«

»

Na Szagę w Trzcielu

Po prawie 3 miesiącach przerwy wystartowałem w kolejnym maratonie na orientację na 50 km. W międzyczasie odbyło się 10 imprez z cyklu PMnO i z dobrego miejsca w okolicach pierwszej dziesiątki zajmowanego po Harpaganie spadłem na odległą 35 lokatę w klasyfikacji. Na zawody w Trzcielu zgłosił się również Władek, który po startach „na doczepkę” jako Lampion Jeziorki czy Studenciaki, w końcu uznał, że jego serce ma kształt konwalii i wystartował pod naszym szyldem (podobno koszulki z jego nazwiskiem w sklepiku klubowym idą jak ciepłe bułeczki :P ). Po niezbyt silnie obstawionych ostatnich kliku zawodach z cyklu PMnO na „Szagę” zjechało wiele osób z tak zwanej czołówki. Bogdan Rycerski, Mariusz Plesiński, Piotr Karolczak, Robert Zabel, Tomasz Banach, każdy z nich na płaskim maratonie wygrałby ze mną o co najmniej godzinę… Do tego dobrzy nawigatorzy spod Warszawy – małżeństwo Wanat. Walka zapowiadała się ciekawie.

Wystartowaliśmy z Władkiem spokojnie puszczając czołówkę przodem i już na pierwszy punkt popełnili oni błąd nie zauważając odbicia w lewo, a potem torów, które nota bene w międzyczaise zniknęły i został po nich tylko zarośnięty nasyp. Podbiliśmy jedyneczkę i polecieliśmy dalej. Na drugi PK wybraliśmy wariant torami (których nie było). Po nasypie biegło się ciężko i chyba do końca nie czułem jeszcze skali mapy, bo w pewnym momencie zwątpiłem i stanąłem na chwilę myśląc, że jesteśmy już za daleko. Ta chwila zawahania kosztowała nas może minutę i zostaliśmy dogonieni przez kilku zawodników. W drodze na trójeczkę złapaliśmy przecinkę, której nie było na mapie, ale biegła idealnie w naszym kierunku, a nas złapał Tomak Banach i troche pozabawiał nas rozmową. Przecineczka wyprowadziła nas idealnie na mostek przed trójką i tam spiknęliśmy się z czołówką: Piotr Karolczak, Bohdan Rycerski, Mariusz Plesiński. Tomek Banach podłączył się do nich i pognali do przodu na oko półtora raza szybciej od nas. Mój autorski wariant na PK4 okazał się być nie do końca trafiony, co prawda zaoszczędziliśmy ok. 800m, ale polana przez którą musieliśmy przebiec 500m okazała się być podmokłym polem pokrzyw po pas przeplatanych ostem. Bieg przez takie coś w krótkich spodenkach nie należy do tych rzeczy, które polecałbym przyjaciołom. Przed samym punktem spotkaliśmy panów BR i MP, razem podbiliśmy punkt a oni pognali dalej sami. Krótkie przebiegi 5-6-7 poszły nam bardzo sprawnie, trochę konsternacji na szóstce bo nie było lampionu a na drzewie wisiał tylko perferator, natomiast na siódemce wisiał sam lampion bez perferatora, więc cyknęliśmy sobie foteczkę, jako dowód, że „my tu byli”. Mimo, że mapa miała ok. 40 lat to poza torami i kilkoma mniejszymi dróżkami wszystko było na miejscu, poważniej zdziwiliśmy się tylko, gdy biegnąc na ósemkę asfaltem przez Borowy Młyn w poprzek drogi wyrósł nam płot, a uprzejmy Pan powiadomił nas, że przejść się nie da. Postanowiliśmy obiec płot i na szczęście aż tak dużo drogi nie nadłożyliśmy. Potem spokojnie przez kemping nad jeziorem Stobno i na szagę do „naszej” przecinki, która niestety po kilkudziesięciu metrach się skończyła. Dalej na szagę do kolejnej drogi, na której skrzyżowaniu z „naszą” przecinką powinien stać punkt. Ja pobiegłem w prawo, a Władek w lewo, na szczęście mój kierunek okazał się dobry i to nie ja musiałem nadkładać drogi. Sam punkt ulokowany był dość dziwnie, jakieś 50m od skrzyżowania, na którym wg mnie powinien stać. Na punkcie spotkaliśmy panów MP i PK. W drodze na PK9 trzeba było pokonać rzekę Obrę, przebieg był tak skonstruowany, że biegnąc do mostu nadkładało się ok. 3km, także prawie wszyscy wybierali wariant z braniem rzeki wpław. Dobiegliśmy z Władkiem do rzeki i próbowaliśmy zaatakować w jednym miejscu, ale po pewnym momencie się wycofalismy i uderzyliśmy obok, gdzie dojście do rzeki było łatwiejsze. W międzyczasie z trzcin wyszedł MP, który uznał, że przeprawa w trójkę jest bezpieczniejsza niż w pojedynkę. Rzeka miała jakieś 6m szerokości, a prad był całkiem wartki, sprawy nie ułatwiały też wysokie trzciny rosnące po drugiej stronie. Po kilku sekundach machania łapkami i nóżkami wygramoliłem się na drugim brzegu a tam pozarastane trzciną bagno, miejscami głębsze niż 2m i znowu trzeba było pływać, tym razem w wodzie ciut brudniejszej i bardziej śmierdzącej. Przebieg na 9PK był najdłuższym na naszej trasie i na szczęście udało się go wykonać bezbłędnie, jednak po tej chłodnej kąpieli zaczęły mnie łapać skurcze w udach, które nie odpuściły, aż do końca trasy. W drodze na PK10 moje tempo było już dość ślamazarne i widziałem, że Władek powoli zaczyna się irytować. Na jakieś 500m przed punktem minęliśmy się z Panem MP, który biegł już na przedostatni 11PK. Nasza strata w tym miejscu wynosiła jakieś 6 minut. Podbiliśmy punkt i po 300m minęliśmy pana BR, po 700m pana PK i potem jeszcze jakiegoś chłopaka. To, że mamy ogon dodało mi trochę sił, ale ciągle byłem kamieniem u nogi dla Władka, w pewnym momencie za naszymi plecami wyrósł jak spod ziemi Robiert Zabel, którego nie widzieliśmy przez całą trasę. Wydawało nam się, że biegniemy na podium, więc zwolniłem Władka z holowania mnie do mety i puściłem go razem z Robertem. Nie oddalali się w jakimś zabójczym tempie i przez cały czas miałem ich w zasięgu wzroku. Przed samym wbiegnięciem do lasu miałem może 2min straty. W lasku postanowiłem zwolnić, aby nie popełnić głupiego błędu w końcówce. Punkt wydawał mi się stać ciut za daleko, ale to może wina mojego wolnego tempa. Niestety na punkcie dogonił mnie PK, tempo biegu miał takie jakby dopiero co wystartował. Na ostatni 12PK trzeba było przebiec ok. 2km asfaltową drogą, a potem juz tylko kilometrowy finisz przez Trzciel na metę. Po wybiegnięciu na asfalt, PK już nie było widać, natomaist jakieś 100m przede mną biegła moja mama, która startowała na trasie 25kilometrowej. Dogonienie jej zajęło mi dobrą chwilę, grzecznie zapytałem o godzinę (jak na zawodowców przystało biegliśmy bez zegarka), okazało się, że jest 13.52. Kurcze… prawie 3km w 8min… nie ma szans. I znowu nie uda się zejść poniżej 5h. Ostatecznie zafiniszowałem z czasem 5h06min. Władek uciekł mi 8 minut co na 7km jest przepaścią. Niestety nie posiadam trackera GPS, ale nasz wariant licząc z mapy wyszedł nam ok. 43,5km, więc znowu udało się ładnie skrócić dystans zakładany przez budowniczego :) Niestety nie do końca wiemy, które zajęliśmy miejsca, bo podobno 2 zawodników, którzy dobiegli przed nami nie odnalazło jedenastki i kłóciło się, że źle stał. Jeśli punkt zostanie im uznany zajmiemy miejsca: Władek 4 a ja 7, natomiast jeśli nie zostanie im uznany Władek wskakuje na 2 miejsce a ja na 5.

Użyte w opisie inicjały to panowie Bogdan Rycerski (BR), Mariusz Plesiński (MP) oraz Piotr Karolczak (PK).
Mapa z naszymi przbiegami. Czyste mapy na stronie zawodów: http://szaga.fla.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.

*

Możesz użyć tych znaczników i atrybutów HTMLa: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>