«

»

Parostatkiem w piękny rejs – czyli Navigatoria AR

Tegoroczny Navigatoria Adventure Race miał być moim pierwszym startem w rajdzie przygodowym na trasie długiej. Do tej pory startowałem tylko na tzw. trasach dziecięcych i tu chciałem się sprawdzić czy dam radę wytrzymać 200km ścigania non-stop. Sam rajd zapowiadał się super, okolice trójmiasta to niemalże Mekka polskich biegaczy na orientację – super teren, super mapy. Rower w tych okolicach też zapowiadał się ciekawie, do tego kajaki po Zatoce Puckiej – jednym słowem przygoda na całego. Na rajd zgłosiłem się z Mateuszem Hoffmannem, szerzej znanym jako Patela. Mój nominalny rajdowy partner, a jednocześnie rodzony brat, Franciszek w tym czasie biegał Klubowe Mistrzostwa Polski, więc pożyczyłem od niego jego nowy wypasiony rower.
Trasa rajdu wynosiła 194km, na odprawie dowiedzieliśmy się, że po pierwszym 5km biegowym odcinku po centrum Sopotu zostaniemy przetransportowani statkiem do Helu. Niestety czas trwania podróży liczył się do limitu, który w tym momencie na całą trasę wynosił ok. 22h, lecz mimo wszystko zadanie jakie sobie postawiliśmy – ukończyć całość – wydawało się wykonalne.
Etap 1 – BnO – 5km
Rajd startował o 23.00 z sopockiego molo. Wcześniej wszystkie zespoły zostały obfotografowane i przedstawione wszystkim wieczornym, molowym spacerowiczom. Trasa w formie scorelaufu (kolejność zaliczania punktów dowolna) z odcinkiem specjalnym – trzeba było przebiec ok. 500m plażą i znaleźć ukryte tam 2 punkty. Zaczęliśmy inaczej niż większość od punktu na końcu molo, dobiegliśmy tam z jednymi z faworytów – Sabiną Giełzak i Marcinem Krasuskim, potem oni pobiegli w prawo od razu na odcinek specjalny, to my prosto na resztę trasy. Niestety punkty były dwu-wymiarowe i nie było do nich opisów, dlatego na większości z nich traciliśmy trochę czasu na znalezieniu po ciemku lampionu przyklejonego gdzieś do drzewa. murku czy bramy. W piątek o 23 na Monciaku można spotkać bardzo ciekawych ludzi, można by powiedzieć elitę tego kraju, więc kilka razu zostaliśmy zwyzywani i wyśmiani od górników, ale zdarzało się również usłyszeć coś w rodzaju dopingu. Wszystko szło gładko do ostatniego punktu przed odcinkiem na plaży. Dobiegliśmy do zakrętu strumienia, a punktu nie ma. Razem z nami kręciło się tam kilka ekip i tak przez dobrych parę minut, w końcu Patela znalazł punkt, który stał przesunięty o ok. 100m. Okazało się, że zespoły, które z nami go szukały dopiero wróciły z plaży i jest to ich pierwszy punkt z 9 na trasie. Nam została już tylko plaża, którą spokojnie zaliczyliśmy i o 23.41 ukończyliśmy pierwszy etap. Najlepsi wygrali z nami minutę.
Etap 2 – BnO – 8km
Na start drugiego etapu mieliśmy zostać przewiezieni statkiem do Helu, rejs trwał 2h, stateczkiem przyjemnie kołysało, dostaliśmy ciepłej herbatki i większość uczestników postanowiła się zdrzemnąć. Wszyscy rozbudzili się dopiero, gdy organizator rozdał mapy główne (na etap rowerowy, kajakowy, rolkowy i trekkingowy). Obmyśliliśmy z Patelą większość wariantów, podpatrzeliśmy jak planują jechać inni, mapa była wielką płachtą w formacie na oko A1, zadrukowaną z dwóch stron. Wyglądało to trochę przerażająco. Po przybiciu do brzegu zostaliśmy powitani przez burmistrza Helu i ruszyliśmy hadcicupowo na kolejny etap. My startowaliśmy jako 5 zespół, dostaliśmy mapę i ruszyliśmy ostro z kopyta. Niestety start na mapie był zaznaczony w innym miejscu, niż w rzeczywistości startowaliśmy i już na początku straciliśmy z minutę. Niestety również tutaj, mimo, że etap nazywał się bieg na orientację, mapa nie była specjalistyczną mapą do BnO tylko planem Muzeum Obrony Wybrzeża. Sam etap był całkiem spoko, polegał głównie na liczeniu ścieżek a potem szukaniu lampionów wśród bunkrów. Trochę trzeba było mieć szczęście, trochę dobre lampy (nasze Magicshine’y nadawały się do tego znakomicie). Na przebiegu na przedostatni punkt, spróbowaliśmy polecieć na azymut i wpakowaliśmy się w gęstwinę kosodrzewin. Nim się stamtąd wydostaliśmy dogoniły nas zespoły, które wcześniej wyprzedziliśmy, ale ostatecznie etap ten ukończyliśmy na 1 miejscu z zespołów, które zaliczyły wszystkie punkty :)
Etap 3 – Trekking – 20km
Nie zastanawiając się długo rozwinąłem mapę główną i ruszyliśmy na kolejny etap. Etap, który był jednym z głównych grzechów organizatora rajdu. 20km właściwie non-stop asfaltem wzdłuż Helu. Pierwszy punkt na tym etapie to wieża widokowa w Juracie. Biegliśmy spokojnie i już na samym początku wyprzedził nas Marcin z Sabiną, potem Salewa czyli Łukasz Warmuz i Maciej Mierzwa, a potem koledzy z poznańskiego Hadesu – Konrad Rochowski i Piotr Dopierała. Wydawało mi się, że wieża widokowa będzie widoczna z daleka, albo będzie na nią jakiś drogowskaz, więc nie skupiałem się na liczeniu dróg. Niestety przebiegliśmy o jedną przecznicę za daleko i musieliśmy się jakieś 200m cofnąć. Tutaj dogonił nas zespół Green Spires w składzie Łukasz Grabowski i Zuzanna Madaj, z którymi co rusz spotykaliśmy się potem na całej trasie. Na kolejny punkt mając dosyć asfaltów ścięliśmy przez las, a potem pobiegliśmy drogą wzdłuż plaży. Patela zaczął przymierać, więc zaproponowałem mu poruszanie się metodą Galla way – 5min biegu, 5 minut marszu. W ten sposób dotarliśmy do Kuźnic, gdzie czekał na nas przepak z energy drinkiem i kajaki.
Etap 4 – kajaki – 15km
Trzeba przyznać, że na kajak nam się nie spieszyło. Spokojnie ubraliśmy dodatkową bluzę, rękawiczki, wypiliśmy energy drinka, który trochę nas rozbudził i dopiero ruszyliśmy na kajak. Niestety nie udało nam się poprawnie założyć kołnierzy, ale fale nie wydawały się być wysokie. Mój pierwszy raz w kajaku z Patelą i od razu na morzu. To nie mogło się dobrze skończyć, tym bardziej, że obydwoje nie jesteśmy mistrzami kajakarstwa. Sam etap był dość monotonny, płynęliśmy wzdłuż półwyspu Helskiego, znosiło nas na lewo, w stronę zatoki, więc cała zabawa polegała na tym, żeby wiosłować właściwie tylko lewą ręką. Do pierwszego PK szło nam całkiem nieźle, potem niestety nasze lewe ręce się zmęczyły i inne teamy zaczęły nas doganiać i przeganiać. Zmieniliśmy taktykę i dawaliśmy się znosić w zatokę, a potem obracaliśmy kajak i płynęliśmy z falą. Nadrabialiśmy pewnie z 50% trasy, ale dzięki temu mogliśmy wiosłować obiema rękami i prawica też się trochę zmęczyła. Dość mocno wymoczeni dopłynęliśmy w końcu do Swarzewa, gdzie była meta tego etapu.
Etap 5 – rolki – 14km
Przebraliśmy się w suche rzeczy, uzupełniliśmy picie w bukłakach i ruszyliśmy na 2km bieg do startu etapu rolkowego. Bardzo fajna nowa ścieżka rowerowa prowadząca z Gnieżdżewa do Krokowej, roleczki jechały same. Niestety w patelowych rolkach zgubiło się jedno kółko i jego rolki nie jechały tak świetnie jak moje. Jechałem, więc za nim od czasu do czasu dodając mu prędkości pchnięciem w plecy. Po drodze zaliczyłem niegroźny upadek (w końcu trzeba nauczyć się hamować!) i koło południa dojechaliśmy do Krokowej, gdzie czekały na nas rowery.
Etap 6 – rower – 45km
Pateli mordka się trochę uśmiechnęła, bo w końcu rower to, to co teraz lubi najbardziej i w czym jest naprawdę mocny. Złapałem jego koło i ruszyliśmy, najpierw powoli jak, żółw ociężale, ale powoli się rozkręcaliśmy. Pierwszy punkt na tym etapie stał na sporej górce. Zostawiłem Patelskiego z rowerami u podnóża a sam wszedłem na górę odbić punkt. Kolejny przejazd postanowiliśmy nie ryzykować i pojechaliśmy mocnym objazdem, ale całość asfaltem. Dogoniliśmy „Zielone Iglice” i zaraz za nimi ruszyliśmy na kolejny punkt. Szło to bardzo szybko, bo w 90% jechaliśmy asfaltami. Koło 15 zjechaliśmy na punkt 15 :), gdzie był start do kolejnego etapu BnO
Etap 7 – BnO – 10km (w rzeczywistości 18)
Niestety spotkał nas kolejny zawód i ten etap również nie był rozgrywany na mapie do BnO, tylko na mapie topograficznej w skali 1:25000, a przynajmniej tak się wydawało organizatorom, bo skala mapy oscylowała w rzeczywistości w granicach 1:50000. Punkty na drogach, znowu tylko liczenie ścieżek – bez sensu. Dodatkowo 2 punkty stały w bardzo dziwnych miejscach. Ten etap to kolejny bardzo duży grzech organizatora. Całość zajęła nam prawie 3,5h. Część szliśmy, część truchtaliśmy, a znaczną część tego czasu straciliśmy na szukaniu tych dwóch dziwnie ustawionych punktów. Kończymy etap razem z Green Spires, zostaje nam 5,5h na pokonanie ostatniego 55km etapu rowerowego i na koniec OS-a rowerowego po plaży.
Etap 8 – Rower – 55km (w rzeczywistości dużo więcej)
Na pierwszy punkt pojechaliśmy spokojnie przez wejherowskie osiedla, tempo nie za mocne, ale na punkcie dogoniliśmy Green Spires (które szybciej pozbierało się po BnO) i zespół On-Sight Mix. Wbiegłem na górkę, na której powinien być punkt, chłopak z On-sight poinformował nas, że już tu trochę siedzi i szuka, i że punktu nie ma i że organizator powiedział, że mamy jechać dalej. To pojechaliśmy. W Wejherowie się rozłączyliśmy i z Patelą pojechaliśmy do sklepu uzupełnić zapasy picia (do tego momentu wypiłem już 6l). Potem ostry podjazd z Wejherowa do Gniewowa, na którym nie wytrzymałem i musiałem przez moment prowadzić rower. Na kolejny punkt znowu wybrałem wariant asfaltem, ale żółta droga tym razem okazała się nim nie być i w miejscowości Zbychowo walczyliśmy nie dość, że z ostrą górką to jeszcze po felgi w piachu. Potem zjazd do Nowego Dworu Wejherowskiego i punkt w miejscu gdzie rok temu była meta sztafet na Klubowych Mistrzostwach Polski. Znowu dogoniliśmy Green Spires i On-sight, ale niestety nie dojechaliśmy na punkt na czas i zadanie specjalne, które miało tam się odbyć było już zamknięte. Zainkasowaliśmy 3h kary. Ruszyliśmy na kolejny punkt i tu popełniłem swój największy błąd na rajdzie. Zaczynało się ściemniać, a ja zamiast znowu wybrać wariant objazdowy postanowiłem jechać przez las. Niestety drogi się nie zgadzały, dodatkowo na mapie pozaznaczane były ciemnozieloną przerywaną kreską granicę działów leśnych, które o zmroku wyglądały dokładnie jak drogi. Ok. 30min bez sensownego błąkania się po lesie, aż w końcu udało nam się z niego wyjechać i zaatakować punkt na pewniaka od asfaltu. Na liczniku mieliśmy już prawie 40km na tym etapie, a końca nie było widać. Za to coraz bardziej zbliżał się koniec limitu czasowego. Na Pk20 poprowadziłem już bezbłędnie przez las i na punkcie znowu dogoniliśmy Green Spires (który to już raz?). Łukasz stwierdził, że jadą już prosto na metę bo została 1h40min. Namówiliśmy ich, na jeszcze jeden punkt, bo wydawało nam się, że tylko wtedy zostaniemy sklasyfikowani. Pomknęliśmy asfaltem do Kielna. Green Spires postanowili wziąć punkt od dołu, mi wydawało się, że lepiej wziąć go od góry. Zostawiłem Patelę z rowerami na asfalcie i ruszyłem przez pole. Zostało nam 70min do końca limitu. Złapałem strumień i wzdłuż niego doszedłem do rozwidlenia. Punktu nie ma. Sprawdziłem opis – „Rozwidlenie strumieni”. Pobiegałem chwilę po okolicy. Punktu nie ma. Dzwonię do Pateli, żeby zgłosił to sędziemu. Po chwili oddzwania, że sędzia mówi, że punkt stoi 50m niżej. Czy oni specjalnie ustawili punkt w złym miejscu, żeby było trudniej? Zbiegłem 50 a nawet 100m niżej wzdłuż strumienia, punktu nie ma. Spojrzałem na zegarek – 50min do końca limitu. Decyzja – wracam do Pateli i jedziemy na metę. W międzyczasie Patela zasnął w rowie :) niestety zgasił wszystkie lampki i chwilę trwało zanim go odnalazłem. Zostało nam 45min a do mety ponad 20km. Zjeżdżamy do Kielna i spotykamy… tak Green Spires. Łukasz punkt idąc od dołu znalazł bez problemu… Jeszcze podjeżdża do nas policja i informuje, że podobno gdzieś w rowie leży pijany rowerzysta, i gdybyśmy go spotkali to mamy zgłosić. Po chwili dopiero dociera do nas, że ktoś widząc Patelę śpiącego w rowie zgłosił to na policję :) Nic mkniemy do mety, prędkość raczej nie spada poniżej 30km/h a jesteśmy już przecież ponad 24h na trasie a ponad 40h na nogach. Na koniec super zjazd do Sopotu i przejazd przez Monciak, który w sobotni wieczór jest zawalony imprezowiczami. Na molo dojeżdżamy 4min po czasie, ale zostajemy sklasyfikowani. Green Spires dojeżdżają dopiero 18min po nas. Rano okazuje się, że zajęliśmy 5 miejsce, a tylko jednemu zespołowi udało się zaliczyć wszystkie punkty.
Podsumowanko
Ostatecznie zrobiliśmy ponad 200km – ponad 50km biegiem, 15 kajakiem, 14 na rolkach i ponad 120km na rowerze. Tuż po zawodach bym tego nie powiedział, ale z perspektywy czasu uważam, że Navigatoria AR była spoko. Mam nadzieję, że w przyszłym roku organizator nie popełni tylu błędów, a przede wszystkim etapy BnO przeprowadzi na mapach do BnO i rywalizacja będzie bardziej sprawiedliwa.
http://sopot.pttk.pl/nar/

1 komentarz

  1. Grażyna pisze:

    Znów czytałam relację z wypiekami na twarzy. Zastanawiam się, czy tego tekstu nie przeczytać uczniom. Może ktoś zainteresuje się tą formą spędzania wolnego czasu ( w odległej przyszłości oczywiście!). Podziwiam Wasze wyszkolenie i kondycję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.

*

Możesz użyć tych znaczników i atrybutów HTMLa: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>