Wszyscy rezerwujemy sobie pierwszy weekend sierpnia (3-5.08) na III Rajd Konwalii. Tym razem ścigać będziemy się na wschód od Moch, a zawodnicy na start wszystkich tras zostaną dowiezieni autobusem, dzięki czemu zwiedzimy dalsze zakątki Pojezierza Leszczyńskiego. Dobra wiadomość dla miłośników pedałowania. Ruszamy z nową trasą o wszystko mówiącej nazwie “Bike”, długość ok. 100km, podobnie jak na trasach pieszych, będzie na niej odcinek z bardziej precyzyjną nawigacją i etap kajakowy. Już dziś zapraszamy do Moch!
Konwalie rozkwitły jesienią
Konwalie rozkwitły jesienią i do tego na tureckiej ziemi
Dzięki 2 startom w Turcji awansowaliśmy na 7 miejsce w Rankingu na najlepszy zespół rajdów przygodowych w Polsce! Jak na debiutancki sezon sukces przeogromny ![]()
Link do rankingu
KURABİYE AR – Something to remember
Wstaliśmy o 5 rano. Stambuł jest naprawdę ogromnym miastem. Do bazy zawodów mieszczącej się na terenie Koç Üniversitesi w dzielnicy Sariyer mieliśmy z naszego hostelu ponad 30km, a musieliśmy się tam stawić do godziny 8. Szybkie ubieranie i pakowanie, i tuż przed 6 wyruszyliśmy w drogę. To było coś niesamowitego, 11 milionowe miasto, a jedynym odgłosem jaki było słychać był śpiew muezina nawołującego do modlitwy z pobliskiego minaretu. Ulice ciemne i kompletnie puste, wszystko pozamykane, kiedy najbliższy muezin brał oddech słychać było śpiew dobiegający z dalszych meczetów. Do najbliższej stacji metra mieliśmy spory kawałek (ok. 3km), potem metrem dojechaliśmy do przedostatniej stacji i stamtąd był plan wzięcia taksówki. Tutaj należy zwrócić uwagę, że Turków dzielimy na 2 kategorie: życzliwych oraz życzliwych, ale próbujących na wszelki możliwy sposób oszukać turystę, dlatego przed każdą transakcją należy spytać o cenę, żeby potem się nie zdziwić. Taksówka kosztowała ok 40zł i na miejscu byliśmy tuż przed 8.
Baza zawodów wyglądała mega profesjonalnie. Kilka banerów, flag, namiotów i stoisk sponsorów, porządne biuro. Rejestracja trwała dość długo, bo sędziowie bardzo szczegółowo sprawdzali wyposażenie obowiązkowe (było trzeba mieć nawet torbę na śmieci). Rowery wypożyczaliśmy od organizatora i dostaliśmy sprzęt zdecydowanie lepszy od mojego. Niestety tylko na jednym i to najmniejszym rowerze dało się zamocować mapnik, tak więc jechała z nim Marysia. Dostaliśmy biuletyn po angielsku, z którego wyczytaliśmy, że trasa będzie miała ok. 55km długości, a punkty kontrolne będziemy musieli nanieść na mapę sami według koordynatów, które dostaniemy na odprawie technicznej. Sama odprawa była tylko w języku tureckim (siedzieć jak na tureckim kazaniu – teraz już wiem skąd to powiedzenie), sędzia główny przestał mówić i nagle wszyscy zaczęli się rozbiegać w różnych kierunkach. Po chwili konsternacji domyśliliśmy się, że trzeba dopaść sędziego, który rozdaje współrzędne punktów kontrolnych. Samo wyrysowywanie zajęło nam dość sporo czasu, bo robiliśmy to chyba zbyt dokładnie i ze startu wyjechaliśmy spóźnieni 10 minut. My z Frankiem startowaliśmy na trasie długiej (UZUN) i naszym zadaniem było zaliczyć wszystko, natomiast Tomek z Marysią na trasie średniej, na której mogli zaliczyć 8/13 punktów rowerowych i 4/6 punktów pieszych. Każdy punkt miał inną wagę i chodziło o to, żeby wybrać takie, które w sumie dadzą najwięcej punktów.
Z Frankiem zaczęliśmy od punktów 101-104 leżących na zboczu blisko kampusu, natomiast Tomek z Marysią pognali od razu na 106. Już sam wyjazd z kampusu był dość ciężki – na około kilometrze było do zrobienia 80m podjazdu. 101 znaleźliśmy szybciutko i polecieliśmy na 103 i od razu okazało się, że lepiej za szybko nie lecieć, bo grozi to jeszcze szybszym sprowadzeniem na ziemię. Na szczęście Franek jest twardzielem, otrzepał się i pojechaliśmy dalej. To co podjechaliśmy na terenie uniwersytetu teraz zjeżdżaliśmy. Przy czym nachylenie stoku było jakieś 3 razy większe, a podłoże nie asfaltowe, tylko gliniasto-skaliste. Pamiętajcie, żeby na takim zjeździe nie próbować czytać mapy (szczególnie jak się nie ma mapnika)! Tym razem moja gleba
Podbiliśmy 103 i pognaliśmy na 102. Moment wzdłuż stoku jechało się spoko, potem znowu zjazd i to jeszcze bardziej stromy i wyboisty. Chyba nie skłamię pisząc, że było z 60 stopni nachylenia. Jazda była zbyt niebezpieczna, więc zsiedliśmy z rowerów i zaczęliśmy je sprowadzać zaliczając przy tym niejedną glebę. Z 102 na 104 było jakieś 300m w linii prostej, ale trzeba było zrobić z 2km objazdu. I tam przytrafił nam się pierwszy błąd (taki na 3min) i postanowiłem przekazać mapę Frankowi. Nie dość, że normalnie jest ode mnie szybszy na rowerze (i ma trochę mniej bujną wyobraźnię, co się może stać jak za szybko zjeżdżasz) to mnie dodatkowo opóźniało czytanie mapy. Przekazałem tę rolę Frankowi i to był świetny pomysł. Punkt 104 znajdował się 300m od Bosforu i 200m nad nim – widok z tego miejsca był niesamowity. Kolejka kontenerowców ciągnąca przez Bosfor, nad którym unosiła się delikatna mgiełka, a na szczycie po jego drugiej, azjatyckiej stronie łopocząca gigantyczna flaga Turcji. Stwierdziliśmy, że jest to świetne miejsce, żeby się trochę rozebrać (bielizna termoaktywna była jednak przesadą) i ruszyliśmy na 105. Po raz pierwszy na dłużej wjechaliśmy na asfalt i można było rozwinąć jako taką prędkość. Ze 105 na 106 przeprowadziliśmy rowery 200m przez las, żeby nie objeżdżać ponad 2km i na tym manewrze wyprzedziliśmy 2 ekipy. Jadąc na 107 w pewnym momencie usłyszałem cichy wystrzał, po którym zacząłem coraz mocniej odczuwać każdy kamień, na który najeżdżałem. Złapanie pany na 40km odcinku rowerowym jest dosyć dyskwalifikujące, szczególnie jak się nie wzięło z Polski pompki. Na zjeździe nie było jeszcze tak źle, ale na podjeździe, gdy tylne przebite koło było dociążone (tutaj należy zwrócić uwagę, że dociążone było dość mocno zważając na gabaryty jeźdźca) męczyłem się niemiłosiernie. Po podbiciu 107, zdecydowaliśmy, że spróbujemy pożyczyć od kogoś pompkę na kolejnym punkcie, na którym miały być kajaki. Na szczęście do jeziorka był głównie zjazd, a prowadziły do niego 2 drogi. Skręciliśmy w lewo, bo ta wydała nam się lepsza i dość szybko się z niej wycofaliśmy. Zza zakrętu wyskoczyło 5 piesków, niezbyt przyjacielsko nastawionych, a z odgłosów dobiegających z oddali wynikało, że tych pieseczków jest tam jeszcze więcej. Watahy dzikich psów biegających po przedmieściach miast są jednym z problemów Turcji (w centrach miast jest z kolei wuchtę kotów). Zawróciliśmy i biegiem wróciliśmy na nasze rozdroże. Przeprosiliśmy się z drogą skręcającą w prawo i dojechaliśmy nią do punktu kajakowego. Tutaj lekka konsternacja, bo kajaki okazały się być canoe, a my czymś takim jeszcze nie pływaliśmy. Dostaliśmy po kijku, deseczce i sznurku i wiosła musieliśmy przygotować sobie sami. Sam odcinek kajakowy miał może 300m i trzeba było dopłynąć do 3 punktów. Mieliśmy małe problemy ze sterownością, ale poszło nam to nawet w miarę sprawnie. Wysiadamy z łódki, a w tym momencie do punktu dojeżdża Tomasz z Marysią. Był to ich dopiero trzeci punkt (nasz ósmy). Podobnie jak ja Marysia złapała gumę, a załatanie i znalezienie kogoś życzliwego z pompką zajęło im prawie godzinę. Załataliśmy nasze koło i napompowaliśmy kompresorem z samochodu orgów i tuż za Marią i Tomaszem ruszyliśmy na dalszą część trasy. Na przelocie na kolejny punkt niestety popełniliśmy 10minutowy błąd, który poza czasem kosztował nas sporo wysiłku. Na ostatni punkt na trasie rowerowej wjechaliśmy równo z Tomkiem i Marysią o 14.20. Franek naliczył 5 par rowerów z czerwonymi numerkami oznaczającymi naszą kategorię. Czyli, że jesteśmy na 6 miejscu? Bacząc na nasze przygody nie tak najgorzej. Bieg wzdłuż wybrzeża Morza Czarnego poszedł nam zdecydowanie lepiej. Mieliśmy 2h40min na pokonanie 16km trasy i zaliczenie po drodze zadania specjalnego. Biegliśmy właściwie przez cały czas podchodząc tylko tam gdzie było bardzo stromo. Zadanie specjalne było mniej więcej w połowie tego etapu i był to zjazd na linie z wieżyczki zamku, stojącego nad klifem. Miejsce przefantastyczne, a samo zadanie dosyć proste i przyjemne. Wcześniej udało nam się minąć 2 pary z naszej trasy, a tutaj dogoniliśmy 2 kolejne, jednak zanim wykonaliśmy zadanie zdążyły nam uciec. Zapach medali podziałał na nas mobilizująco i ruszyliśmy jeszcze szybciej. Na kolejnym punkcie dogoniliśmy kolejną ekipę i minęliśmy ich jak TGV lokomotywę parową
Wydawało nam się, że biegniemy już na 3 miejscu. W tej euforii biegliśmy dalej nie zwalniając i tuż przed ostatnim punktem minęliśmy kolejny zespół, a na samym punkcie spotkaliśmy się z jeszcze jednym teamem. Finisz w naszym wykonaniu był mistrzowski i na metę wfrunęliśmy
Niestety okazało się, że to liczenie rowerów Frankowi coś źle poszło i zostaliśmy sklasyfikowani na 4 miejscu, za to na trasie średniej drugie miejsce zajęli Tomek z Marysią, którzy mimo przygody z przebitą dętką na początku, zebrali prawie maksymalną liczbę punktów.
Poziom organizacji tego rajdu porównałbym do Rajdu Miejskiego w Gliwicach, jednak jeśli chodzi o przeżycia i widoki na trasie to jak na razie zdecydowanie wygrywa. Nawigacyjnie było dość prosto, bo mapa była aktualna, a las uniemożliwiał bieganie na azymut. Szkoda, że nie udało się wygrać, bo za pierwsze miejsce w naszej kategorii był czek na 1000TL (1800zł), ale konkurentów mieliśmy mocnych – wygrał zespół w bluzach z napisem Turkish National MTBO Team. 55 km trasy zajęło nam 6h37min, ale na trasie mieliśmy ponad 2km przewyższenia. Dobrze, że pogoda nam dopisała, bo w deszczu jazda po większości z tych dróg byłaby niemożliwa.
Foteczki
Wyniczki
Mapa czysta i z naszymi przebiegami. Na przelocie na 109 przegapiliśmy zjazd na punkt i byliśmy już w połowie drogi na 110, gdy się zorientowaliśmy, że jest coś nie tak. Ten błąd chyba kosztował nas 3 miejsce…







Cisteczkowe potwory jadą do Turcji!
Wyjeżdżamy jutro wieczorem, a w niedzielę startujemy w KURABİYE (COOKIE) ADVENTURE RACE w Stambule. Będzie to nasz pierwszy start w AR na obcej ziemi (no poza Tomaszkiem). Organizator zapowiada ścigania na 5-8h rowerem, kajakiem i z buta. Notka z regulaminu: “Anyone who can finish this race is a cookie monster.”
Trzymajcie kciuki za punciaka, żeby dojechał do Berlina, za samolot, żeby doleciał do Stambułu i za nas na rajdzie ![]()
Lista startowa
Brodnicka klęska
Na rajd Funex Orient zgłosiliśmy 2 zespoły: Franek startował z Patelą, a ja z Olkiem Skoreckim. Niestety start obu zespołów trzeba zaliczyć do kategorii “klęski”.
Od początku listopada właściwie codziennie śledziłem listę startową i sprawdzałem czy na stronie rajdu nie pojawiają się jakieś nowości. Robiłem to na tyle często, że w tej chwili, gdy w przeglądarce w adresie wpisuję f jako pierwsza pojawia się strona funex orient a nie facebook
Ostatecznie trasa miała wynosić 116km, startować miało 19 zespołów, a czas zwycięzcy był szacowany na 9h.
Funex Show Orient
Rajd rozpoczynała dość dziwna zabawa nazwana Funex Show Orient, mimo że z orientacją nie miała właściwie nic wspólnego. Na boisku rozwieszonych było kilkadziesiąt perferatorów z kodami, a każdy miał za zadanie znaleźć 4 z nich, przy czym żeby wymusić na startujących podbijanie punktów w odpowiedniej kolejności po każdym podbitym punkcie trzeba było zaliczyć punkt bazowy. Punktem bazowym była przesympatyczna pani, która mimo swojego uroku chyba nigdy wcześniej na tak duże powodzenie nie mogła liczyć. 100 osób cisnących się i próbujących dostać potwierdzenie bazy wyglądało niczym zombie atakujące Milę Jovovich w Resident Evil
. Niestety nie jestem mistrzem kolejkowego wpychactwa, więc całą zabawę sobie trochę odpuściłem, za to okazało się, że jest to wymarzona konkurencja dla Olka, który po zaliczeniu swoich punktów wziął moją kartę i wykonał to zadanie za mnie. Na trasę wyruszyliśmy równo z Frankiem i Patelą i chyba nawet nie jako ostatni.

Trekking i kajaki
Na początek organizator zaserwował nam 12km trekkingu. 4 dość łatwe punkty znaleźliśmy szybko, właściwie przez cały czas biegnąc i na miejscach 7-8 dotarliśmy na kajaki.
Jak się okazało etap kajakowy był kluczowym dla naszych obu zespołów. Chwyciliśmy z Olkiem pierwszy z brzegu kajak i znieśliśmy go nad wodę. Postanowiłem jeszcze ubrać rękawiczki i nawet dobrze nie zarejestrowałem momentu, w którym Olek wskoczył do kajaka. Niestety wskoczył, a po ułamku sekundy wyskoczył tylko, że do wody, bo kajak postanowił zamienić się w U-Boota. Akcja reanimacyjna telefonu, Olkowych rzeczy i Olka chwilę trwała i w międzyczasie wyprzedziły nas 2 zespoły.
Po wypłynięciu na jezioro okazało się, że przyjemny podczas biegu wiaterek, dla przemoczonego do przysłowiowej suchej nitki, siedzącego w kajaku Olka nie jest do końca zbawienny. Kajak miał być naszą silną bronią, bo z lekkim, ale silnorękim Olkiem miało mi się płynąć zdecydowanie lepiej, niż z Frankiem, ale mój partner trzęsąc się z zimna miał kłopot, żeby dobrze utrzymać wiosło, choć mimo tego dzielnie wiosłował. Na jeziorze minęły nas jeszcze 2 zespoły, ale my wyminęliśmy Franka i Patelę, którzy wylosowali chyba jakiś kiepski kajak i zamiast 5km, płynąc wężykiem zrobili co najmniej drugie tyle.
BnO
Dla mnie, żeby etap nazwać bieg na orientację musi być on rozgrywany na specjalistycznej mapie. Tutaj tak nie było, ale i tak było całkiem fajnie i mimo, że na początku nim Olek się rozgrzał tempo mieliśmy mizerne (ciągle nie mogłem wyjść z podziwu, że po tym nieplanowanym wstąpieniu do klubu morsa chce mu się kontynuować rajd) to ostatecznie udało nam się awansować o kilka pozycji. Niestety jeden z 9 punktów na trasie stał w złym miejscu. Opis górka, na mapie kropka zaznaczona na górce, stoimy na samym szczycie punktu nie ma. Gorzej, że szczyt porośnięty krzakami. Punkt zawieszony był jakieś 100m niżej na przecince i znalazł go dopiero Patela, który w międzyczasie się tam pojawił wspólnie z Franciszkiem. Szkoda bo straciliśmy tam dobre 15min.
Kajak, tyrolka i kambek do bazy
Powrót kajakiem poszedł nam już zdecydowanie lepiej. Olek trochę przesechł i wrócił mu wigor i ten etap skończyliśmy można powiedzieć na miejscach 7-9 wspólnie z iHaha Express.
Tutaj czekało nas pierwsze zadanie specjalne – tyrolka nad rzeką Drwęcą. W jedną stronę poszło całkiem sprawnie, niestety lina powrotna była zawieszona dość nisko nad taflą wody i z moją masą musiałem się sporo nagimnastykować, żeby nie zamoczyć tyłka bądź butów.
Po drodze do bazy mieliśmy odnaleźć jeszcze jeden punkt. Przelot wydawał się dość prosty, ale w międzyczasie zrobiło się ciemno, a ja nie wziąłem czołówki (brawo Marek!!), a poza tym przecinka, która miała doprowadzić nas do punktu zniknęła i nie pozostało nam nić innego jak poczekać na zespół Rajd Konwalii 2 (mieli latarkę) i poszukać tego punktu wspólnie. Ostatecznie około 17 wróciliśmy do bazy i zaczęliśmy się przebierać na etap rolkowy. Na trasie byliśmy już 8h a zostało nam jeszcze 11km rolek i ponad 60km roweru.
Rolki
Przebrany w suche rzeczy Oluś pognał na rolkach jak szalony i na tym etapie to ja byłem zdecydowanie kamieniem u nogi, jednak chyba w miarę sprawnie udało nam się dojechać do miejsca gdzie miał się znajdować punkt rolkowy. Opis: ogrodzenie, na mapie zaznaczony róg ogrodzenia, a punktu nie ma. Poświeciliśmy trochę lampkami, przeszliśmy wzdłuż ogrodzenia w jedną i drugą stronę, sprawdziliśmy po drugiej stronie ulicy, po jakichś 5min nadjechał Franek z Patelą i po jakimś czasie punkt się znalazł. Nie wiedzieć czemu wisiał na podniszczonej oborze, jakieś 50m od miejsca, gdzie powinien się znajdować. Powrót poszedł nam jeszcze sprawniej, bo było z górki i koło 18.10 dojechaliśmy z powrotem do bazy.
Rower
Po przebraniu się w stroje rowerowe przystąpiliśmy do zadania specjalnego numer 2. Polegało ono na trafieniu piłeczkami tenisowymi do miski. Podczas 6 rzutów próbnych 4 trafione, podczas rzutów konkursowych 1 trafienie i wyrok – 50 minut kary
Nie wiem czy to dobry pomysł, żeby takie coś, aż w tak dużym stopniu decydowało o wyniku…
18.30 – wyjeżdżamy na rower. Zaczęliśmy od PK3 będącego najbardziej na północ. Na asfalcie tempo mieliśmy bardzo dobre, mimo, że pod górkę udawało nam się jechać ok. 28-30km/h. Przy samym punkcie mieliśmy moment zawahania, ale ostatecznie idealnie wjechaliśmy na cypel, tylko, że punktu brak. Oparłem rower o brzózkę nad jeziorem i poszliśmy w lewo, potem w prawo, potem stwierdziłem, że przy rowerze mam mocniejszą lampkę więc prowadząc rower trochę świeciłem. Potem odczepiliśmy lampkę od roweru i biegaliśmy z nią. Ostatecznie po jakichś 30min punkt znalazł się na brzózce, o którą na początku oparłem rower. Ujrzałem kawałeczek perferatora, bo kartka z lampionem była przyklejona od strony jeziora, więc żeby ją zobaczyć trzeba by było wejść do wody. Trochę poklnąłem i pojechaliśmy na kolejny punkt. A tam ta sama historia, z tym, że punktu szukaliśmy wspólnie z iHaha Express. Kolejne przynajmniej 30 min łażenia po lesie i ostatecznie znalezienie samego perferatora, bo lampionu nie było. Wyjechaliśmy na krajową 15 i tam podjęliśmy decyzję o powrocie do bazy. Zaliczyliśmy 1/3 z etapu rowerowego (ok.20-25km) w prawie 3h, przyjemność z latania po lesie i szukania poukrywanych przez organizatorów punktów była delikatnie mówiąc średnia.
Na metę zjechaliśmy ok. 21.30, niestety jak się okazało źle doczytaliśmy regulamin i żeby być sklasyfikowanym nie wystarczyło mieć połowy punktów, ale połowę punktów z każdego etapu…
Ostatecznie zwycięzcy uwinęli się z trasą w ok. 14h czyli ponad 50% więcej niż przewidywał organizator. Gdybyśmy dojechali na metę wspólnie z iHAHA Expressem zajęlibyśmy 3 miejsce, ale właściwie nie żałuję. Nie lubię krytykować organizatorów, bo rajdów w Polsce i tak za dużo nie ma, ale wizja orientacji ekipy Extreme Sports kompletnie różni się od mojej i od tej jaką spotykałem na innych tegorocznych rajdach (On-Sight, Wertepy, Gliwice). Uważam, że jeżeli punkt nie jest w miejscu ewidentnie wynikającym z mapy powinien być widoczny przynajmniej z 30m, a właściwie w ogóle nie powinno się w takim miejscu punktu ustawiać. Aczkolwiek największy wpływ na naszą rezygnację z dalszej walki miało nasze przedstartowe nastawienie na szybki rajdzik do 12h. Niestety nie byliśmy przygotowani na ściganie do 1-2 w nocy zarówno pod względem mentalnym jak i ekwipunkowym. Nie wiem z czego wynikało tak duże przeszacowanie organizatora co do czasu zwycięzców, bo zespoły przyjechały naprawdę mocne…
Franek z Patelą znaleźli na rowerach 3 punkty i zjechali do bazy ok. 23 i zostali sklasyfikowani na 6 miejscu w kategorii MM.
*Zdjęcia z galerii Pana Darka Bogumiła
Rogaining pod Strzelinem
Na Rajd Szlakiem Opadłych Liści zgłosiliśmy się już we wrześniu, jednak ze względu na małą liczbą zgłoszeń jego termin został przeniesiony na 3 weekend listopada. Zmianie uległa też nazwa rajdu, być może na cześć jedynej kobiety, która zgłosiła się na pierwszy termin, rajd przybrał nazwę “Maria”. Nasz 3-osobowy zespół na start niestety nie dojechał w terminie – Marysia się rozchorowała, a co gorsza dojechał tam na ostatnią chwilę, gdyż pociąg TLK z Poznania do Wrocławia postanowił jechać 4,5h robiąc sobie (na pewno zasłużony) godzinny odpoczynek w Rawiczu.
Jedną z ważniejszych części rogainingu jest odpowiednie zaplanowanie sobie trasy. Na mapie wyrysowanych było 25 punktów o wagach 4-8. Budowniczy trasy pisał na jednym z forów, że gdyby ktoś chciał zaliczyć całość to będzie musiał przejść ok. 60km. Nie wiem czy byliśmy na to przygotowani, ale jakiś wewnętrzny głos zdopingował nas “Idź na całość”, więc obmyśliliśmy wariant całościowy z możliwością skrótu w końcówce, gdyby coś nie poszło. Niestety za obmyślanie trasy mogliśmy wziąć się dopiero w autobusie jadącym na start i robiliśmy to trochę na kolanie, także nasz wariant do najlepszych nie należał.
Trasę rozpoczęliśmy od 2 (4b i 4d) prostych punktów, aby trochę wczuć się w mapę i skalę. Ruszyliśmy razem z panem Leszkiem Kosińskim, ale po tych dwóch punktach postanowił on się od nas odłączyć tłumacząc swą decyzję zbyt szybkim tempem. Jak się później okazało było to sprytne posunięcie “starego wygi”. Kolejny punkt (8d) był dosyć trudny. Samo zlokalizowanie górki, na której był umieszczony było dość proste, jednak górka ta miała średnicę 300m i była strasznie porośnięta bukowym poszyciem. I my z Frankiem, jak takie 2 charty czesaliśmy tą górkę, a pan Leszek przyszedł już właściwie na gotowe. Niestety to “czesanko” kosztowało nas ok. 20min. W międzyczasie na punkcie pojawiły się 2 zespoły MOD-X. Na kolejne 3 punkty (6a, 4c, 6c) trafialiśmy bezproblemowo, na zmianę wystawiając sobie kolejne punkty z MOD-X. Następny błąd przytrafił nam się przy przejściu na 7c. Przed wejściem w las droga się rozwidlała (tak jak na mapie) jednak ta, w którą skręciliśmy po kilkudziesięciu metrach ginęła w gęstych krzaczorach. Wycofaliśmy się i dotarliśmy do lasu drogą idącą bardziej na południe. Potem idąc na północ wzdłuż krawędzi lasu nie zauważyliśmy drogi, która miała nas naprowadzić na punkt. Ostatecznie przebijając się trochę na azymut dotarliśmy do wielkiej muldy, na dnie której płynął “nasz” strumień. Kilkadziesiąt metrów wyżej zauważyliśmy lampy MOD-X, więc pewność, że ten strumień jest rzeczywiście “naszym” strumieniem wzrosła jeszcze bardziej.”Chodźcie sprawdzimy, może jest tam gdzieś niżej” – usłyszeliśmy, od któregoś z braci Jaskuła, gdy się z nimi mijaliśmy, ale nie daliśmy się nabrać na ten stary numer i po 50m podbiliśmy 7c. Błąd ten kosztował nas ok. 15min. Kolejne punkty szły nam jak z płatka, wchodząc do lasu w drodze na 6d, uśmialiśmy się trochę widząc tablicę “UWAGA. W godzinach xx-xx strefa zrzutu kamieni.” i rzeczywiście lasek usiany był metrowymi głazami, które spadając łamały drzewa. Na 6d spotkaliśmy budowniczego trasy, który pstryknął nam fotę. Chwilę z nim porozmawialiśmy i wciągnęliśmy po żeliku energetycznym (taki żelik kiedyś uratował mi życie na MP w LONGu). Efekt działania żelu był niesamowity. Kolejne 3 punkty pokonaliśmy w pełnym biegu. Potem niestety przyszedł lekki kryzys i pomiędzy 4e i 8e prawie całą trasę szliśmy. Będąc na 8e postanowiliśmy nie zaliczać punktów 5b i 5e. Na 8a i 6b mieliśmy drobne 5min wahnięcia, ale tempo już było dość ślamazarne. Podjęliśmy decyzję o nie zaliczaniu również punktów 4a i 7d. Ostatnie 3 punkty wpadły bezproblemowo i na 20min przed upływem czasu stawiliśmy się na mecie. Sędzia obwieścił nam, że jesteśmy nowymi liderami, ale po 10minutach przybiegł pan Jarek Bartczak, który zaliczył wszystkie punkty i zepchnął nas na drugie miejsce.
Ostatecznie znaleźliśmy 21 z 25 punktów co dało nam 129/150 punktów wagowych. Nasz wariant wyniósł 55km, które zrobiliśmy w 9h40min.






Tureckie doświadczenie rajdowe
Przebywam obecnie na kilku miesięcznych wakacjach w Turcji , a dokładniej wyjechałem w ramach programu Erasmus do tego cudownego kraju. Dlaczego cudownego? Bo, jeżeli wyjechałeś, by wypocząć i zrobić sobie przerwę w ciężkich znojach dnia codziennego
nie możesz lepiej trafić. Niesamowicie gościnni i otwarci ludzie, świetne jedzenie i przede wszystkim filozofia typowa dla wszystkich południowców, czyli yavaş, yavaş [spokojnie, spokojnie]. Nie spiesz się chłopie, usiądź, wypij herbatę, zagraj w tavle. Nic nie musisz, a wszystko samo się ułoży i rozwiąże. Na dłuższą metę może to być męczące, ale na razie cieszę się tym spokojem. Mój start w rajdzie EsEtap Cup jest najlepszym przykładem jak można beztrosko podchodzić do życia…
26. październik 2011r.
Była środa 26. października godzina około 23, a ja wracałem autobusem z Bursy do ‘mojego’ miasta w Turcji, czyli Eskişehir. Postanowiłem sprawdzić sobie skrzynkę mailową, bo w tureckich autobusach jest wi-fi. [ Temat podróżowania autobusami w Turcji trzeba pominąć, bo można się spalić ze wstydu porównując je do polskich PKS-ów.] Okazało się, że otrzymałem długo oczekiwaną wiadomość od İliasa Avci. İlias był przez lata najlepszym tureckim biegaczem na orientację, a na dodatek zajął się teraz startami w rajdach przygotowanych. İlias bardzo się ucieszył, że wyraziłem zainteresowanie wspólnymi treningami, a na koniec maila poinformował, że w dniach 28-29-30 października w okolicach Eski jest rajd i mogę w nim wystartować i to za free! Dodał na koniec, że ‘ …very funny to be ’ , po takiej zachęcie nie miałem wyboru jak tylko wystartować, chociaż jeszcze nic nie wiedziałem na temat samego rajdu.
27. października 2011r.
W czwartek po przebudzeniu i zjedzeniu śniadania od razu podjąłem próby skontaktowania się z İliasem, lecz próby okazywały się nieskuteczne, dopiero około godziny 15 w końcu udało się do niego dodzwonić. Tutaj pojawił się następny problem, a mianowicie komunikacja w języku angielskim była utrudniona ze względu na niezbyt dobry angielski İliasa. Z tego co zrozumiałem to rajd miał być 2-osobowy i 3-etapowy oraz zawierać odcinki rowerowe, trekkingowe oraz etap kajakowy i związany z wspinaczka, czyli całkiem profesjonalnie, ale pewne sprawy mnie niepokoiły, a mianowicie to że mogę wystartować za darmo oraz to że będzie zapewnione wyżywienie. Wrodzona staropolska czujność kazała mi doszukiwać się jakiegoś podstępu
. Zapomniałem o tym, że Turcy to najprawdopodobniej jeden z najgościnniejszych narodów świata. Okazało się , że nie tylko mam zagwarantowany darmowy start ale ponadto w ramach rajdu zapewnione było całkowite wyżywienie, oprócz jedzenia i picia podczas samego napierania. Podczas rozmowy z İliasem wyniknął jeszcze jeden problem, a mianowicie dowiedziałem się, że rajd ten odbywa się w dwuosobowych zespołach. Na szczęście mój współlokator Mustafa jest otwarty na wszelkie propozycje i zgodził się wystartować ze mną, jednak nie jest on specjalnie sportowym typem (jego najczęstszą aktywnością około sportową jest granie w PES-a
). Fakt ten spowodował, że rajd stał się dla mnie bardziej rekreacyjny niż sportowy.
Po skompletowaniu zespołu pozostało tylko znalezienie rowerów. W tym miejscu po raz kolejny ujawniła się niezwykła uprzejmość Turków, bo w ciągu pół godziny udało się pożyczyć dwa rowery. Jeden z nich całkiem dobry, drugi natomiast miał koła, a to jest przecież najważniejsze
. Po zakupienie czekolady i Poweradów nie pozostało nic innego jak tylko stawić się na umówione spotkanie z İliasem i pojechać do centrum zawodów.
Podróż zajęła zaledwie pół godziny. Wzięliśmy bagaże i poszliśmy się przywitać. W tym miejscu kolejna dygresja kulturalna. Gdy spotykają się w Turcji dwaj znajomi /lub nieznajomi nie sposób przejść obok bez zamienienia chociaż kilku zdań. Nieważne że jesteś zmęczony, spieszysz się, czy normalnie po ludzku nie masz akurat ochoty rozmawiać. Dlatego przywitania w Turcji mogą ciągnąć się godzinami. Na nasze szczęście rajd okazał się kameralny - zgłosiło się 16 zespołów łącznie z nami. Od pierwszego momentu wkroczenia do biura zawodów było widać, że organizacyjnie wszystko jest na najwyższym poziomie. Otrzymaliśmy pakiet startowy w tym: plastrony, komplet map, pisaki, harmonogram rajdu oraz różne prospekty reklamowe. Mapy z trasami wisiały na ścianach a trasy trzeba było wyrysować samemu to akurat było dosyć uciążliwe bo wszyscy chcieli jak najszybciej zakończyć przygotowania i iść spać, więc przy mapach było dosyć tłoczno. Mapy były w skali 1:25 000 co miało swoje wady i zalety. Niewątpliwą zaletą było to, że były bardzo dokładne, a ja jako dawny biegacz na orientację nie raz irytowałem się na polskie ’50′. Jednak skala ta powodowała, że 190 kilometrowa trasa wyrysowana na mapach o takiej skali miała wielkość prześcieradła i była nieporęczna w użyciu. Gdy uporaliśmy się już z wyrysowaniem trasy i ofoliowaniem map było po północy, a start następnego dnia o 7 rano. …a zapomniałem dodać, że pierwszą noc mieliśmy spędzić w namiocie. Chwila na temat pogody w Eskişehir. Generalnie podobna do polskiej z tą różnicą, że w dzień nieco cieplej a w nocy nieco zimniej. W czasie całego rajdu temperatura w ciągu dnia miała wahać się od 12 do 18 stopni i miało być piękne słoneczko, a że wszystkie etapy były dzienne to pogoda zapowiadała się idealna i taka była, za wyjątkiem jednego epizodu o czym później.
28. października 2011r.
Noc była ciężka, bo krótka i zimna. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po pobudce było pognanie do jadalni po kubek gorącej herbaty, która pozwoliła odmrozić wnętrzności. Później cudowne śniadanko zaoferowane przez orgów: biały ser, miód, jajka ugotowane na twardo, wędliny, pomidory i ogórki i mnóstwo pysznego chleba. Wiedziałem, że z Mustafą będziemy mieli tempo rekreacyjne, więc się nie hamowałem
Później szybkie pakowanie gratów, przebrać się i można startować. W ty momencie czekała na mnie niespodzianka, a mianowicie start nie był masowy tylko każdy team startował osobno w kolejności zgłoszeń co 2 minuty. My zgłoszeni jako ostatni startowaliśmy z numerem 15, czyli czekaliśmy na start pół godziny. Nie był to jednak czas stracony, ponieważ był to czas na udzielenie wywiadu dla tureckiej telewizji
Przez cały czas trwania rajdu towarzyszyła nam ekipa telewizji publicznej przygotowującej relację z rajdu do programu zajmującego się rowerami, a że ja byłem jedynym yabacı [obcokrajowiec] to występowałem dosyć często
W końcu wybiła godzina zero i wystartowaliśmy.
Etap I
Trekking – 10 km
Zanim zacznę opisywać samą trasę, należy słów kilka poświęcić mapie oraz terenowi. Jak już wspominałem mapa, na której zorganizowany był rajd była ’25tką’. Poza samą skalą niczym nie różniła się od map znanych z polskich rajdów, czyli wojskowa mapa topograficzna. Niestety, także jak w Polsce, tureckie mapy nie są zbyt często aktualizowane, dlatego czasami można się zdziwić widząc nową drogę, albo nie znajdując starej. Miłym zaskoczeniem było jednak to, że rzeźba terenu była wiernie odwzorowana, a także w większości szata roślinna nie uległa zmianie. Co do samego terenu to rajd odbywał się w okolicy Eskişehir, czyli na terenie Wyżyny Anatolijskiej. Krajobraz wokół samego miasta był stepowy i dosyć mocno zurbanizowany z nastawieniem na rolnictwo, więc pełno było pastwisk i trochę pól gdzie uprawiano jakieś liche zboża. Surowy klimat i kamienista gleba nie pozwala na nic więcej. Roślinność typowo stepowa, z dużą ilością ciernistych krzewów i karłowatych drzewek. Nieodłącznym elementem krajobrazu były grupy pasących się owiec lub kóz. İm bardziej oddalaliśmy się od miasta tym krajobraz stawał się coraz bardziej lesisty i górzysty, trochę przypominający polskie Pogórze Sudeckie, albo Beskidy, z tym że roślinność miała bardziej ubogi i stepowy charakter.
Po krótkim wstępie czas na konkrety.
Pierwszy odcinek trekkingowy był właściwie dojściem do rowerów. Prosty nawigacyjnie i szybki dał czas na przyzwyczajenie się do nowej skali i nowej mapy. Przy samym punkcie pojawił się problem związany z płynnością z jaką przechodziło się z terenu zaznaczonego pojedynczymi drzewami na białym tle w las oznaczony kolorem zielonym. W terenie naprawdę ciężko było stwierdzić gdzie przebiega granicy między dwoma obszarami. Na szczęście rzeźba terenu była dość oczywista i bez problemu trafiliśmy na punkt nr 1. Ku mojemu zdziwieniu, mimo spacerowego tempa udało nam się wyprzedzić dwie pary i dlatego na etap rowerowy ruszaliśmy z werwą i optymizmem.
Etap II
Rower – 65 km
Zaczęliśmy pedałowanie w promieniach porannego słońca i zaczęliśmy odmarzać po nocy w namiocie. Pierwszy punkt rowerowy, czyli 2 na całej trasie trochę nas ostudził ponieważ droga, którą planowaliśmy jechać zniknęła, ale na szczęście pojawiła się nowa dróżka, która zaprowadziła nas do celu z innej strony niż planowaliśmy, ale równie sprawnie. Sam punkt znajdował się w centrum wioski, więc nie było problemów z jego znalezieniem. Punkt 3 bez większej historii. Droga, którą planowaliśmy jechać zaprowadziła nas prosto do celu. Podobnie sprawa się miała z kolejnym punktem. Warte odnotowania było to, że udawało nam się dogonić kolejne ekipy, które jak się okazało miały problemy z nawigacją. Poza tym zaczęła zmieniać się okolica, pola zaczęły być zastępowane lasami, a i teren stawał się bardziej górzysty. Na punkt 5 prowadziła asfaltówka, jedyną rzeczą o której trzeba było pamiętać to zachowanie rewolucyjnej czujności przy samym wejściu na punkt. Niestety nie udało się tego dokonać i przejechaliśmy 100 metrów dalej. Błąd niewielki, ale irytujący : ) Na kolejny punkt zrobiliśmy największy błąd podczas całego pierwszego dnia rajdu. Najpierw było prosto. Droga przez lasy i pola, aż do miejsca w którym miała odchodzić mniejsza dróżka wiodąca idealnie po kresce w kierunku 6. Niestety okazało się że tej mniejszej dróżki nie było. Zamiast więc wybrać wersję objazdu 2 kilometrowego wolałem przedrzeć się przez las. Wariant okazał się kompletnie nietrafiony, a nas czekała kilkusetmetrowa wędrówka przez kolczaste zarośla i kamienisty wąwóz. Dodatkowe niebezpieczeństwo stanowiły kolce, które z łatwością mogły przebić nasze opony. Na szczęście oprócz straty cennych minut nic innego się nie wydarzyło. Po tej wędrówce mój partner Mustafa był zmordowany, więc zatrzymaliśmy się w pobliskiej wiosce u studni, korzystając z zimnej i krystalicznie czystej wody. Trochę ochłody się przydało, ponieważ koło południa słońce zaczęło nieźle przygrzewać. Podczas naszego postoju minęła nas para, ojciec i syn. Starszy Pan miał około 60 – 65 lat, a twardo wspinał się pod sporą górkę, to chyba dodało sił Mustiemu i przestał narzekać na zmęczenie i pojechaliśmy dalej. Po podbiciu punktu 6 definitywnie skończyły się pola i wjechaliśmy w teren kompletnie zadrzewiony. W międzyczasie tuż koło punktu spotkaliśmy kolejne dwa teamy. Zdążyłem się już zorientować, że większość naszych rywali jest od nas mocniejsza fizycznie i mają lepszy sprzęt, ale gorzej radzą sobie z mapą, dlatego zamiast ruszać na początku stawki przyczailiśmy się z tyłu
Okazało się to świetnym manewrem, bo w drodze na ‘siódemkę’, na rozwidleniu dróg nasi rywale wybrali drogę biegnącą na południe zamiast jechać na zachód. Było to tym bardziej dziwne, że na owym rozwidleniu był drogowskaz, który wskazywał drogę do wioski przez którą wiodła trasa na pkt nr 7. Niestety znowu wyszły na jaw problemy kondycyjne mojego partnera. Bardzo bałem się więc popełnić jakikolwiek błąd, bo to mogło się okazać zabójcze dla Mustafy, dlatego samo wejście na punkt było mega ostrożne, ale przez to chyba nieco wolniejsze. W każdym bądź razie podbiliśmy 7 i zostało już bardzo niewiele do mety. Punkt 8 okazał się dla nas niezwykle szczęśliwy. W nocy przed startem, gdy rysowałem planowany przejazd nie zauważyłem drogi, która prowadziła bezpośrednio na punkt, zamiast tego zaplanowałem przejazd ścieżką, która najpierw biegła ostro w dół, a później równie mocno w górę. Gdybyśmy nią pojechali to podejrzewam, że bylibyśmy pół godziny w plecy. Na rozwidleniu tych dwóch dróg wybrałem złą, która jak się okazało była zdecydowanie lepsza. W ten sposób, dzięki błędowi technicznemu znaleźliśmy się szybko i bezproblemowo na ‘ósemce’. Dalej pozostał już tylko zjazd do mety i koniec dnia pierwszego. Czas – 6h 24m. Wynik może nie powalający, ale wystarczył na zajęcie 7 miejsca co należy uznać za duży sukces.
Meta była usytuowana w środku lasu, w ośrodku należącym do tureckiego czerwonego półksiężyca. Na szczęście organizatorzy przygotowali dla nas domki kempingowe, na nieszczęście były nieogrzewane
, ale i tak było cieplej niż w namiocie. Drugim minusem był brak gorącej wody, ale słonko przygrzewało, więc nie było tak źle. Atmosfera na mecie była niesamowicie przyjacielska i domowa. Wszyscy niezwykle uprzejmi i weseli. Poznałem wielu ciekawych zapaleńcow rajdowych i orientacyjnych i mam osobiście nadzieje, że taka forma spędzania czasu stanie się w Turcji bardziej popularna niż jest w tej chwili. Po zjedzeniu kolacji i gawędach przy ognisku poszliśmy spać mając nadzieje na lepszy wynik drugiego dnia bo w końcu miał być trekking
29. października 2011r.
Etap I
Rower – 10 km
Kolejny chłodny poranek w górach. Znowu start o godzinie 7.00. Tym razem kolejność odwrotna do zajętych miejsc podczas pierwszego dnia zmagań, czyli startowaliśmy dokładnie w środku stawki. Oczywiście przed startem obowiązkowy wywiad dla tureckiej telewizji i możemy ruszać.
Pierwszy etap rowerowy był właściwie dojazdem do miejsca gdzie miał zaczynać i kończyć się trekking oraz odcinek kajakowy. Jednak po drodze do zaliczenia były dwa punkty usytuowane wokół zbiornika retencyjnego na rzece Porsuk, która przepływa przez Eskişehir. Im bardziej zbliżaliśmy się do jeziora tym pojawiała się coraz większa mgła, przy samej jedynce widoczność ograniczona była do około 20-30 metrów. Punkt nr 1 znaleźliśmy bezproblemowo. Żałowałem, że mgła nie pozwoliła podziwiać widoków, bo znajdował się on na początku tamy oddzielającej jezioro od rzeki. Przejazd na punkt 2 był równie niesamowity, ponieważ prowadził drogą wykutą w skale, a po naszej prawej stronie był klif i jezioro, tzn. domyślam się że było tam jezioro bo przez mgłę nie było widać tafli wody
Przy samej dwójce byłem ciągle pod wrażeniem trasy, bo zamiast podbić punkt na rozwidleniu pojechałem dalej. Dosyć szybko się zorientowałem, że coś tu nie gra ale straciliśmy parę minut, a kilka zespołów przemknęło obok nas. Na punkt 3, który na papierze wydaje się być najprostszy zrobiliśmy największy błąd podczas całej imprezy. Wieża na środku pola, przy brzegu jeziora, jak można zrobić błąd? Otóż można jeśli mgła ogranicza widoczność do kilkudziesięciu metrów a mapa jest niedokładna. Zamiast wybierać drogę na około, postanowiłem że przebijemy się przez strumyk i skrócimy sobie trasę o jakieś 1,5 kilometra. Niestety okazało się, ze zamiast jednego strumienia było ich tam kilkanaście, a każde zagłębienie terenu wypełnione było woda. Klucząc pomiędzy jeziorkami i rzeczkami w końcu trafiliśmy na drogę, którą akurat przejeżdżała ciężarówka wioząca kajaki. Dojazd do punktu był, więc dość oczywisty
Gdy trafiliśmy na ‘trójkę’ byłem przekonany, że będziemy ruszać na trasę jako ostatni. Tymczasem mimo dość sporego błędu byliśmy piąci.
Etap II
Trekking – 30 km
Punkt pierwszy trekingowy, czyli 2-4 również wydawał się banalny w normalnych warunkach, jednak brodząc w mleku ciężko wyłapać niektóre elementy. Nie pozostało nic innego jak chwycić kompas i iść zgodnie z wyznaczonym azymutem. Trafiliśmy idealnie na drogę, a potem prosto do punktu. W czasie, gdy podbijaliśmy ‘czwórkę’ mgła zaczęła się podnosić, a my przez pola ruszyliśmy do punktu 5. Gdy byliśmy w połowie drogi za nami zaczęły się pojawiać zespoły, które biegają, a my byliśmy dla nich świetnym drogowskazem. Przy samym punkcie byliśmy już w gromadce 5 zespołów. Po krótkim poszukiwaniu lampionu zlokalizowaliśmy właściwe miejsce i ruszyliśmy w drogę na szóstkę, która wydawała się być najciekawsza na całej trasie. Na mapie są dwa warianty, które można wybrać, albo droga naokoło, albo mulda w górę wokół górki którą mijamy z lewej strony. W rzeczywistości drogi nie było, więc pozostało zmierzać w górę. W drodze na ‘szóstkę’ dołączyło do nas rodzeństwo, Gokay i Eda Konuk, mieszkają oni w Eskişehir i są członkami kadry Turcji w MTB. Nie znają się kompletnie na mapie więc przyłączyli się do nas i tak resztę trasy pieszej przebyliśmy w czwórkę. Wejście na punkt było proste, a że przy nim była studnia to zrobiliśmy sobie małą przerwę, tym bardziej że zgodnie z mapą miała nas czekać wędrówka w lesie wzdłuż strumienia. Niestety zamiast ciekawego wariantu na 7 był marsz drogą, która się tam pojawiła i prowadziła bezpośrednio do celu. Przy samym wejściu na punkt chciałem troszkę skrócić trasę przez las i skończyło się kilkoma minutami błędu, ale przynajmniej pochodziłem trochę po lesie. ‘Ósemka’ bez historii. Prosta droga od punkt do punktu. Następny punkt również nie był wymagający. Po wyjściu z lasu, skałki na których stał punkt były widoczne jak na dłoni. Jedyne co pozostało to ciąć przez pole, przeskoczyć strumyk i wspiąć się na górkę. Kolej na punkt dziesiąty i tutaj kolejny błąd wariantowy. Zamiast obiec dolinkę dookoła po warstwicy wybrałem drogę w dół a później pod górę. Na dodatek okazało się że droga, już na wzgórzu, zanika czyli straciliśmy także atut pewności wariantu. Na szczęście błąd wyboru optymalnej trasy załagodził fakt, że później udało się idealnie trafić na punkt, mimo braku drogi. Na punkt 11 poszliśmy od razu przez las nie szukając nawet drogi. Teren był bardzo dobrze przebieżny, dlatego nie straciliśmy szybkości i bez problemu trafiliśmy do celu. Dalej pozostało już tylko dotarcie do mety trasy pieszej, czyli kilku kilometrowy marsz asfaltem. Trasę trekkingową zakończyliśmy jako czwarty zespół. Nie muszę chyba dodawać, że w dzień feralna trójka była widoczna z kilometra, a ‘wieża’ okazała się ruinami minaretu, a organizatorzy lampion ustawili na czubku, więc żeby podbić punkcik trzeba było wejść po krętych schodach na górę, gdzie rozciągał się niesamowity widok na jezioro i pobliskie góry.
Etap – III
Kajak – 17 km
Ten etap okazał się najbardziej wymagający pod względem fizycznym. Wiał wiatr w twarz, a natura pokazała że potrafi być złośliwa. Przez cały rajd świeciło piękne słońce, a na czas kajakowania przyszły chmury i zrobiło się chłodno. Także nie tylko zmagaliśmy się z falami i wiatrem, ale również z zimnem. Na dodatek Mustafa kompletnie opadł z sił, więc sporą część drogi musiałem machać samemu. Woda zalała nasz kajak kompletnie i zacząłem porządnie marznąć. Poza tym mijaliśmy zespoły, które były szybsze od nas i właśnie wracały na metę. Jak im wtedy zazdrościliśmy… Na szczęście mogłem skupić się na pięknych widokach. Bo jezioro rzeczywiście przepiękne. Otoczone skałami i lasami, które zachwycały urodą. Po dotarciu do punktu szybko podbiliśmy go i udaliśmy się w drogę powrotną, która była o wiele przyjemniejsza bo wiatr wiał w plecy, a i słońce przebijało czasami spomiędzy chmur. Gdy w końcu dobiliśmy do brzegu było mi strasznie zimno i nie mogłem ruszać rękoma. Całe szczęście, że na mecie tego etapu organizatorzy rozpalili ognisko. Dzięki temu ze szczękającymi zębami stałem i parowałem przy ogniu. Popełniliśmy dwa poważne błędy przygotowując się do płynięcia w kajaku. Po pierwsze nie wzięliśmy rzeczy na zmianę, a po drugie nie zdjęliśmy butów przed wypłynięciem. Przez co byliśmy kompletnie przemoknięci i nawet mapa, którą schowałem w spodnie przemokła
Zimno lepiej zniósł Musti, który poganiał mnie, żebyśmy jechali na metę, ale ja nie mogłem oderwać się od źródła ciepła, ani na moment. W końcu po około 20 minutach ruszyliśmy w drogę. Na ostatni etap rowerowy.
Etap IV
Rower – 8 km
Ostatnim etapem był po prostu powrót rowerami do bazy rajdu. Zmęczeni i mokrzy – ruszyliśmy. Przy okazji mogliśmy zobaczyć, jak blisko punktu byliśmy rano, kiedy wszędzie osiadła mgła, a my kluczyliśmy przy brzegu. Zaczęliśmy mocno, żeby jak najszybciej się rozgrzać, lecz po chwili Mustafa został w tyle. Wróciłem do niego i razem prowadząc rowery ruszyliśmy pod górę. Na szczęście spora część trasy prowadziła w dół, więc udało się przejechać parę kilometrów. Niestety ostatni kawałek trasy był pod górę. Na początku podjazdu Mustafa usiadł na ziemi i stwierdził: ‘I am finished’. Ja już też opadałem z sił, ale najbardziej doskwierało mi to, że byłem kompletnie mokry. Nie pozostało nic innego jak postawienie Mustafy na siodełko. Trzymając w jednej ręce swój rower, a w drugiej pchając mojego przyjaciela ruszyłem pod górę. W końcu ukazała się upragniona meta! To nie był koniec. Organizator przygotował niespodziankę…
Etap V
Zadanie specjalne
No tak… Zapomniałem, że w dniu dzisiejszym miała być niespodzianka. Przy kempingu był stawek, a nad stawkiem organizatorzy rozpięli line. Lina połączona była z lodka. Zadanie polegało na dostaniu się za pomocą liny nad łódkę, chwyceniu jej i przetransportowaniu na drugi brzeg stawu. Normalnie zadanie to nie byłoby zbyt wymagające, ale po całym dniu napierania można było się zmęczyć. Zaliczyliśmy zadanie i mogliśmy cieszyć się z zakończenia tego dnia.
Czas – 10h 4m. Zakończyliśmy ten dzień na 5. miejscu. Łącznie po dwóch dniach byliśmy szóści, ale byliśmy z siebie bardzo zadowoleni, ponieważ okazało się, że tylko siedmiu zespołom dane było ukończyć ten dzień walki na trasie.
Zmęczeni, ale szczęśliwi zjedliśmy kolację, a potem posiedzieliśmy przy ognisku susząc nasze rzeczy. Dodatkową miłą niespodzianką było to, że w Turcji, podobnie jak w Polsce była zmiana czasu na zimowy przez co mogliśmy pospać godzinę dłużej.
30. października 2011r.
Etap I
Rower – 45 km
Dzień trzeci i ostatni wstał sobie rześko i od razu zrobiło się pozytywnie, ale w zupełnie innym nastroju wstał Mustafa. Dwa poprzednie dni dały mu się mocno we znaki i mimo 10 godzin snu wydawał się tak samo zmęczony jak dnia poprzedniego. Na szczęście ten dzień był łatwy i przyjemny. Wystartowaliśmy jako szósty zespół od końca i od razu po starcie….popełniliśmy błąd. Szkolny, prosty i bez sensu. Straciliśmy kilka minut i zostaliśmy dogonieni przez parę zespołów. Na dwójkę postanowiliśmy pojechać za resztą nie patrząc nawet na mapę, żeby nie tracić cennego czasu i tu znowu pech ponieważ w pewnym momencie dwa zespoły skręciły w lewo, a trzy pojechały prosto. W tym momencie znowu dopisało nam szczęście, ponieważ ruszyliśmy za większością i to okazało się dobrym pomysłem. Tutaj skończyła się wspólna jazda, gdyż Musti odmówił posłuszeństwa i został w tyle nie wytrzymując tempa reszty zespołów. Odpuściliśmy peleton i swoim tempem kierowaliśmy się na pkt 3. Jakież było nasze zdziwienie, gdy podbijając trójkę ujrzeliśmy wszystkie ekipy pędzące w naszą stronę. Podbudowani tym widokiem ruszyliśmy dalej wybierając wariant asfaltowy biegnący z lewej strony góry. Reszta zespołów szybko nas dogoniła i wyprzedziła. Spokojnie dotarliśmy do punktu 4., a następnie 5. Niestety w drodze na ‘szóstkę’ czekał nas ostatni spory podjazd, a właściwie podejście. Będąc prawie na szczycie ujrzeliśmy w dole zespół, który podążał za nami jadąc ostro pod górę. Okazało się, że to nasi przyjaciele Gokay i Eda. Zrobili błąd, który kosztował ich 10 kilometrów dodatkowego pedałowania. Punkt 7. oraz 8. był wyznaczony na mapie Google i znajdował się w Eskişehir. Punkt osmy to centrum starego miasta. Oba punkty nie sprawiły nam problemu.
Etap II
Bieg na orientacje – 3 km
Bardzo fajna atrakcje przygotowali organizatorzy na zakończenie rajdu. Dostaliśmy mapy starego miasta i na poszczególnych zabytkach umieszczone były punkty kontrolne. Fajna zabawa, żałuję jedynie że tak krótka.
Czas – 3h 28m
Koniec
Nasz udział w rajdzie zakończyliśmy na dobrym 6. miejscu. Zmęczeni i zadowoleni wróciliśmy do domu i wzięliśmy gorący prysznic, którego przez ostatnie dni najbardziej nam brakowało. Potem wróciliśmy na zakończenie. Najpierw występ zespołu osmańskiego, a później nagrodzenie najlepszych ekip i pożegnanie ze wszystkimi uczestnikami. Podsumowując moje pierwsze rajdowe doświadczenie na tureckiej ziemi było çok iyi yaaa. W tłumaczeniu super. Bardzo profesjonalnie i jednocześnie przyjacielsko i pozytywnie. Już nie mogę doczekać się następnego startu – 4 grudzień 2011r. – Stambuł.
Z kompasem zamiast Harpagana
W Harpaganie startowałem już 3 razy, więc tym razem w celu zbierania nowych doświadczeń wybrałem konkurencyjną imprezę, również w województwie pomorskim – Kaszubski Rajd na Orientację z Kompasem. Strona rajdu bardzo ładna i na bieżąco aktualizowana, no i trasy ciut bardziej dostępne, niż te harpaganowe. Zdecydowaliśmy się (wspólnie z Maciejem) na trasę fioletową – 126km na rowerze.
Nasz optymizm ostudził nieco rozkład jazdy pociągów, który nijak nie pasował, abyśmy dojechali na rajd w miarę na czas. Dodatkowo Maciej się lekko przeziębił a mi mój wspaniały pracodawca zorganizował na piątek wieczór imprezę firmową (darmowe alko więc nie można było odmówić
). No więc Maciej lekko przeziębiony i ja lekko skacowany wyruszyliśmy z Poznania o 7.15, aby zawitać do Lęborka koło 13.40. Już z pociągu zamówiliśmy sobie pizzę, która miała na nas czekać jak dojedziemy i czekała, tylko my nie mogliśmy znaleźć pizzerii. Ostatecznie koło 14.20 wyruszyliśmy do Łęczyc (12km). Na miejsce dojechaliśmy na 5 minut przed naszym planowanym startem i przebierając się do startu obserwowaliśmy jak nasi konkurenci ruszają na trasę.
My ruszyliśmy dopiero około 15.30 i od początku równym tempem staraliśmy się odrabiać straty. Niestety mapa była tylko czarno-białym ksero mapy topograficznej i mimo posiadania mapnika musiałem się zatrzymywać, żeby wczytać się w szczegóły. Nigdy nie wiem czy taka czarno-biała mapa to celowy zabieg organizatora – żeby było trudniej, czy zwykła oszczędność. Ja wolałbym dopłacić te 2zł i dostać mapę w kolorze. Na pierwszy punkt wjechaliśmy bezbłędnie. Organizator zastosował dość nietypowy sposób opisu punktów kontrolnych. “PK 1 – Wiara czyni cuda, skończyć rajd się uda” – dopiero dojeżdżając do miejscowego kościółka ten opis stał się dla nas jasny.
Przejazd na PK 2 pokazał nam 2 zasadnicze różnice miedzy terenem na Pomorzu a tym w Wielkopolsce. Po pierwsze tam są góry, a po drugie w związku z tym, że tam są góry drogi nie idą na wprost przez las tylko wiją się to wzdłuż grzbietów, muld itd. czego niestety nie widać na mapie 1:50000. Mimo drobnych konsternacji na przelocie ostatecznie udało nam się wjechać na asfalt prowadzący do miejscowości Dąbrówka. Zakomunikowałem Maciejowi, że jak zacznie się pole, to powinien być punkt. Mimo dość enigmatycznego opisu – “Nieopodal chatki Baba Jagi” wydawał się on być dość prosty. Wyjechaliśmy z lasu i okazało się, że to co wziąłem za pole tak naprawdę jest jeziorem (ach ta skserowana mapa), ale ku naszemu zaskoczeniu udało nam się też dogonić pierwszych rywali. Wspólnie z nimi pojeździliśmy trochę po Dąbrówce w poszukiwaniu lampionu. Nic dziwnego, że nie zauważyliśmy go od razu – leżał na ziemi jakieś 50m od asfaltu. 4 chłopaków z “Jak dziki team” pognało do przodu, a my najpierw zjedliśmy po batoniku i ruszyliśmy za nimi.
Niestety w miejscu, gdzie na mapie znajdował się PK 3 zgiąłem wcześniej mapę i ksero się trochę wytarło, ale przelot był dość łatwy i bez żadnych problemów dotarliśmy do tego punktu. Na drodze do punktu 4 postanowiliśmy przetestować o ile szybciej jest poruszać się asfaltem. “Jak dziki team” pojechali na wprost do punktu polna drogą, a my trochę dookoła, ale szosą. Na punkcie byliśmy pierwsi i na 4 km nadrobiliśmy gdzieś 5 min. Przy okazji dogoniliśmy 4 innych konkurentów. Sam punkt usytuowany był przy zbiorniku koło elektrowni szczytowo-pompowej w Żarnowcu.
Na “piątkę” jechało się prawie cały czas asfaltem, jednak trzeba było zachować rewolucyjną czujność, aby w odpowiednim momencie z niego zjechać. Niestety drogę, w którą zjechaliśmy po jakichś 500m tarasował płot. Trzeba było się wycofać i spróbować inną drogą. Niestety “cichej przystani pod gwiazdami” nie było widać z tej drogi, a jak już ją znaleźliśmy to lampion leżał w wodzie. Długie poszukiwania “piątki” zrekompensował nam trochę widok zachodzącego słońca nad jeziorem Choczewskim. W międzyczasie wyprzedziliśmy kolejnych rowerzystów (w sumie mieliśmy już z 14 miejsce od końca).
Punkt numer 6 znajdował się przy latarni morskiej w miejscowości Stilo. Do przejechania ponad 20km, na szczęście w 90% asfaltami. Po drodze zatrzymaliśmy się w sklepie w Choczewie i uzupełniliśmy zapasy. Jakieś 4km przed PK 6 minęliśmy się z pierwszym zawodnikiem, potem było kolejnych 2, jeszcze 2 i na końcu jeden. Po krótkich obliczeniach (1+2+2+1=6) wyszło nam, że jesteśmy na 7-8 miejscu. Strata do lidera – jakieś 8km, czyli przy jeździe asfaltem ok 20-25min, a więc dokładnie tyle ile straciliśmy na starcie – całkiem nieźle. Niestety strata okazała się ciut większa bo do samej latarni trzeba było dobiec jakiś kilometr. Trochę baliśmy się zostawić rowery same, więc ja pobiegłem, a Maciej zabawił się w ochroniarza.
Zaczęło robić się zimno, a na dodatek Macieja dopadł lekki kryzys. Mimo, to tempo nam mocno nie spadło i na siódmy punkt dojechaliśmy w miarę sprawnie. W ruinach wiatraka zamiast lampionu znaleźliśmy kartkę z napisem, że punktu nie ma.
Na przelocie do ósemki przytrafił nam się pierwszy błąd nawigacyjny. Po pierwsze niepotrzebnie cięliśmy przez las, zamiast naokoło szybkim asfaltem, a po drugie pomyliliśmy drogę w lesie i nadrobiliśmy jakiś kilometr. Sam punkt już potem bez problemów i czym prędzej ruszyliśmy na PK 9 gdzie był “Czas STOP” i ciepła herbatka zapewniona przez organizatora. Oprócz herbatki zaoferowano nam także kiełbaskę, śledzika i ziemniaczki z ogniska.
Wykorzystaliśmy tylko 40min z możliwych 2h na “czasstopie” i ok. 23.30 ruszyliśmy w dalszą część trasy. Punkt miał znajdować się przy “najprawdopodobniej najdłuższej desce na świecie”. Jak dojechaliśmy mniej więcej w jego okolice spotkaliśmy kilkanaście osób z trasy zielonej pilnie studiujących długi drewniany płot. Chwilę postudiowaliśmy go z nimi, aż w końcu zdecydowałem się sprawdzić co jest po jego drugiej stronie. W wiacie znajdującej się po drugiej stronie płotu był długi stół, a obok długiego stołu stała dłuuuuga…. hulajnoga (?), a na końcu tego stołu wisiał nasz PK 10. Zawołałem jak tylko cicho się dało Macieja, wygasiliśmy nasze latarki i odbiliśmy “dychę”. Może było to mało przyjacielskie, ale my się naszukaliśmy to inni też niech mają tą przyjemność.
Na przejeździe na punkt 11 dała nam się we znaki pogoda (ale nie ta z soboty, a z wcześniejszych dni). Polna droga, którą jechaliśmy była momentami jednym wielkim bagnem i chcąc nie chcąc fragmentami musieliśmy nasze bicykle prowadzić. Jeszcze gorsza była droga od jedenastki do asfaltu prowadzącego do mety. Nawet tak niespotykanie spokojny człowiek jak Maciej klął na niej jak szewc
Na szczęście sam asfalt do mety był przez cały czas z górki i ok. 1.30 dojechaliśmy do mety.
Na następny dzień okazało się, że zajęliśmy 4 miejsce
I nawet załapaliśmy się na przygotowane przez organizatorów nagrody. Do zwycięzców straciliśmy 50 minut. Poniżej “czysta” mapa naszej trasy i mapa z naszymi przejazdami.


Wertepy 2011 czyli chwalipęctwa ciąg dalszy
Wertepy 2010 to był mój pierwszy start w zawodach typu Adventure Race i ten jeden start wystarczył, bym stwierdził, że jest to najciekawsza z form orientacji. Było pływanie przez rozlewiska Warty, przeprawa pontonowa przez samą rzekę, zadania linowe, niebanalna orientacja na rowerze i pieszo, momentami ekstremalna pogoda – jednym słowem rajd kompletny. Mimo, że cena tegorocznych zawodów lekko się podniosła nie było mnie trzeba namawiać, żebym wziął w nich udział. Do wspólnego startu w parze namówiłem Kasię, a na zawody zgłosił się także “Dynamiczny Duet” w składzie Maciej Drajerczak i Piotrek Plewa.
Przed startem
Ponieważ Imiołki są niedaleko Poznania stwierdziliśmy, że lepiej wyspać się w swoich łóżeczkach i do bazy dotrzeć rano. Pociągiem o 6.40 dojechaliśmy do Lednogóry, a stamtąd jakieś 8-10km na rowerach do Imiołek. Zdążyliśmy akurat idealnie na odprawę. Gdy otrzymałem mapę zrozumiałem co miał na myśli Remik mówiąc, że rajd będzie raczej pustynny – 90% mapy było białe i tylko gdzieniegdzie występowały małe kępki lasu. Szybkie spojrzenie na poszczególne przeloty i tylko w dwóch przypadkach miałem problem z wyborem wariantu. Postanowiłem wyciągnąć linijkę i zmierzyć którędy jest krócej, ale w końcu nie zdążyłem. W międzyczasie do bazy przyjechała Kasia i po szybkim przebraniu się i spakowaniu plecaków stawiliśmy się na starcie.
Etap 1 – Bieg na orientację – 5km
Nie lubię, gdy bieg na orientację jest na samym początku. Jest to etap, na którym najwięcej możemy zyskać, a jak inne zespoły biegną “w kupie” to popełniają zdecydowanie mniej błędów. Traska miała 5km, mapa “Imiołki ZHP” pamięta czasy jak chodziłem do przedszkola, więc roślinność nie do końca się zgadzała, ale drogi i cała reszta były OK. Postanowiliśmy pobiec od prawej strony, rozpoczynając od punktu numer 1. Udało nam się trochę potruchtać, gdzieniegdzie ścinaliśmy przez las, dzięki czemu nie odstawaliśmy za bardzo od reszty. Większość punktów stała do 50m od ścieżek, więc ja wbiegałem do lasu podbić punkt a Kasia szła już dalej i ją doganiałem. Trasa zajęła nam ok 45min i skończyliśmy ją w okolicach 8 miejsca. Jeszcze krótkie przebieranie, bo zrobiło się naprawdę gorąco i o 9.55 ruszyliśmy na rower.
Etap 2 – Rower – 30,6km
Na rowerze nasze tempo też było raczej rekreacyjne (ok. 22km/h na asfalcie i 18km/h na szutrówkach), ale staraliśmy się jechać równo, bez niepotrzebnych postojów a co najważniejsze bezbłędnie. Już na samym początku minął nas zespół FTI Team, który jechał na oko 2 razy szybciej od nas… Orientacja na etapach rowerowych jest zazwyczaj dość prosta, szczególnie jeśli mapy są dokładne. Tak było i tutaj, jednak Remik zastosował bardzo fajny sposób, aby wymusić na zawodnikach czujność. Punkty kontrolne nie stały na drogach, ale zawsze 50-100m od nich, w związku z czym nie starczyło jechać odpowiednią drogą, ale jeszcze w odpowiednim miejscu się zatrzymać i dobiec z niej do punktu. Już na pierwszym PK na tym etapie udało nam się dzięki temu wyprzedzić z 2 zespoły i właściwie tak było do końca tego etapu: FTI Team i Super Team wyprzedzali nas na rowerach, a potem “czesali” przy punkcie, który my znajdowaliśmy jako pierwsi. Niestety między 3 a 4 punktem Kasia wyrżnęła się na wybojach przy zjeździe i najpierw było trzeba ją pozbierać, a potem doprowadzić do stanu używalności jej rower. Strata ok. 5-10min, ale na szczęście mogliśmy jechać dalej. Większość trasy była po asfalcie lub po dobrych szutrowych drogach, ale w kilku miejscach musieliśmy zsiąść z rowerów i je prowadzić. Te 30km zajęło nam ok. 1h40min, średnia 18km/h – jak dla mnie spoko.
Przeprawa przez “rzekę”
Mała Wełna na pewno byłaby dumna, gdyby ktoś nazwał ją rzeką, w miejscu gdzie się przez nią przeprawialiśmy miała może z 5m szerokości i 1m głębokości. Sama akcja poszła nam dość sprawnie, przeniosłem swój rower, potem Kasi, a na końcu Kasię na barana. Niestety nasi kompani – Dynamiczny Duet – okazał się być mniej dynamiczny (postanowili się rozebrać, żeby nie zmoczyć ubrań i butów) i na tym etapie nasze drogi się rozdzieliły. Etap rowerowy kończymy na 6 pozycji, tuż za Super Teamem i tuż przed FTI Teamem.
Etap 3 – Trekking – 13km
Kasia znana jest z tego, że w szybkim marszu zawstydziłaby nawet Roberta Korzeniowskiego. Tak więc zasuwaliśmy całkiem szybko, gdzie się dało na szagę przez pola, gdzie się nie dało obchodziliśmy drogą. Obudziła w nas się nawet żyłka rywalizacji, więc ostatnie kilometry oglądaliśmy się za siebie wypatrując czy nikt nas nie goni. Cały etap zajął nam 2,5h, ale w międzyczasie wykonywaliśmy jeszcze zadanie specjalne.
Zjazd linowy, czyli jedzie pociąg z daleka
Po 2km etapu trekkingowego było do zaliczenia kolejne zadanie specjalne. Gdy byliśmy ok. 50m od wiaduktu, z którego mieliśmy zjechać na linie usłyszeliśmy głos dziewczyny z FTI Team. Okazało się, że zarówno oni, jak i Dynamiczny Duet wybrali nieco inny, dłuższy wariant na ten punkt, ale całość biegli i dobiegli do punktu równo z nami. Zmusiliśmy się do krótkiego sprintu i to jednak my jako pierwsi wykonywaliśmy zadanie specjalne. Polegało ono na zjechaniu na linie z mostu o wys. ok 5-7m na tory. Remik na odprawie ostrzegał, że linia jest czynna, ale pociąg jeździ tamtędy raz na tydzień. Kasia szybciej ubrała się w uprząż i przechodząc przez barierkę próbowała na mnie wymóc oświadczyny, ale “nie ze mną te numery Bruner”
. Samo zadanie, jak ogarnąłem o co chodzi było dość proste. Jednak gdy wisiałem jakieś 2m nad ziemią Kasia zauważyła jadący pociąg, niby był jakiś kilometr od nas i jechał dość wolno, ale i tak adrenalina podskoczyła i trochę spanikowałem przy odpinaniu karabinka. Ostatecznie zdążyliśmy zebrać sprzęt, podbić punkt, wejść na most i dopiero wtedy pociąg przejechał, ale ta anegdotka opowiadana w przyszłości przy piwie na pewno ewoluuje ![]()
Etap 4 – Rower – 6km
Kończąc etap trekkingowy odwróciłem się i gdzieś pół kilometra za nami dostrzegłem 2 biegnące(!!!) sylwetki. Okazało się, że był to depczący nam po piętach FTI Team. Co prawda do kajaków zostało tylko 6km, ale nasze tempo było już dość ślamazarne (szczególnie pod górkę w Zakrzewie) i 5 minut jakie na oko do nas tracili było do odrobienia. Na szczęście udało nam się utrzymać 6 lokatę, a i nasze tempo nie było, aż tak wolne jak mi się na początku wydawało – 6km – 20min.
Etap 5 – kajak – 3km
Nie ukrywam, że jest to etap, z którego jestem najbardziej zadowolony. Wiosłowaliśmy równo, bez problemów nawigacyjnych i jak się okazało bardzo szybko. Przy jednym z punktów rozpieklony wędkarz poinformował nas, że jest przepis, który mówi, że nie można przepływać bliżej niż 50m od spławika. Nasze tłumaczenia rozeźliły go jeszcze bardziej i w pewnym momencie szykował się już, żeby skoczyć do wody i “nam pokazać”. 3km kajakiem zajęły nam 30min i był to jeden z lepszych czasów na tym etapie.
Meta
Udało nam się ukończyć Wertepy na 6 pozycji w czasie 6h36min i jak się okazało byliśmy pierwszym zespołem z kobietą w składzie.
Tego dnia Imiołki nie były metą naszych zmagań. Stamtąd jechaliśmy do Bydgoszczy, gdzie na 20 szliśmy na wesele. Walka trwała do 4 w nocy i była dużo trudniejsza, niż ta na Wertepach ![]()


Izerska Wielka Wyrypa – pierwszy sukces
Zeszłoroczna Izerska Wielka Wyrypa została przerwana z powodu powodzi, która w sierpniu nawiedziła Pogórze Izerskie. Mimo tak pechowej pierwszej edycji organizatorzy nie zniechęcili się i postanowili zorganizować IWW w tym roku. Na linii startowej rajdu stanęło 199 zawodników. Najwięcej – 100 osób – na naszej trasie TP50. Mimo, że ostatnio z treningami bywało u nas różnie i nastawialiśmy się raczej na start czysto rekreacyjny udało nam się zająć w tej stawce znakomite miejsca: Marysia wygrała kategorię kobiecą z czasem 8h46min pokonując drugą zawodniczkę o 1,5h, Tomek zajął 5, Marek 7 a Franek 8 miejsce z czasami w granicach 6h50min. Ale od początku…
Przed rajdem
Na rajd mieliśmy stosunkowo blisko, a do tego Lubań leży tuż przy autostradzie, więc podróż powinna być miła i sympatyczna. Dojechaliśmy z Frankiem pociągiem do Wrocławia, skąd samochodem zabrali nas Marysia z Tomkiem. Niestety samochód nie był w najlepszej formie tego dnia i prędkość jaką rozwijaliśmy na autostradzie wahała się między 60km/h pod górkę i 120km/h z górki. Ostatecznie do bazy dotarliśmy ciut przed 23. Okazało się, że w ramach wpisowego otrzymuje się pamiątkowe koszulki co mnie dość pozytywnie zaskoczyło, do tego karty i numery startowe porządnie zalaminowane, generalnie organizacja na pierwszy rzut oka (na kolejne też) wzorowa
Niestety na auli, na której spaliśmy grupka rowerzystów zorganizowała sobie “spotkanie po latach” i przy zapalonym świetle harcowali przy wódeczce do późna (ktoś im nawet zwrócił uwagę co postanowili potem obśmiać na swoim blogu), więc spaliśmy może z 3h. Na odprawie technicznej dowiedzieliśmy się, że na rajdzie użyta będzie mapa turystyczna. Ma to swoje plusy i minusy. Z jednej strony na takiej mapce jest mniej elementów i jest ona zdecydowanie czytelniejsza, jednak z drugiej strony używając takich map organizator dość mocno ogranicza sobie miejsca gdzie można ustawić PK.
Początek
Po rozdaniu map mieliśmy około 10 minut, na zaznajomienie się z trasą i wyznaczeniem wariantów. Trasa wydała się dość prosta i mimo, że był to scorelauf kolejność zaliczania punktów była dość oczywista, trzeba było tylko zadecydować w którą stronę je zaliczać. Po przejrzeniu całości uznaliśmy, że zaczynając od E-02 będziemy mieć lepsze punkty ataku na najtrudniejsze punkty kontrolne.
Podobnie do nas pomyślała zdecydowana większość uczestników i o 7:00 ruszyliśmy w sporej pielgrzymce na nasz pierwszy punkt. Szkoda, że organizator nie zostawił na mapie asfaltu na zachód od Ponikowa. Tak wariant był dość oczywisty i wszyscy szli tak samo: przez Ponikowo, potem na północ, kawałek na szagę do linii wysokiego napięcia i asfaltu, i drogą od asfaltu na szczyt “Liściasta”. Staraliśmy się biec jak było płasko i z górki, a pod górę dość szybko maszerować. Sama lokalizacja punktu trochę nas zaskoczyła bo z mapy wydawało się, że będzie stał na wschód od ścieżki a stał na zachód na polanie przy wieży (widokowej?).
Na kolejny punkt – E-04 – ścięliśmy z górki na krechę do drogi idącej wzdłuż pola wprost na punkt. Generalnie bez historii, aczkolwiek część osób szła drogą dookoła i udało nam się tu trochę nadrobić.
OS-04
Koncepcje dojścia na OS-04 mieliśmy dwie: męską – fizolską – na południe do asfaltu i asfaltem zajść punkt od dołu, i żeńską na wschód do rzeczki, przez mostek i przebijać się na azymut. Ostatecznie wyszła koncepcja “pedał”, poszliśmy do asfaltu, a potem zbiegliśmy polną drogą do Leśnej i opłotkami przebijaliśmy się do OS-u. Niestety w miejscu gdzie na mapie miało być pole były już domki i na obchodzeniu i kluczeniu między ogrodzeniami straciliśmy z 10 min. Sam odcinek specjalny był liniówką, na której trzeba było znaleźć 4 punkty kontrolne. Trasa przebiegała zarówno na powierzchni, jak i na poziomie -1 w sztolni/bunkrze. Zejście do podziemi tak nas zdekoncentrowało, że biegaliśmy tam pewnie z 15min szukając lampionu w labiryncie tuneli. Generalnie zadanie to było świetnym pomysłem, ale gdyby zrobić mapkę tej sztolni i wrzucić tam kilka punktów mogłoby być jeszcze ciekawiej.
Dawaj Mario
Przejście na kolejny punkt było dość proste, aczkolwiek chyba najbardziej wymagające fizycznie. Do podejścia mieliśmy jakieś 100m, a większość na jednej prawie pionowej ścianie. Najmocniej dało się to we znaki Marysi i mimo naszych “Dawaj Mario” (później przez całą resztę trasy w myślach śpiewałem “Warszawski deszcz“), Marysia postanowiła odłączyć się od nas. Tomek uznał, że przynajmniej zmobilizuje ją to do trenowania, żebyśmy kolejny rajd ukończyli razem.
Dookoła jeziora
Pierwszych 10km po rozstaniu to był bieg pomarańczowym szlakiem wzdłuż jeziora. Z jednej strony super widoczki, z drugiej strasznie nudne pod względem nawigacji (a właściwie jej braku) i dłużące się 10km. Troszkę tą nudę wynagrodziła nam kładka, którą przechodziliśmy na drugi brzeg jeziorka. Niestety tuż po niej przytrafił nam się kolejny błędzik. PK miał opis “Słup na SW od kładki”. Ustawiliśmy więc kompas i szliśmy na SW od kładki, trafiliśmy na słup, ale punktu nie było. Był przy słupie bliżej jeziora, niestety kolejne 5min straty.
OS – 03
Nawigacyjnie była to najtrudniejsza część trasy, ale trudna to ona nie była. Postanowiliśmy od razu wdrapać się na górę i zaatakować punkt OS3-01 od pola. Tomek poleciał nie na ten nosek co trzeba było i nawołując go do nas z powrotem, wszamaliśmy z Franciszkiem po kabanosiku. 2 pozostałe punkty były na szczytach więc generalnie bez kombinacji – starczyło iść przez cały czas w górę
Do mety
Przy kolejnym punkcie na trasie dogoniliśmy Kornela Jaskułę i mijaliśmy się z nim na trasie do końca. Po drodze do mety popełniliśmy jeszcze może 5min błędu i zostaliśmy ochrzanieni przez pewnego pana, którego posesja znajdowała się w miejscu, gdzie na mapie szła droga. “Czego tu szukacie? Drogi? W nocy latają i spać nie dają *&^(%”. Generalnie z panem nie dało się pokonwersować, ale chyba nie byliśmy pierwszymi, którzy do niego trafili. Ostatnie 2km do mety było z górki i dość mocno przyspieszyliśmy, mnie niestety trochę bolała kostka i na nierównej polnej drodze bałem się do końca puścić nogi. I tak sobie biegliśmy Tomek, po 50m ja a po mnie 50m Franciszek. Jakiś kilometr przed metą Tomek zniknął za zakrętem, a kiedy tam dobiegłem już go nie było widać. Okazało się, że zobaczył przed sobą wspomnianego Kornela Jaskułę i postanowił się z nim pościgać, co ważniejsze z sukcesem. Tak więc ostatecznie Tomasz zajął 5 miejsce z czasem 6h49min, ja byłem 7 z czasem 6h51min a Franek 8 z czasem 6h53min. Jak na start relaksacyjny całkiem nieźle
Marysia ukończyła trasę prawie 2h po nas, ale jej sukces był jeszcze większy, bo wygrała klasyfikację kobiet.
Podsumowanie
Generalnie Izerska Wielka Wyrypa była świetną zabawą, wzorowo zorganizowaną, z super klimatem i z pięknymi malowniczymi trasami, jednak jako, że wywodzimy się ze środowiska biegaczy na orientację była dla nas zbyt prosta nawigacyjnie. Brakowało wielowariantowości i punktów, na których można było popełnić większy błąd.
Fotografie pochodzą z galerii organizatora.



