocno poobijani dotarliśmy do OS1 czyli zadania linowego. Przyszło nam poczekać ok. 20 min w kolejce obserwując zmagania innych zawodników. Tomek podjął się przejścia mostu linowego w czasie kiedy ja próbowałem odnaleźć nas na mapie. Udało mu się pokonać zadanie bezproblemowo. Niestety nie można tego samego powiedzieć o mnie. Mapa korytarzowa mnie przerosła, do teraz nie wiem dlaczego. Nastąpiło zaćmienie umysłu i zrezygnowany oddałem prowadzenie Tomkowi. Poddenerwowani straciliśmy tam prawie godzinę i jak się później okazało miejsce w ścisłej czołówce. Po męczarniach znaleźliśmy OS2 i wyjeżdżając na asfalt w większej grupie pojechaliśmy w stronę PK6 czyli biegu na orientację. Kiedy odbieraliśmy mapy Władek z Adą już kończyli bieg co trochę nas zdemotywowało. Pożywiliśmy się żelem energetycznym i biegiem na trasę. Punkty odnajdowaliśmy bez problemu. Niestety poruszanie między nimi graniczyło z cudem. Pokrzywy po pas, błoto po kolana i gęste zarośla- z takimi przeciwnościami zmagaliśmy się na przebiegach. Troszkę się ubrudziliśmy. Na szczęście trasa była technicznie dość prosta i udało nam się wyprzedzić kilka zespołów.  Ciężko było znów wsiąść na rower. Przemoczone rzeczy i zmęczone mięśnie dawały się trochę we znaki. PK 7 i 8 bez większych problemów szybko sunęliśmy po asfalcie. Jak się później okazało na PK9 najkorzystniejsze było wyjechanie za mapę. My wybraliśmy jednak inny wariant, prowadzący w większej części po drogach gruntowych. Najmocniej odczuł to Tomek nie posiadający amortyzatora. Zaliczyliśmy PK9 i na kolejne zadanie pędziliśmy już po utwardzonej jezdni. PK 10 przywitało nas zadaniem na strzelnicy. Strzałem w środek głowy Tomek potwierdził, że lubi zabijać. Wiedzieliśmy już, że przed nami najgorsze- rolki. Był to w zasadzie nasz 2 raz na rolkach. Na szczęście nie wiało a asfalt był równy jak stół. Z czasem zaczęliśmy przyspieszać i te 8km wzdłuż autostrady okazały się nawet miłą odskocznią od roweru. Ściągnęliśmy rolki i trzeba było znów włożyć przemoczone buty. Zaczynało mi dość mocno doskwierać kolano. Tomasz jako lekarz zezwolił na kontynuację jazdy a przejazd z górki na PK14 pozwolił nam trochę odpocząć. Kolejne zadanie tzw. Zorbing. Wskoczyłem do gumowej piłki i biegając jak szczurek w środku współpracowałem z pchającym kulę Tomkiem. Na odjeździe z PK14 Tomkowi puściły hamulce. W rowerze. Ostatnie 10km pokonał zatrzymując się nogami jak Fred Flinston za co wielki szacunek. Nie wiedzieć skąd wstąpiły w nas ukryte wcześniej siły i zaczęliśmy odjeżdżać goniącym nas zespołom. Jeszcze tylko prosty PK15 i przejazd do mety. Niestety przez moją zmęczona głowę nadrobiliśmy 500m jadąc naokoło. Ostatni podjazd odczuwalnie był podobny do górskiej przełęczy gdzieś w wysokich Alpach. Z daleka wyłaniała się Radiostacja. Udało się!!! Razem pokonaliśmy linię mety i nie interesując się wynikami udaliśmy się po makaron. Smakował wyśmienicie i jak na grubasów przystało zjedliśmy sporo.  Liczyliśmy na około 18-20 miejsce wiedząc, że rowery nie były naszą mocną stroną. Dość mocno dziwiło nas wyczytywanie na dekoracji zespołów przed nami. Okazało się ze utrzymaliśmy 9 miejsce co było dla nas wielkim zaskoczeniem! Gdyby nie te błędy w korytarzu w lesie…

Po raz pierwszy wystartowaliśmy w rajdzie przygodowym. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że również nie po raz ostatni. Cieszę się, że na debiut wybraliśmy właśnie Gliwice. Pokłony dla Team 360 za świetną organizację, ciekawe zadania i atmosferę sportowego święta, która spowodowała, że za rok staniemy znowu na starcie na gliwickim rynku. Mam nadzieję, że już jako bardziej doświadczeni rajdowcy namieszamy trochę w stawce.

Dziękujemy całej ekipie Rajdu Konwalii za wsparcie techniczne( Frankowi znanej postaci medialnej czyli „Q”) oraz mentalne, które pozwoliło nam na osiągnąć zadowalający wynik. Gratulacje dla Pateli i Franka za 3 miejsce w kat M. -Mocni jak świnie. Władek z Ada nawet z godzinną karą za tenisa również zdobyli podium w MIXie. Trzeba również docenić Marka i Damiana, którzy gdyby nie kary wypadliby zdecydowanie najlepiej z całej ekipy. Skład uzupełniali Maciej i Jacek, którzy pechowo pod koniec etapu zgubili kartę startową.

Do zobaczenia za rok!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.

*

Możesz użyć tych znaczników i atrybutów HTMLa: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>