«

»

Wertepy 2013 okiem Ady

W miniony weekend w Nekli odbyły się Wertepy 2013, w którym wystartowałam razem z Frankiem, Władkiem i Mateuszem na trasie Masters liczącej ok. 150km. Był to mój pierwszy taki rajd, tak, więc stres towarzyszył mi już kilka dni wcześniej, tym bardziej, że jeszcze od razu tak długa trasa. Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać; przed rajdem, nasuwało mi się wiele pytań, na które nie znałam odpowiedzi tzn. czy organizm to wytrzyma, jak rozłożyć siły, co jeść, jak się ubrać, czy dam radę na rolkach, rowerze … Z jednej strony byłam zielona i zestresowana, a z drugiej ciekawa i podekscytowana.

Do rajdów trzeba było mnie namawiać, aż rok, ale przede wszystkim wynikało to z tego, iż nie miałam dobrego roweru i dopiero w tym roku podjęłam decyzję o kupnie i mogę już powiedzieć, że jestem bardzo z niego zadowolona :) Przygotowania do rajdu, głównie, jeżeli chodzi o rower i rolki były praktycznie żadne ( w moim przypadku raz na rolkach i dwa razy na rowerze), ponieważ wszystko pokrzyżowała długa zima, która nie chciała odpuścić i śnieg leżał jeszcze na początku kwietnia.

Dla mnie bezpośrednie przygotowania rozpoczęły się w czwartek – wizytą w Decathlonie, gdzie dokonałam ostatnich zakupów plecak-bukłak, żelki, batoniki, napoje, tak, aby nie zabrakło energii nawet na chwilę J Wszyscy spotkaliśmy się w piątek w pociągu, w bazie rajdu byliśmy po 20, o 22 odprawa, na której Remik przekazał nam kilka wskazówek i później ostateczne przygotowania – rozplanowanie przepaków, pakowanie wszystkich wymaganych rzeczy i jazda na start. Na rynku zdjęcia każdej ekipy, rozdanie map i punkt 00:00 wystartowaliśmy, rozpoczynając naszą długa walkę z sobą, swoimi słabościami i przeciwnikami. Pierwszy odcinek ok.35km mieliśmy przejechać na rowerze, niby niedużo, jednak problem zaczął się, gdy wjechaliśmy do lasu, ilość błota nas lekko przeraziła, trzeba było bardzo uważać i mocno pedałować – dość ciężki odcinek, odczuwalnie dłuższy. Po drodze przeżyliśmy niespodziewane spotkanie z łosiami, które Władek pewnie zapamięta do końca życia – był to szok, konsternacja, nie wiedziałam, co robić i stałam jak wryta, widząc jak jeden z nich przeskakuje nad głową Władka, chacząc kopytem o kask – wtedy żałowałam, że nie mam w ręce aparatu. Sytuacja może i śmieszna, ale na szczęście zakończona dużym szczęściem, wolę nie myśleć, co by się stało, gdyby łoś nie podskoczył. Nie wiem ile czasu zajął nam I etap, ale na I przepaku było dość sporo ekip, zmiana butów, skarpetek, baton i ruszyliśmy dalej na etap trekkingowy ok. 12km. Trasa nie była trudna, pokonaliśmy ją spokojnie bez większych problemów, starając się cały czas biec; z powrotem pojawiliśmy się już, gdy było jasno, jak się okazało na drugim miejscu, ku naszemu zdziwieniu. Po raz kolejny chwila oddechu, łyk coca-coli, rolki na plecy i bieg dalej na etap rolkowo-trekingowy. Pogoda dopisywała, było ciepło i jak na razie sił też nie brakowało. Zaczęliśmy od biegu uciekając tym, którzy nas gonili, ale po 2pkt już założyliśmy rolki, jechaliśmy drogą wzdłuż drogi ekspresowej i było całkiem dobrze z powrotem trochę gorzej, bo pod wiatr i Mateusz trochę mnie ciągnął, żeby było szybciej, ponieważ  jedna drużyna niestety już nas minęła, a druga doganiała. Później asfalt nie był już taki ładny, wręcz tragiczny, jazda była raczej męczarnią niż przyjemnością, ale jakoś jechaliśmy. Po kolejnych 3pkt stwierdziliśmy, że na kolejny zdejmujemy rolki i biegniemy pokonując tym samym o połowę krótszą trasę- jak się później okazało, był to dobry wybór, bo minęliśmy i zostawiliśmy rywali z tyłu. Na kolejny etap tzn. Bieg na Orientację na mapie Promno dotarliśmy razem z Zuzią i Łukaszem z trasy Profi, jednak rozdzieliliśmy się i ukończyliśmy pół godziny wcześniej od nich, całość ok. 8km zajęła nam 1:35. Dalej zostało nam tylko 6km biegu do kolejnego etapu, jakim był kajak, powoli tuptaliśmy, aż ujrzeliśmy most i upragniony od dłuższego czasu odpoczynek przede wszystkim dla nóg. Każdy spragniony był przygotowanej wcześniej kanapki, ja dodatkowo czystej wody, a Mateusz coca-coli J Na nasze szczęście kajak był skrócony, tylko 3pkt około 3km, jednak z jednym pkt. mieliśmy małe problemy, gdyż trzeba było płynąć między szuwarami dość długo i myśleliśmy, iż pkt. ominęliśmy, jak się okazało był jeszcze dalej. Po kajaku czekał nas kolejny etap rolkowo-trekingowy, który przywitał nas deszczem. Większość tego odcinka pokonaliśmy na rolkach, jednak po raz kolejny asfalt był tragiczny podziurawiony jak ser i jazda po nim była udręką, do tego większość trasy pod górkę. Wiedzieliśmy, że jesteśmy już bliżej końca niż początku i że nadal utrzymujemy się na 2 miejscu, dlatego wszystkie odcinki piesze staraliśmy się biec (wolno, bo wolno, ale zawsze szybciej niż marszem). Mnie kryzys psychiczny dopadł na ostatnim odcinku rolkowym, gdzie w sumie wiedziałam, że na końcu będę mogła zdjąć ostatecznie rolki, jednak rozpętała się burza, wiał silny wiatr, a chłopacy pojechali do przodu i zostałam sama, czułam, że jadę w miejscu i myślałam, że nie dojadę do tego celu. Na szczęście po zdjęciu rolek i kilku pierwszych metrach trekkingu wszystko wróciło do normy. Dobiegając do upragnionej ostatniej już strefy zmian, wiedzieliśmy, że nie będzie można popełnić błędów, ( ponieważ, nie wiedzieliśmy ile mamy przewagi nad rywalami) i nie będzie łatwo, wiedząc jak wygląda w lesie,. Zmęczenie już trochę dawało się we znaki, dlatego trochę obawiałam się, czy dam radę mocno kręcić pedałami, na cudownym błotku. Jednak nie było najgorzej, ruszyliśmy sprawnie i szybko, aby nie tracić cennego czasu i dodatkowo przekazano nam, że dwa pkt. opuszczamy i to te w lesie – ta wiadomość dała nam dodatkowy wiatr w żagle. Praktycznie już na początku po raz kolejny spotkaliśmy Zuzę z Łukaszem i tak trzymaliśmy się do końca, wzajemnie sobie pomagając. Przeprawy przez ścieżki leśne były ciężkie, ale pomału dawaliśmy radę. Mieliśmy nadzieje, iż pozostali też już nie mają tyle sił, co my i nas nie dogonią. Powoli czuliśmy smak zwycięstwa, choć droga jeszcze nie była taka bliska. Przystopował nas jeden pkt., którego nie mogliśmy znaleźć, był blisko pola, dlatego z uwagą rozglądaliśmy się, czy kogoś nie ma na horyzoncie. W pewnej chwili pojawił się zespól, który cały czas dreptał nam po pietach. Powiedzieliśmy ze nie mamy pkt., wiedząc, ze chłopacy znaleźli, wzięliśmy rowery i ruszyliśmy

szybko dalej, zdając sobie sprawę, że są już blisko. Na kolejnym pkt czekało zadanie specjalne tzn. przeprawa linowa. Tempo mieliśmy ekspresowe, pierwszy przeciągnął się Władek, później 2 rowery, dalej Franek, Mateusz, kolejne rowery i na końcu ja. Każdy chyba poczuł dodatkową adrenalinę i energię, ponieważ pedałowaliśmy ile sił w nogach. Został nam już tylko jeden odcinek po lesie, a potem już tylko asfalt (raj). Na ostatnim pkt czekało zadanie niespodzianka, a mianowicie ergonometry i traska na orientacje po parku. Każdy musiał przejechać 1km na najwyższym obciążeniu, średnio zajmowało to 4-5min. Gdy kończyliśmy nadjechał zespół, który widzieliśmy wcześniej; wtedy byliśmy już spokojni, że mamy 2 miejsce. Na koniec scorelauf po parku, razem z Władkiem podbijaliśmy wszystkie pkt i dalej czekała już tylko meta. Rajd ukończyliśmy o godz. 19.39 z wielką radością, że udało nam się tego dokonać i to na tak dobrym miejscu. Zmęczenie było już mocno odczuwalne, ale już nic nie przeszkadzało, ani odciski na piętach, ani brudne rzeczy, brudny rower, liczyło się tylko to, że dałam radę przetrwać do końca tak długi i wyczerpujący rajd. Mogę powiedzieć, że jestem z siebie dumna i z niecierpliwieniem czekam na kolejne rajdy.

Dziękuję bardzo chłopakom za to, że mnie namówili na start, za pomoc w trakcie rajdu, za niesamowite przeżycia, wspaniałą zabawę i mam nadzieję, że w jakimś stopniu spełniłam wasze oczekiwania.

Zdjęcia ze strony organizatora.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.

*

Możesz użyć tych znaczników i atrybutów HTMLa: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>