«

»

Nocna Masakra

Nocna Masakra jak co roku kończyła cykl zawodów o Puchar Polski w Pieszych Maratonach na Orientację. W klasyfikacji generalnej przed tymi zawodami Władek był 5, a ja zajmowałem 14 miejsce. Obydwoje niestety nie mieliśmy już szans na podium, nawet w przypadku zwycięstwa w tych zawodach, ale postanowiliśmy jechać, aby powalczyć chociaż o czołową „6”. Niestety tuż przed zawodami Władziu się rozchorował, a ja zostałem na tzw. lodzie. Szybka obczajka listy startowej, telefon do Łukasza Grabowskiego i mam transport. Na 3 dni przed zawodami wyszedłem jeszcze na ostatni trening (czwarty w ciągu ostatnich 3 tygodni) i tyłek zmarzł mi niesamowicie, ale na szczęście na weekend zapowiadane było ocieplenie. Wyjechaliśmy w sobotę rano i podczas podróży dogadałem się z Łukaszem i jego kolegą Michałem Waszakiem, że mnie przygarną i pobiegniemy w trójkę. Po drodze wszamałem jeszcze 2 hot-dogi w wersji XXL na stacji Orlen (nie znaleźliśmy żadnego McDonalda :( ). Co do drogi to mimo, że pogoda była najgorsza z możliwych – około zera i padający deszcz – to obyło się bez problemów i koło 14 zajechaliśmy na miejsce. Do startu zostało jeszcze 2h i ten czas swoimi opowieściami umilał nam znany i lubiany Tomasz Banach.

(Drogi czytelniku :) od tego momentu, aby relacja była choć trochę ciekawa, należy otworzyć sobie mapę z naszym przebiegiem znajdującą się na końcu tego wpisu)

Po otrzymaniu map zdecydowaliśmy się zacząć od PK8, problemem było tylko kiedy zaliczyć PK10 znajdujący się na środku mapy. Ostatecznie stwierdziliśmy, że biegniemy po niego między PK7 i PK2. Ruszyliśmy w 7 osób: Łukasz, Michał, Tomek Banach, szwagier Tomka, Kuba Runowski, Maciej Kłosowicz i ja. Tuż przed „ósemką” odbiliśmy z Łukaszem i Michałem wcześniej przez pole, ale na punkcie i tak byliśmy razem (16:32). Niestety śniegu na polach było po pół łydki co skutecznie spowalniało i powodowało, że warianty „na szagę” były często nieopłacalne. Na PK3 chłopaki wybrali inny wariant i zostaliśmy w trójkę z Łukaszem i Michałem. Biegliśmy na trójeczkę czujnie, uważnie licząc drogi, a naszym śladem podążał tajemniczy Don Pedro (Karramba!) szpieg z krainy deszczowców – Stanisław Adam Olbryś, który od tego momentu, aż do końca trasy biegł około 50 m za nami. Tuż przed punktem zniknęła nam przecinka, którą chcieliśmy do niego dobiec, ale jakoś trafiliśmy (17:01). Wariant na PK5 byłby całkiem dobry, gdyby nie zalegający na polu śnieg, dodatkowo na polu wyrósł nam płot, i obiegając go nadrobiliśmy pewnie z 300m w śniegu po pół łydki. Przy samym punkcie (góreczka w lesie pełnym góreczek) nie zawiódł mnie nos i trafiliśmy właściwie od razu. Brak śladów  – czyli, że jesteśmy tu pierwsi. (17:56). Wariant na kolejny punkt – przez rzeczkę, do asfaltu, a potem torami do punktu. Rzeczka wyglądała dość strasznie, ale ostatecznie udało nam się ją przeskoczyć (Łukasz i Michał) lub przejść po zwalonym, oblodzonym drzewie (ja). Po wybiegnięciu na asfalt poczuliśmy się jak na księżycu, jakby ktoś wyłączył grawitację – nagle znowu można normalnie biec. Tory, którymi chcieliśmy dojść na punkt były zarośnięte, ale i tak był to jedyny wariant. PK6 zaliczamy o 18:37. Na jedynkę postanawiam biec od lewej strony – asfaltem. Łukasz próbuje mnie przez moment przekonać, że od prawej jest bliżej, ale mój argument o łatwiejszym „wejściu” na punkt wygrywa. Na asfalcie minęliśmy się z kilkoma”setkowiczami” i od tego momentu do wszystkich punktów prowadziła już wydeptana ściecha. PK1 znajdujemy o 19:24 i według zegarka mamy prawie połowę trasy. Tutaj zaskoczył nas trochę pan SAO, bo wyprzedził nas i chyba chciał pobiec po swojemu, jednak po chwili zawrócił i znowu zajął swoje miejsce 50m za naszymi plecami.   Na PK9 przeszliśmy prawie w całości na azymut. najpierw na szagę przez las, potem kawałek ścieżką, potem na szagę przez pole i od pewnego momentu złapaliśmy wydeptaną ściechę prosto na punkt (19:57). Na PK4 wybraliśmy wariant drogą od wschodu. Na początek zbiegliśmy z góry, potem kawałek drogą, na azymut, przez rzekę (tym razem wszyscy skakali) do kolejnej drogi idącej tuż przy granicy mapy. I tą drogą około 3km do punktu. Tutaj pierwszy raz przydał się zegarek mierzący odległość, dzięki czemu nie przegapiliśmy zejścia z drogi na punkt – tradycyjnie na sam punkt prowadziła pięknie wydeptana w śniegu ścieżka (20:53). Pan SAO odezwał się po raz pierwszy (poza „pożyczycie długopis”) i zaproponował bieg na PK10, my oznajmiliśmy, że teraz biegniemy na „siódemkę”. Niestety dał się przekonać i zajął swoje miejsce w ostatnim wagoniku w naszym tramwaju. Na PK7 scenariusz podobny – droga, przez rzekę (skaczemy), droga. Znowu postanowiłem użyć zegarka i gdy intuicja i zegarek mówiły, że należy pobiec jeszcze 150m z drogi odbijały ślady. Do tej pory nas nie zawiodły, więc i tym razem skorzystaliśmy. Niestety trafiliśmy nie w ten jar co trzeba (150m za wcześnie :) ), doszliśmy do pola, ja pobiegłem jeszcze sprawdzić czy, aby na pewno nie przegapiliśmy gdzieś po drodze punktu, a chłopaki poszli zwiedzać sąsiadujący jar. Gdy do nich dołączyłem już byli po odbiciu PK7 (21:37). Na PK10 najpierw wydeptaną ściechą przez pola dobiliśmy do asfaltu, na którym to zaczepiły nas dziewczyny jadące na imprezę. Chwilę nawet z nami podbiegły :), ale jak się dowiedziały ile nam jeszcze kilometrów zostało to się zniechęciły. Pk10 odbijamy o 22:21. Na dwójeczkę postanowiliśmy dobiec drogą dookoła – nadrabiając około 500m, bo tory, które prowadziły na punkt były strasznie zarośnięte. Tempo jak na ten etap trasy mieliśmy całkiem przyzwoite – 6’30″/km. Do dwójki, czyli naszego ostatniego punktu na trasie, dobiegamy o 23:09. Pan SAO koniecznie chce przepływać rzekę Regę lub przejść na drugą stronę po sypiącym się moście kolejowym. Po raz kolejny swój pomysł zmienia i ustawia się za naszymi plecami. Mobilizuję chłopaków do finiszu, do mety zostało 2,5km. Biegnę z przodu nadając tempo, za sobą słyszę kroki, odwracam się a to Pan SAO, chłopaki zostali 100m z tyłu. Przechodzę do marszu, na szczęście pan SAO też. Chłopaki nas doganiają i na metę wpadamy razem o 23.31 z czasem 7h31. Okazuje się, że zajęliśmy 1 miejsce :) wygrywając z kolejnym zawodnikiem o 1h41min

Do klasyfikacji generalnej zdobyłem 50 punktów co da mi 4 miejsce, w ten sposób zepchnąłem Władzia na 6 miejsce. Szkoda, że nie ma jeszcze jednej imprezy w tym sezonie, bo można by zawalczyć o pudło.

Przyszły sezon PMnO rozpoczną najprawdopodobniej nasze „Śnieżne Konwalie”, na które już teraz serdecznie zapraszam - http://rajdkonwalii.pl/zima

Mapa z naszym przebiegiem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.

*

Możesz użyć tych znaczników i atrybutów HTMLa: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>