Tegoroczny Rajd Miejski w Gliwicach był naprawdę bardzo szybki. Najlepszemu zespołowi pokonanie 110km trasy zajęło 6h24min, my straciliśmy do zwycięzców ciut ponad 1,5h zajmując 7 miejsce (5 w naszej kategorii). W zeszłym roku uplasowaliśmy się tu na 16 pozycji, więc poprawa jest znaczna ![]()
Rajd w Gliwicach podzielony jest na 2 etapy. Etap sobotni to 25km bieg w formie scorelaufu po Gliwicach, z wieloma nietypowymi zadaniami specjalnymi. Etap niedzielny ma około 75km (w tym roku miał prawie 90) i składa się na niego jazda na rowerze, kajaki, rolki oraz bieg na orientację + kilka zadań specjalnych. Dzieje się naprawdę dużo.
Sobota – pogoda 8 stopni, lekka mżawka
Mapy dostaliśmy na około 5 minut przed startem, który tego dnia wyznaczony był na godzinę 15.00. Chwilę zastanawialiśmy się nad kolejnością zaliczania punktów. Bardzo nie chcieliśmy biec tak samo jak Studenciaki (Władek i Patela). Raz, że mają oni więcej wprawy w wpychaniu się na zadaniach specjalnych, a dwa biegnąc osobno możemy coś zyskać na nawigacji. Niestety zarówno oni jak i zespół Hadesu Poznań wybrał dokładnie tą samą kolejność zaliczania punktów co my. Trudno… Rozpoczęliśmy od PK10, część zespołów, która biegła na ten sam punkt co my odwróciła się i pobiegła od razu na punkt, my postanowiliśmy przebiec przez bramę startową (słit focia na fejsika musi być) i pobiegliśmy ciut dłuższym wariantem. Na kolejny punkt dobrze ścięliśmy przez osiedla i dogoniliśmy studenciaków. Na trzecim z kolei punkcie czekało nas zadanie specjalne – Franek pobiegł eksplorować podziemia, a ja obmyśliłem przebieg na kolejny punkt. Oczywiście z zadania specjalnego pierwszy wybiegł Władek, a Franek dopiero po 2-3 minutach, ale na kolejnym punkcie znów byliśmy razem i w 3 zespoły (jeszcze Hades) pobiegliśmy do galerii handlowej Forum. Przed wbiegnięciem pytam Władka jaki opis punktu, a on mi odpowiada, że opisu nie ma, tylko że będzie tam zadanie niespodzianka. Wbiegamy do galerii, a punktu nie widać. Franek postanawia pobiec dookoła sklepu i znika gdzieś między klientelą. Opis punktu sprawdził Patela i jednak takowy był – siłownia Pure. Spytaliśmy pani przy stoisku dokąd i polecieliśmy do windy. Dzwonię do Franka, że ma wjechać windą na 2 piętro. Niestety wsiadł najpierw nie do tej windy, potem wbiegł schodami, ale klatka była zamknięta i czekałem na niego przed siłownią ponad 5 minut. Szkolny błąd… Poskakaliśmy 30s na skakance i ruszyliśmy za Hadesem i Studenciakami. Na następnym punkcie trzeba było przeprowadzić 3 doświadczenia chemiczne. Franciszek jako chłopak z polibudy świetnie ogarnął pipetki i próbóweczki, a ja czytałem mu co po kolei ma robić – poszło bardzo sprawnie. Kolejny punkt i kolejne zadanie. Przypasowanie autorów związanych z Gliwicami do ich dzieł. Metodą na chybił trafił uzyskaliśmy w końcu odpowiednią kolejność i pani sędzina puściła nas dalej. Przy kolejnym punkcie stała spora grupa zawodników w tym Studenciaki i Hades – mamy ich. Wszyscy myślą nad zadaniem logicznym. Uzupełnij ciąg liczbowy 5, 41, 149, 329, ? Podbiega Marcin z Hadesu i mówi, że już 8 minut myślą i nic. Próbujemy sumy cyferek, potem różnicę między kolejnymi liczbami: 36, 108, 180 hmm.. 108 to 3×36 a 180 to 5×36 myślę głośno, na to Franek: “No to teraz musi być 7×36″. Marcin dodaje szybko na kalkulatorze – oddajemy kartki, zajęło nam to chyba 2min
i straty odrobione. Kolejny punkt – kolejne zadanie, pchnięcie kulą, a potem znalezienie na terenie boiska szkolnego określonych gatunków drzew i zaznaczenie ich na mapce. Wybiegamy równo z Studenciakami i Hadesem. Punkt kolejny – strzelanie z łuku. Kolejka jak 150… Trzeba było trafić 3 razy, w przypadku pudła szło się na koniec kolejki. Franek potrzebował 2 podejścia, podobnie jak Patela, Jędrek z Hadesu trafił 3 na 3 i pobiegli na już przedostatni punkt jakieś 5 minut przed nami. Przebieg był dość długi, ale my mieliśmy jeszcze siły. Narzuciliśmy mocne tempo, Władek spokojnie wytrzymał, natomiast Patela zaczął zostawać z tyłu. Na horyzoncie pojawili się Hadesy i jeszcze jakiś zespół, Dobrze ścięliśmy przez osiedle i lasek i na punkt wbiegliśmy pierwsi. Franek sprawnie wdrapał się po drabince i przeszedł most linowy, potem pobiegliśmy na basen, gdzie były do odszukania 2 perferatory. Pierwszy poszedł sprawnie, z drugim się trochę pomęczyliśmy. Jeszcze ostatni punkt, potem ścięcie przez miejscową melinę i prosta droga na metę przy radiostacji. Czas 2h45min miejsce 9, 2 minuty przed Studenciakami i 3 przed Hadesem ![]()
Niedziela – pogoda 10-13 stopni, lekkie zachmurzenie
Drugi etap rajdu startował o godzinie 9.00. Po otrzymaniu map trochę się zagapiliśmy i przez bramę startową przejeżdżaliśmy w końcówce peletonu. Próbowaliśmy wyprzedzać, ale było mało miejsca. Właściwie do 5 punktu, gdzie było zadanie kajakowe przez cały czas mijaliśmy kolejne zespoły, które skrzętnie korzystały potem z naszego korytarza powietrznego. Po drodze zaliczyłem bardzo efektowną glebę lądując twarzą w pokrzywach, a Frankowy rower cudem nie wylądował wtedy w moim tyłku. Kajaki poszły nam dużo lepiej niż w zeszłym roku, chociaż chyba różnica mas między nami jest ciut za mała i kajak robi się mało sterowny. Równo z Hadesami wyruszyliśmy na kolejny punkt. Tempo było naprawdę mocne, pod górkę spadało do 33km/h
Na PK6 kolejne zadanie – rzut kołem ratunkowym do celu – Franek trafił za pierwszym razem i pognaliśmy dalej. Na PK7 mały błąd na wariancie i uciekły 2-3 minuty, na PK8 czekał na nas nasz ulubiony etap – BnO. Chwyciliśmy mapę i od razu pognaliśmy w las, a razem z nami Władek, który zapomniał wziąć z plecaka kartę startową i właśnie po nią wrócił. BnO poszło świetnie i przegoniliśmy kilka ekip, a kilka podgoniliśmy. Zjedliśmy po batoniku i ruszyliśmy na PK9, a tuż przed nim Pateli urwał się łańcuch. Na PK10 roleczki, chwilę szukałem swojego worka, i pomknęliśmy. W jedną stronę było z górki i z wiatrem, od prędkości kręciło mi się w głowie, w drodze powrotnej tego mknięcia już za dużo nie było, ale w porównaniu z rokiem ubiegłym poszło super. Pomknęliśmy na kolejny punkt, a tam ścianka wspinaczkowa, znowu spec od zadań specjalnych w naszym zespole poradził z nim sobie błyskawicznie, a ja miałem czas żeby obmyślić wariant na kolejny punkt. Na 14tce dogoniliśmy kilka ekip – do odszukania był perferator na placu zabaw dla dzieci – takim z kolorowymi kulkami. Na 15tce czekał na nas sam kierownik rajdu Igor Błachut z GPSem. Trzeba było namierzyć 3 punkty, pierwszy raz coś takiego obsługiwaliśmy a zabawa bardzo fajna. Ostatni punkt był na stadionie Piasta Gliwice. Niestety stadion był opłotowany, a my wjechaliśmy nie od tej strony i musieliśmy go potem objechać. Franek pobiegł strzelić karnego rezerwowemu bramkarzowi Piasta – kilku piłkarzy Bayernu i Realu mogłoby się od niego sporo nauczyć
I finisz na metę. Czas tego dnia 5h6min, co dało nam w sumie 7h51min i 7 miejsce a 5 w naszej kategorii. Jabadabaduuu
Rajd Miejski Gliwice 2013 – będziemy na pewno ![]()
Strona zawodów http://www.gliwice_2012.team360.pl/
Niestety na dotychczasowych zdjęciach zamieszczonych przez organizatora jeszcze nas nie ma
Bardzo szybkie ściganie w Gliwicach
Harpagan 43
Początkowo chęć wyjazdu na Harpagana deklarował Tomasz, który w końcu chciał ukończyć swoją pierwszą setkę, potem Władek namawiał mnie, żeby iść na 100km, jednak ostatecznie zdecydowaliśmy się na trasę 50km. Wciąż mamy tak, że ten dystans jesteśmy w stanie przebiec w miarę niezłym tempie, natomiast 100km to dla nas walka o dotarcie do mety i umieranie przez kolejny tydzień
W piątek po pracy wyruszyliśmy z Poznania samochodem z dwoma poznanymi przez forum harpaganowe Bartkami, którzy startowali na trasie rowerowej i była to ich pierwsza w życiu impreza na orientację. Droga zleciała dość szybko, bo chłopaki chciały się dowiedzieć jak to na takich imprezach jest, a my mogliśmy szpanować ile to nie wiemy i jacy fajni to nie jesteśmy
Do Czarnej Wody dotarliśmy tuż przed startem trasy TP100, na sali gimnastycznej zajęliśmy miejsce znajomych setkowiczów, poszliśmy się zarejestrować i położyliśmy spać. Spania za dużo nie było, bo jak na sali śpi 200-300 osób to zanim się wszyscy położą trochę mija, a od 3 w nocy co rusz do sali wbiegali setkowicze, którzy kończyli pierwszą i wybiegali na drugą pętlę. Wstaliśmy około 6, zjedliśmy śniadanko, wyszykowaliśmy plecaki i wyszliśmy na boisko skąd był start.
PK1
Na pierwszy punkt na trasie wybraliśmy wariant z prawej strony, drogami, bezpiecznie, bez cięcia przez las, żeby wczuć się w mapę. Przez długi czas prowadziliśmy peleton, ale potem wyprzedziło nas kilku szybszych biegaczy, w tym 12 czy 13letni Fryderyk Pryjma… Ja na śniadanie zjadłem chyba o jedną bułkę za dużo i trochę dokuczał mi żołądek. Czas na pierwszym punkcie – 23min ok. 4km
PK2
Na przelocie na dwójkę trzeba było pokonać rzeczkę – Strugę oraz dość groźnie wyglądający kanał. Można było pójść do mostku w Leśnej Hucie lub Wiecku, a my wybraliśmy 3 opcję – przejście rzeki wpław. Znaleźliśmy jakieś drzewo i udało nam się zamoczyć właściwie tylko buty, potem trochę na azymut dotarliśmy do kanału, trochę nie pasował mi jego kierunek, ale długo się nie zastanawiając przeszliśmy na drugą stronę, brnąc w wodzie po uda. Po chwili dobiegliśmy do kolejnego kanału i tam wyjaśniło się, dlaczego kierunek poprzedniego nam nie pasował. Chcąc nie chcąc wpakowaliśmy się do wody po raz trzeci. Idąc na palcach udało mi się nie zamoczyć najwrażliwszego miejsca, Władek miał trochę gorzej. Złapaliśmy odpowiednią przecinkę, która poprowadziła nas prosto na punkt. Teoretycznie był to 10km trasy, ale biorąc rzekę wpław skróciliśmy sobie około 2km. Czas 53min.
PK3
W drodze na trzeci punkt zaczęło padać i to całkiem mocno, ale my i tak byliśmy już cali mokrzy, więc było nam wszystko jedno. Początkowo zamierzaliśmy pobiec na azymut do Leśniczówki Grzybno, ale zatrzymał nas jakiś płot i ostatecznie obiegliśmy Jezioro Grzybno od północy. Pod koniec przebiegu zaczęliśmy doganiać setkowiczów, co dodatkowo nas mobilizowało. Dla nich był to już 65km, a dla nas dopiero 15nasty – nie mogliśmy być wolniejsi. Czas na punkcie 1h29min – dystans 16,5km
PK4
Z trójeczki ruszyliśmy na północ do leśniczówki Pikowo. Wyciągnąłem batonika i udało mi się przekonać Władka, żeby chociaż podczas jedzenia nie kazał mi biec. Minutka marszu i lecieliśmy dalej. Wzdłuż jeziora Drzęczno, przez tory, a potem drogą prosto na punkt. Tuż przed punktem spotkaliśmy Irka Kociołka, który szedł już na piątkę. Mieliśmy do niego straty około pół kilometra. Dystans 24km – czas 2h 12min
PK5
Nie chcieliśmy, żeby nasi konkurenci spotkali nas tak, jak my spotkaliśmy Irka i od razu z punktu ścięliśmy przez las do równoległej przecinki, niestety nie sprawdziliśmy kompasu i trafiliśmy nie na tą drogę co trzeba. Pierwszy błąd, który kosztował nas z 2 minuty. Potem w miarę bez problemów trafiliśmy na piąty punkt. Dystans 31km – czas 2h 54min
PK6
Władek wybrał wariant na szósteczkę, a ja wykorzystałem ten moment na dokończenie batonika (nie dane mi było zjeść całego na 3 punkcie). Trwało to może 2 minuty, ale zniecierpliwiony Władek już mnie poganiał. Spojrzałem na mapę. Przez chwilę myślałem o wariancie z braniem rzeki wpław, ale tym razem rzeczka wyglądała groźniej, a my byliśmy bardziej zmęczeni. Wariant Władka był bardzo dobry, a po chwili odpoczynku biegło mi się znowu całkiem dobrze. Przebiegliśmy przez jeden mostek, potem przez drugi w okolicach leśniczówki Grzybno (2 leśniczówki o takiej samej nazwie w promieniu 5km), ale niestety 3 mostka nie było i mimo naszych starań przy wyborze wariantu, kąpiel okazała się nieunikniona. Co gorsza poziom wody sięgał powyżej 2m i trzeba było pływać. Pływanie w butach, z plecakiem, gdy znosi cię prąd nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy, ale na pewno jest bardzo orzeźwiające. Tacy orzeźwieni dobiegliśmy na 6 punkt, gdzie sędziowie poinformowali nas, że jesteśmy na 5- miejscu i przed nami były dwie 2-osobowe grupki, jedna 30min wcześniej, a druga 5 minut (w rzeczywistości pierwsza grupka była 3-osobowa i była na punkcie 15 minut przed nami). Dystans 37km, czas 3h30min
PK7
Pozostał nam do odnalezienia jeden punkt i 13 kilometrów do przebiegnięcia, złamanie 5h robiło się coraz bardziej realne. Na początek trzeba było dobić się do mostku w miejscowości Pustki. Po około kilometrze dogoniliśmy Irka Kociołka i Tomka Grabowskiego, czyli że już jesteśmy wspólnie na trzecim miejscu (w rzeczywistości byliśmy na czwartym), gdyby udało się tak dobiec do mety. Mimowolnie przyspieszyliśmy, minęliśmy Pustki, dobiegliśmy do łąki leżącej na północ od nich i pobiegliśmy wzdłuż niej. W pewnym momencie Irek stwierdził, że ten przelot jest chyba dłuższy, niż zakładane przez budowniczego 5km. Mi też już się trochę dłużyło i sprawdziłem mapę z kompasem. Kurcze, biegniemy w złym kierunku, o jakieś 90 stopni. Wybiegliśmy na łąkę i zaczęliśmy biec wzdłuż jej brzegu zgodnie z kompasem, ale jej kształt ewidentnie nam nie pasował, wlecieliśmy do lasu dobiegliśmy do dość charakterystycznego skrzyżowania i Władek pokazuje mi, gdzie jego zdaniem jesteśmy. Ustawiłem znowu mapę z kompasem i nijak mi to nie pasowało. “Przecież źle trzymasz mapę…” !?! Rzeczywiście w totalnym amoku zmęczenia obróciłem mapę o 90 stopni ustawiając ją do napisów w tabelce z opisami punktów. Na mapach do biegu na orientację jest zasada, że wszystkie napisy muszą być ustawione tak samo, zgodnie z północą, tak, żeby obojętnie jak ma się złożoną mapę można ją było bezproblemowo zorientować. Niestety po raz kolejny przyzwyczajenie z zawodów w biegu na orientację spowodowało błąd na maratonie na orientację, gdzie pewne rzeczy nie są zdefiniowane przez przepisy. Na ostatni punkt dobiegliśmy z 25minutowym błędem i ponad 2 dodatkowymi kilometrami. Sędziowie poinformowali nas, że jesteśmy na siódmym miejscu (w rzeczywistości byliśmy na 4). Ten przebieg zajął nam 57min i na 8km przed metą mieliśmy czas 4h 27min.
Meta
Szanse na podium i czas poniżej 5h przepadły i tak, jak zawsze potrafiłem wykrzesać z siebie resztki sił na finiszu, tak tutaj totalnie mnie ten błąd na ostatni punkt rozbroił. Powiedziałem Władkowi, żeby biegł do przodu, bo może uda mu się kogoś minąć i poleciał razem z Irkiem i Tomkiem Grabowskim. Chwilę szedłem, potem zacząłem truchtać, minął mnie Piotr Chyczewski, znowu zacząłem iść, na3km przed metą się trochę zmobilizowałem i po chwili dogoniłem Irka, który też już opadał z sił. Razem zmotywowaliśmy się do walki i dobiegliśmy na metę na 7 miejscu, Władek z Tomkiem Grabowskim zajęli 4 miejsce. Wygrał Remik, który też popełnił błąd na ostatni punkt, ale nie tak duży jak my. Niestety przywiózł ze sobą dwóch chłopaków i Władziu zamiast cieszyć się z drugiego miejsca zajął miejsce tuż za podium.
Władek czas 5h13min miejsce 4
Marek czas 5h24min miejsce 7
Nasze przebiegi:
Władek lecący na finiszu:
Irek waga piórkowa i Marek waga ciężka:
Zdjęcia z galerii Pawła Piwowarskiego: https://picasaweb.google.com/118315029965783110936/22Kwietnia2012Harpagan43
Rodzinne Wertepy
Biegacze na orientację wiedzą, że generalnie Gallów jest jak mrówków, Kosińskich z resztą też, ale tym razem po raz pierwszy było tak też na rajdzie przygodowym
Wspomożeni Kasią, wystawiliśmy na tegorocznych Wertepach 4 zespoły na trasie Open:
rajdkonwalii.pl Team 1 (Kasia Sadurska, Marek Galla)
rajdkonwalii.pl Team 2 (Franek i Jacek Galla)
Kobiety po przejściach (Basia Galla i Marysia Kosińska)
Kosy (Leszek i Andrzej Kosińscy)
Warto wspomnieć również o zaprzyjaźnionym zespole Rakietowe Rodzeństwo (Maciej i Gosia Drajerczak), z którym przejechaliśmy cały etap rowerowy. Franek z Jackiem mieli się ścigać o pudło, a reszta nastawiona była raczej na fajne spędzenie soboty z elementem rywalizacji.
My z Kasią do Zbąszynia dojechaliśmy pociągiem jeszcze przed 8. Reszta miała dojechać samochodami z Moch i Kaszczoru (ok. 35km). Generalnie moja rodzina znana jest z tego, że w niedzielę na mszy najpunktualniejsi pojawiają się w okolicach drugiego czytania, także około 9, już po odprawie odbierałem telefony z pytaniami “Gdzie jest ta szkoła?” ![]()
Start
Wertepy były pierwszym rajdem z występem cheerleaderek przed startem, fajnym pomysłem była również sesja fotograficzna wszystkich zespołów, pomiędzy zawodnikami kręcił się miejscowy dziennikarz z kamerą, duża dmuchana brama, banery, wszystko wyglądało megaprofesjonalnie. Mapy otrzymaliśmy na 5 minut przed startem. W zeszłym roku były całe białe, w tym całe zielone. Wyglądało na to, że jak na początku wjedziemy do lasu, tak wyjdziemy z niego dopiero tuż przed metą.
Rower, czyli różowa damka dała radę
Były właściwie 2 warianty przelotu na pierwszy punkt, krótszy od dołu, ale po drogach polno-leśnych i dłuższy dookoła asfaltem. Nasze rowery należą do klasy “trekking”, także wybraliśmy wariant asfaltem. Pierwsze 500m to przejazd przez Zbąszyń za samochodem policyjnym, zajęliśmy nasze strategiczne miejsce w ogonie stawki i już na starcie mieliśmy 300m straty
Przed wyjazdem z miasteczka odbiliśmy w lewo i zaraz w prawo (mimo Maciejowo-Kasiowo-Gosiowych: “Ale wszyscy pojechali tam”) tak, żeby wyjechać polną drogą na Czerwony Dwór, potem tuż przed lasem odbiliśmy w lewo i dobiliśmy do asfaltu. Tam mogliśmy rozwinąć ciut większą prędkość, ale po chwili minął nas Franek z Jackiem z pytaniem: “Wy już tutaj?” i jadący za nimi Kargowa Team. Sam punkt wzięliśmy “od tyłu” mijając zespoły, które już go podbiły.
Jadąc na dwójeczkę cofnęliśmy się do Chrośnicy, w której odbiliśmy w polną drogę, a tam spotkaliśmy Franciszka z Jackiem próbujących naprawić rower. Jacek teraz nabiera masy, żeby później rzeźbić i jego siodełko, na którymś wertepie tego nie wytrzymało. Na sam punkt wjechaliśmy drogą pod linią wysokiego napięcia. Droga na trzeci punkt prowadziła przez podmokłe łąki i dzięki temu było tam całkiem twardo i przyjemnie, natomiast przeloty 3-4-5-6 totalnie nas zabiły. Piach jak na pustyni i co chwilę musieliśmy prowadzić rowery. Jeszcze przed 8 punktem popełniłem błąd i skręciłem za wcześnie (autostrada wydawała mi się być za blisko), droga się skończyła i przebijaliśmy się z rowerami przez zagajniki. Jakież było nasze zdziwienie jak okazało się, że na przeprawę pontonową dojechaliśmy na miejscach 9-10 ![]()
Sporty wodne
Był tylko jeden wolny ponton i postanowiliśmy, że zajmie go Rakietowe Rodzeństwo, a my poczekamy (jak się okazało odjęto nam za to ważne 4 minuty). Samo zadanie przeprawienia się na drugi brzeg wąskiego w tym miejscu jeziora było dość proste. Na kajaku zaczęliśmy odpływać rodzeństwu D. i postanowiliśmy na nich nie czekać. Kajak płynął super, świeciło słoneczko, szkoda, że ten etap nie był dłuższy. W kanale zaliczyliśmy mijankę z Frankiem i Jackiem urządzając mini bitwę wodną
Całość zajęła nam 55min i na etap pieszy wychodziliśmy na 8 miejscu.
Trekking
Ostatni 17km etap trekkingowy pokonaliśmy właściwie w całości idąc. Niestety był bardzo prosty nawigacyjnie i właściwie żadna ekipa nie popełniała na nim błędów, także co chwilę wyprzedzali nas jacyś biegacze. Na całe szczęście większość z nich popełniła jednak błąd na wydawało sie banalny przedostatni punkt, a my zwietrzyliśmy szansę na ostry awans i namówiłem Kasię na bieg od ostatniego punktu. Wyprzedziły nas 3 ekipy, ale okazało się, że nasze 4 odjęte minuty za czekanie na ponton spowodowały, że ostatecznie zajęliśmy 9 miejsce (3 miejsce w MIXach)
Wyniki rajdu na stronie organizatora
Wszystkie Galle i Kosińskie obecne na Wertepach
Róża wiatrów, czyli nieoficjalne Mistrzostwa Moch
Przeciętnemu zjadaczowi chleba nazwa Mochy nic nie mówi, jednak jest to miejscowość jak na Polskę wyjątkowa. Przynajmniej 1 na 4 mieszkańców tej wsi biega lub biegał w przeszłości na orientację, a czym jest ten sport wie każdy. Miejscowy klub wychował kilkunastu medalistów Mistrzostw Polski, co jak na 1700 osobową społeczność jest wynikiem niesamowitym.
Piątka Mochikanów
wystartowała w ostatni weekend w PMnO Róża Wiatrów w Koziegłowach, Łukasz Nowacki reprezentował HKS Hades Poznań, natomiast Tomek Marciniak, Damian Rychły oraz Marek i Franek Galla przesympatyczny zespół rajdkonwalii.pl TEAM i wszyscy znaleźli się w pierwszej dziesiątce
Wygrał Łukasz a reszta zajęła miejsca od 7 do 10.
Ale od początku…
Wystartowaliśmy w piątkę (wspomniana czwórka i Marysia) i jak zwykle na doczepkę Władek Sielicki. Od początku mocno ruszyli Łukasz Nowacki i Remik Nowak chcąc jak najszybciej zgubić peleton. My biegliśmy raczej spokojnie w drugiej dziesiątce. Sama trasa wydawała się dość ciekawa, jednak nie sprawiała nam większych problemów. W okolicach trzeciego punktu Marysia odłączyła się od grupki narzekając na bolące biodra. Tempo mieliśmy niesamowicie mocne (jak na nas) i po 2h30 osiągnęliśmy półmetek – 25km. Tuż po nim rozdzieliliśmy się na moment i razem z Frankiem zostaliśmy z tyłu. Wydaje mi się, że punkt PK1 stał nie po tej stronie góreczki i trochę z Frankiem go poczesaliśmy (max5-10min), ale być może jest to tylko moje odczucia, bo reszta chłopaków trafiła w niego idealnie. Lampy musieliśmy założyć dopiero na przelocie na ostatni punkt, a po nim Franek pozwolił mi biec szybciej i gonić chłopaków. Ponieważ wybrałem inny wariant udało mi się minąć Damiana. Ostatecznie:
Władek 6 miejsce 5h08min
Tomek 7 miejsce 5h15min
Marek 8 miejsce 5h16min
Damian 9 miejsce 5h16min
Franek 10 miejsce 5h28min
Niestety Marysia po przygodzie na bagnach straciła werwę do dalszej walki i poprosiła, żebyśmy zwieźli ją z trasy.
Dystans jaki wyszedł nam po naszym wariancie to około 44-45km, więc nie wiem na ile te rekordy się liczą, w każdym bądź razie są nowe piękne życiówki
Teraz, żeby je pobić trzeba wziąć się za porządny trening. Do Bigosa, który zrobił tą trasę w 3h57min jeszcze trochę nam brakuje…
Udane otwarcie sezonu
Nasz pierwszy start w tym sezonie to 50km maraton na orientację w Gryfinie, który odbywa się przy okazji Gryfińskiego Festiwalu Miejsc i Podróży – Włóczykij. Pojechał nas pełen samochód, Marysia, Tomek, Andrzej, Władek i ja – Marek
Po drodze tradycyjnie zaliczony McDonald – bo na tym się biega, rejestracja i pakowanko poszły dość sprawnie i o 15.10 siedzieliśmy w autobusie, który miał zawieźć nas na start. Autobus jechał i jechał, i z 3h na trasie “za jasnego” robiło się coraz mniej…
Zrzucić balast to podstawa
Każdy zawodnik stara się jak najbardziej ograniczyć masę, którą będzie musiał dźwigać podczas biegu. Kupuje się możliwie najlżejsze buty, dresy czy kurteczki, ogranicza produkty wkładane do plecaka do minimum, niektórzy starają się trochę schudnąć, jednak najprostszym sposobem jest pójście przed startem do WC
Dlatego też kolejki do tychże na zawodach są zawsze. Ich długość zależy od ilości “oczek” przypadających na uczestnika, od tego “czy jest papier” oraz czy w okolicy są jakieś krzaki. Na Włóczykiju kolejka należała raczej do tych krótkich, ale Tomek wybrał się tam za późno. Sędziowie wydali komendę “Start” a Tomasza nie ma, co gorsza to my mamy jego mapę i nie możemy odejść za daleko, żeby później nas znalazł. Dzwonię – a ten nie odbiera… Zaczynamy lekko truchtać, odwracam się i jest, biegnie leciutko, więc wnoszę, że wszystko załatwił jak należy. Dogania nas tuż przed 1PK, a tuż za nim spotykamy się też z Marysią i Andrzejem, którzy lepiej “ścięli” przez las i na “dwójkę” lecimy już razem.
Pędzący Kociołek
Na PK2 trafiliśmy bez problemów, ale nie do końca tak jak zakładaliśmy. Problemem natomiast okazało się podbicie kart. Perforator w kształcie orzełka czy żabki strasznie się zacinał i podbicie wszystkich kart zajęło nam kilka minut. Przy okazji wystawiliśmy punkt nachodzącym na niego zawodnikom. Na PK3 dogonił nas Irek Kociołek, który startował 10min po nas. Nasz diabelski plan “puszczamy go przodem” się powiódł. Irek pognał i przebiegł obok punktu nie zauważając go, nie zauważyli go też biegnący za nim Władek oraz Tomek, ale nasza grupa miała 5 par oczu i w sumie dość przypadkowo, ale biegnący trzeci z kolei skromny autor tego posta zauważył lampion wiszący od strony przeciwnej niż nabieg. Niezbyt głośny krzyk nawołujący z powrotem Tomka i Władka i plan można było uznać za zwieńczony pełnym sukcesem ![]()
Skok przez płot
Przecinka, którą chcieliśmy biec do kolejnego punktu była tylko na słowo honoru, także właściwie na szagę dotarliśmy do skraju lasu, a tam zonk – wysoki na 4m płot. Pobiegliśmy z 100m wzdłuż niego, ale jego końca nie było widać. Maria przeprawiła się pierwsza i pokazała, że można. Za nią Władek i Tomek, a ja ciągle stałem i nie wierzyłem, że to może się udać. Trochę pokracznie, ale jakoś przeszedłem na drugą stronę. Andrzej jako nasza najmniejsza myszka w zespole znalazł jakąś dziurę i przelazł przez nią. Jeszcze tylko Marysia musiała znaleźć kompas, który wypadł jej przy całej akcji i ruszyliśmy dalej. Po drugiej stronie pola ta sama historia, ale płot o połowę niższy.
Pierwsze wejście w mrok
Zawsze pierwszy punkt po zapadnięciu ciemności sprawia największy problem. Tak było i tym razem. Przecinka, która miała nas zaprowadzić do punktu zniknęła, a my zaczęliśmy się kręcić po lesie tracąc trochę orientację, w którym kierunku od punktu się właściwie znajdujemy. Uratowały nas 3 lampy, które biegły przez las ok. 100m od nas i robiły to na tyle równo, prosto i szybko, że założyliśmy, że biegną “naszą” przecinką. Dagmara Kozioł i Wojciech Stolarczyk wystawili nam punkt, my odwdzięczyliśmy się im tym samym na następnym i na półmetek wpadliśmy razem, jak się okazało jako pierwsi.
Pit-Stop
Mniej więcej w połowie trasy była możliwość skorzystania z godzinnego odpoczynku. W szkole było ciepło i pysznie: żureczek, pierogi ruskie, chruściki… Wiedziałem, że im później stamtąd wyjdziemy, tym trudniej będzie znowu wpaść w biegowy rytm. Z drugiej jednak strony dobrze było puścić kilka lamp do przodu, żeby mieć kogo gonić. Ostatecznie siedzieliśmy na Pit-Stopie 52 minuty, każdy zażył po Gripex-ie i zjadł kilka pierożków i ruszyliśmy dalej.
“Wy chyba biegniecie pod górę”
Po kilku kilometrach na drugiej części taka fraza padła z ust Marysi i razem z Andrzejem powoli zaczęli zostawać z tyłu. Nasz pociąg miał już tylko 3 wagoniki i teraz to ja byłem tym najwolniejszym. Kolejne punkty wpadły dość prosto i tempo mieliśmy przyzwoite.
Dąbrowski w Świeradowie
To dzięki niemu zajęliśmy tak wysokie miejsce. Punkt z takim opisem sprawił chyba wszystkim zawodnikom ogromne problemy. Dogoniliśmy tam kilkanaście osób i wszyscy biegali i szukali dębu w świerkowym zagajniku. Dąb z punktem stał kawałek poza zagajnikiem i dopiero po jakimś czasie ktoś znalazł. Podbiliśmy jako jedni z pierwszych i ruszyliśmy na 2 ostatnie punkty, a stamtąd asfaltem na metę.
Neverending stoo-ory aa-a aa-a aa-a
Asfaltu było 8km. Niby fajnie, bo nie trzeba już było myśleć jak trafić na kolejne PK, ale jak nie trzeba patrzeć w mapę, człowiek przypomina sobie, że jest już zmęczony, że przebiegł już 45km i mu się nie chce… Nie chciało mi się strasznie, ale zaciskałem zęby i starałem się trzymać chłopaków. Gryfino ciągnęło się w nieskończoność. W końcu wpadliśmy na metę, kilka minut po zwycięzcy Pucharu Polski 2011 Janku Lenczowskim, ale okazało się, że siedział zdecydowanie krócej na Pit-Stopie i z nim wygraliśmy. Niestety chwilę po nas na metę wpadł chłopak, który ostatecznie wygrał z nami 8 minut.
Małe podsumowanko
Marek, Władek, Tomek – 2 miejsce czas 6h36min
Andrzej – 8 miejsce czas 7h22min
Marysia 9 miejsce (1 wśród kobiet) czas 7h29min – Marysia na asfalcie pobiegła szybciej niż Andrzej, ale w Gryfinie trafiła nie do tego Domu Kultury i straciła kilkanaście minut. Szkoda bo byłaby 2 miejsca wyżej.
Startowało ponad 200 zawodników.
Wyniki: http://wloczykij.com/index.php?plik=pokaz&pokaz_ID=733&pokaz_kat=a
Mapa z przebiegami jak organizator wrzuci.
Konwalie rozkwitły jesienią
Konwalie rozkwitły jesienią i do tego na tureckiej ziemi
Dzięki 2 startom w Turcji awansowaliśmy na 7 miejsce w Rankingu na najlepszy zespół rajdów przygodowych w Polsce! Jak na debiutancki sezon sukces przeogromny ![]()
Link do rankingu
KURABİYE AR – Something to remember
Wstaliśmy o 5 rano. Stambuł jest naprawdę ogromnym miastem. Do bazy zawodów mieszczącej się na terenie Koç Üniversitesi w dzielnicy Sariyer mieliśmy z naszego hostelu ponad 30km, a musieliśmy się tam stawić do godziny 8. Szybkie ubieranie i pakowanie, i tuż przed 6 wyruszyliśmy w drogę. To było coś niesamowitego, 11 milionowe miasto, a jedynym odgłosem jaki było słychać był śpiew muezina nawołującego do modlitwy z pobliskiego minaretu. Ulice ciemne i kompletnie puste, wszystko pozamykane, kiedy najbliższy muezin brał oddech słychać było śpiew dobiegający z dalszych meczetów. Do najbliższej stacji metra mieliśmy spory kawałek (ok. 3km), potem metrem dojechaliśmy do przedostatniej stacji i stamtąd był plan wzięcia taksówki. Tutaj należy zwrócić uwagę, że Turków dzielimy na 2 kategorie: życzliwych oraz życzliwych, ale próbujących na wszelki możliwy sposób oszukać turystę, dlatego przed każdą transakcją należy spytać o cenę, żeby potem się nie zdziwić. Taksówka kosztowała ok 40zł i na miejscu byliśmy tuż przed 8.
Baza zawodów wyglądała mega profesjonalnie. Kilka banerów, flag, namiotów i stoisk sponsorów, porządne biuro. Rejestracja trwała dość długo, bo sędziowie bardzo szczegółowo sprawdzali wyposażenie obowiązkowe (było trzeba mieć nawet torbę na śmieci). Rowery wypożyczaliśmy od organizatora i dostaliśmy sprzęt zdecydowanie lepszy od mojego. Niestety tylko na jednym i to najmniejszym rowerze dało się zamocować mapnik, tak więc jechała z nim Marysia. Dostaliśmy biuletyn po angielsku, z którego wyczytaliśmy, że trasa będzie miała ok. 55km długości, a punkty kontrolne będziemy musieli nanieść na mapę sami według koordynatów, które dostaniemy na odprawie technicznej. Sama odprawa była tylko w języku tureckim (siedzieć jak na tureckim kazaniu – teraz już wiem skąd to powiedzenie), sędzia główny przestał mówić i nagle wszyscy zaczęli się rozbiegać w różnych kierunkach. Po chwili konsternacji domyśliliśmy się, że trzeba dopaść sędziego, który rozdaje współrzędne punktów kontrolnych. Samo wyrysowywanie zajęło nam dość sporo czasu, bo robiliśmy to chyba zbyt dokładnie i ze startu wyjechaliśmy spóźnieni 10 minut. My z Frankiem startowaliśmy na trasie długiej (UZUN) i naszym zadaniem było zaliczyć wszystko, natomiast Tomek z Marysią na trasie średniej, na której mogli zaliczyć 8/13 punktów rowerowych i 4/6 punktów pieszych. Każdy punkt miał inną wagę i chodziło o to, żeby wybrać takie, które w sumie dadzą najwięcej punktów.
Z Frankiem zaczęliśmy od punktów 101-104 leżących na zboczu blisko kampusu, natomiast Tomek z Marysią pognali od razu na 106. Już sam wyjazd z kampusu był dość ciężki – na około kilometrze było do zrobienia 80m podjazdu. 101 znaleźliśmy szybciutko i polecieliśmy na 103 i od razu okazało się, że lepiej za szybko nie lecieć, bo grozi to jeszcze szybszym sprowadzeniem na ziemię. Na szczęście Franek jest twardzielem, otrzepał się i pojechaliśmy dalej. To co podjechaliśmy na terenie uniwersytetu teraz zjeżdżaliśmy. Przy czym nachylenie stoku było jakieś 3 razy większe, a podłoże nie asfaltowe, tylko gliniasto-skaliste. Pamiętajcie, żeby na takim zjeździe nie próbować czytać mapy (szczególnie jak się nie ma mapnika)! Tym razem moja gleba
Podbiliśmy 103 i pognaliśmy na 102. Moment wzdłuż stoku jechało się spoko, potem znowu zjazd i to jeszcze bardziej stromy i wyboisty. Chyba nie skłamię pisząc, że było z 60 stopni nachylenia. Jazda była zbyt niebezpieczna, więc zsiedliśmy z rowerów i zaczęliśmy je sprowadzać zaliczając przy tym niejedną glebę. Z 102 na 104 było jakieś 300m w linii prostej, ale trzeba było zrobić z 2km objazdu. I tam przytrafił nam się pierwszy błąd (taki na 3min) i postanowiłem przekazać mapę Frankowi. Nie dość, że normalnie jest ode mnie szybszy na rowerze (i ma trochę mniej bujną wyobraźnię, co się może stać jak za szybko zjeżdżasz) to mnie dodatkowo opóźniało czytanie mapy. Przekazałem tę rolę Frankowi i to był świetny pomysł. Punkt 104 znajdował się 300m od Bosforu i 200m nad nim – widok z tego miejsca był niesamowity. Kolejka kontenerowców ciągnąca przez Bosfor, nad którym unosiła się delikatna mgiełka, a na szczycie po jego drugiej, azjatyckiej stronie łopocząca gigantyczna flaga Turcji. Stwierdziliśmy, że jest to świetne miejsce, żeby się trochę rozebrać (bielizna termoaktywna była jednak przesadą) i ruszyliśmy na 105. Po raz pierwszy na dłużej wjechaliśmy na asfalt i można było rozwinąć jako taką prędkość. Ze 105 na 106 przeprowadziliśmy rowery 200m przez las, żeby nie objeżdżać ponad 2km i na tym manewrze wyprzedziliśmy 2 ekipy. Jadąc na 107 w pewnym momencie usłyszałem cichy wystrzał, po którym zacząłem coraz mocniej odczuwać każdy kamień, na który najeżdżałem. Złapanie pany na 40km odcinku rowerowym jest dosyć dyskwalifikujące, szczególnie jak się nie wzięło z Polski pompki. Na zjeździe nie było jeszcze tak źle, ale na podjeździe, gdy tylne przebite koło było dociążone (tutaj należy zwrócić uwagę, że dociążone było dość mocno zważając na gabaryty jeźdźca) męczyłem się niemiłosiernie. Po podbiciu 107, zdecydowaliśmy, że spróbujemy pożyczyć od kogoś pompkę na kolejnym punkcie, na którym miały być kajaki. Na szczęście do jeziorka był głównie zjazd, a prowadziły do niego 2 drogi. Skręciliśmy w lewo, bo ta wydała nam się lepsza i dość szybko się z niej wycofaliśmy. Zza zakrętu wyskoczyło 5 piesków, niezbyt przyjacielsko nastawionych, a z odgłosów dobiegających z oddali wynikało, że tych pieseczków jest tam jeszcze więcej. Watahy dzikich psów biegających po przedmieściach miast są jednym z problemów Turcji (w centrach miast jest z kolei wuchtę kotów). Zawróciliśmy i biegiem wróciliśmy na nasze rozdroże. Przeprosiliśmy się z drogą skręcającą w prawo i dojechaliśmy nią do punktu kajakowego. Tutaj lekka konsternacja, bo kajaki okazały się być canoe, a my czymś takim jeszcze nie pływaliśmy. Dostaliśmy po kijku, deseczce i sznurku i wiosła musieliśmy przygotować sobie sami. Sam odcinek kajakowy miał może 300m i trzeba było dopłynąć do 3 punktów. Mieliśmy małe problemy ze sterownością, ale poszło nam to nawet w miarę sprawnie. Wysiadamy z łódki, a w tym momencie do punktu dojeżdża Tomasz z Marysią. Był to ich dopiero trzeci punkt (nasz ósmy). Podobnie jak ja Marysia złapała gumę, a załatanie i znalezienie kogoś życzliwego z pompką zajęło im prawie godzinę. Załataliśmy nasze koło i napompowaliśmy kompresorem z samochodu orgów i tuż za Marią i Tomaszem ruszyliśmy na dalszą część trasy. Na przelocie na kolejny punkt niestety popełniliśmy 10minutowy błąd, który poza czasem kosztował nas sporo wysiłku. Na ostatni punkt na trasie rowerowej wjechaliśmy równo z Tomkiem i Marysią o 14.20. Franek naliczył 5 par rowerów z czerwonymi numerkami oznaczającymi naszą kategorię. Czyli, że jesteśmy na 6 miejscu? Bacząc na nasze przygody nie tak najgorzej. Bieg wzdłuż wybrzeża Morza Czarnego poszedł nam zdecydowanie lepiej. Mieliśmy 2h40min na pokonanie 16km trasy i zaliczenie po drodze zadania specjalnego. Biegliśmy właściwie przez cały czas podchodząc tylko tam gdzie było bardzo stromo. Zadanie specjalne było mniej więcej w połowie tego etapu i był to zjazd na linie z wieżyczki zamku, stojącego nad klifem. Miejsce przefantastyczne, a samo zadanie dosyć proste i przyjemne. Wcześniej udało nam się minąć 2 pary z naszej trasy, a tutaj dogoniliśmy 2 kolejne, jednak zanim wykonaliśmy zadanie zdążyły nam uciec. Zapach medali podziałał na nas mobilizująco i ruszyliśmy jeszcze szybciej. Na kolejnym punkcie dogoniliśmy kolejną ekipę i minęliśmy ich jak TGV lokomotywę parową
Wydawało nam się, że biegniemy już na 3 miejscu. W tej euforii biegliśmy dalej nie zwalniając i tuż przed ostatnim punktem minęliśmy kolejny zespół, a na samym punkcie spotkaliśmy się z jeszcze jednym teamem. Finisz w naszym wykonaniu był mistrzowski i na metę wfrunęliśmy
Niestety okazało się, że to liczenie rowerów Frankowi coś źle poszło i zostaliśmy sklasyfikowani na 4 miejscu, za to na trasie średniej drugie miejsce zajęli Tomek z Marysią, którzy mimo przygody z przebitą dętką na początku, zebrali prawie maksymalną liczbę punktów.
Poziom organizacji tego rajdu porównałbym do Rajdu Miejskiego w Gliwicach, jednak jeśli chodzi o przeżycia i widoki na trasie to jak na razie zdecydowanie wygrywa. Nawigacyjnie było dość prosto, bo mapa była aktualna, a las uniemożliwiał bieganie na azymut. Szkoda, że nie udało się wygrać, bo za pierwsze miejsce w naszej kategorii był czek na 1000TL (1800zł), ale konkurentów mieliśmy mocnych – wygrał zespół w bluzach z napisem Turkish National MTBO Team. 55 km trasy zajęło nam 6h37min, ale na trasie mieliśmy ponad 2km przewyższenia. Dobrze, że pogoda nam dopisała, bo w deszczu jazda po większości z tych dróg byłaby niemożliwa.
Foteczki
Wyniczki
Mapa czysta i z naszymi przebiegami. Na przelocie na 109 przegapiliśmy zjazd na punkt i byliśmy już w połowie drogi na 110, gdy się zorientowaliśmy, że jest coś nie tak. Ten błąd chyba kosztował nas 3 miejsce…







Cisteczkowe potwory jadą do Turcji!
Wyjeżdżamy jutro wieczorem, a w niedzielę startujemy w KURABİYE (COOKIE) ADVENTURE RACE w Stambule. Będzie to nasz pierwszy start w AR na obcej ziemi (no poza Tomaszkiem). Organizator zapowiada ścigania na 5-8h rowerem, kajakiem i z buta. Notka z regulaminu: “Anyone who can finish this race is a cookie monster.”
Trzymajcie kciuki za punciaka, żeby dojechał do Berlina, za samolot, żeby doleciał do Stambułu i za nas na rajdzie ![]()
Lista startowa
Brodnicka klęska
Na rajd Funex Orient zgłosiliśmy 2 zespoły: Franek startował z Patelą, a ja z Olkiem Skoreckim. Niestety start obu zespołów trzeba zaliczyć do kategorii “klęski”.
Od początku listopada właściwie codziennie śledziłem listę startową i sprawdzałem czy na stronie rajdu nie pojawiają się jakieś nowości. Robiłem to na tyle często, że w tej chwili, gdy w przeglądarce w adresie wpisuję f jako pierwsza pojawia się strona funex orient a nie facebook
Ostatecznie trasa miała wynosić 116km, startować miało 19 zespołów, a czas zwycięzcy był szacowany na 9h.
Funex Show Orient
Rajd rozpoczynała dość dziwna zabawa nazwana Funex Show Orient, mimo że z orientacją nie miała właściwie nic wspólnego. Na boisku rozwieszonych było kilkadziesiąt perferatorów z kodami, a każdy miał za zadanie znaleźć 4 z nich, przy czym żeby wymusić na startujących podbijanie punktów w odpowiedniej kolejności po każdym podbitym punkcie trzeba było zaliczyć punkt bazowy. Punktem bazowym była przesympatyczna pani, która mimo swojego uroku chyba nigdy wcześniej na tak duże powodzenie nie mogła liczyć. 100 osób cisnących się i próbujących dostać potwierdzenie bazy wyglądało niczym zombie atakujące Milę Jovovich w Resident Evil
. Niestety nie jestem mistrzem kolejkowego wpychactwa, więc całą zabawę sobie trochę odpuściłem, za to okazało się, że jest to wymarzona konkurencja dla Olka, który po zaliczeniu swoich punktów wziął moją kartę i wykonał to zadanie za mnie. Na trasę wyruszyliśmy równo z Frankiem i Patelą i chyba nawet nie jako ostatni.

Trekking i kajaki
Na początek organizator zaserwował nam 12km trekkingu. 4 dość łatwe punkty znaleźliśmy szybko, właściwie przez cały czas biegnąc i na miejscach 7-8 dotarliśmy na kajaki.
Jak się okazało etap kajakowy był kluczowym dla naszych obu zespołów. Chwyciliśmy z Olkiem pierwszy z brzegu kajak i znieśliśmy go nad wodę. Postanowiłem jeszcze ubrać rękawiczki i nawet dobrze nie zarejestrowałem momentu, w którym Olek wskoczył do kajaka. Niestety wskoczył, a po ułamku sekundy wyskoczył tylko, że do wody, bo kajak postanowił zamienić się w U-Boota. Akcja reanimacyjna telefonu, Olkowych rzeczy i Olka chwilę trwała i w międzyczasie wyprzedziły nas 2 zespoły.
Po wypłynięciu na jezioro okazało się, że przyjemny podczas biegu wiaterek, dla przemoczonego do przysłowiowej suchej nitki, siedzącego w kajaku Olka nie jest do końca zbawienny. Kajak miał być naszą silną bronią, bo z lekkim, ale silnorękim Olkiem miało mi się płynąć zdecydowanie lepiej, niż z Frankiem, ale mój partner trzęsąc się z zimna miał kłopot, żeby dobrze utrzymać wiosło, choć mimo tego dzielnie wiosłował. Na jeziorze minęły nas jeszcze 2 zespoły, ale my wyminęliśmy Franka i Patelę, którzy wylosowali chyba jakiś kiepski kajak i zamiast 5km, płynąc wężykiem zrobili co najmniej drugie tyle.
BnO
Dla mnie, żeby etap nazwać bieg na orientację musi być on rozgrywany na specjalistycznej mapie. Tutaj tak nie było, ale i tak było całkiem fajnie i mimo, że na początku nim Olek się rozgrzał tempo mieliśmy mizerne (ciągle nie mogłem wyjść z podziwu, że po tym nieplanowanym wstąpieniu do klubu morsa chce mu się kontynuować rajd) to ostatecznie udało nam się awansować o kilka pozycji. Niestety jeden z 9 punktów na trasie stał w złym miejscu. Opis górka, na mapie kropka zaznaczona na górce, stoimy na samym szczycie punktu nie ma. Gorzej, że szczyt porośnięty krzakami. Punkt zawieszony był jakieś 100m niżej na przecince i znalazł go dopiero Patela, który w międzyczasie się tam pojawił wspólnie z Franciszkiem. Szkoda bo straciliśmy tam dobre 15min.
Kajak, tyrolka i kambek do bazy
Powrót kajakiem poszedł nam już zdecydowanie lepiej. Olek trochę przesechł i wrócił mu wigor i ten etap skończyliśmy można powiedzieć na miejscach 7-9 wspólnie z iHaha Express.
Tutaj czekało nas pierwsze zadanie specjalne – tyrolka nad rzeką Drwęcą. W jedną stronę poszło całkiem sprawnie, niestety lina powrotna była zawieszona dość nisko nad taflą wody i z moją masą musiałem się sporo nagimnastykować, żeby nie zamoczyć tyłka bądź butów.
Po drodze do bazy mieliśmy odnaleźć jeszcze jeden punkt. Przelot wydawał się dość prosty, ale w międzyczasie zrobiło się ciemno, a ja nie wziąłem czołówki (brawo Marek!!), a poza tym przecinka, która miała doprowadzić nas do punktu zniknęła i nie pozostało nam nić innego jak poczekać na zespół Rajd Konwalii 2 (mieli latarkę) i poszukać tego punktu wspólnie. Ostatecznie około 17 wróciliśmy do bazy i zaczęliśmy się przebierać na etap rolkowy. Na trasie byliśmy już 8h a zostało nam jeszcze 11km rolek i ponad 60km roweru.
Rolki
Przebrany w suche rzeczy Oluś pognał na rolkach jak szalony i na tym etapie to ja byłem zdecydowanie kamieniem u nogi, jednak chyba w miarę sprawnie udało nam się dojechać do miejsca gdzie miał się znajdować punkt rolkowy. Opis: ogrodzenie, na mapie zaznaczony róg ogrodzenia, a punktu nie ma. Poświeciliśmy trochę lampkami, przeszliśmy wzdłuż ogrodzenia w jedną i drugą stronę, sprawdziliśmy po drugiej stronie ulicy, po jakichś 5min nadjechał Franek z Patelą i po jakimś czasie punkt się znalazł. Nie wiedzieć czemu wisiał na podniszczonej oborze, jakieś 50m od miejsca, gdzie powinien się znajdować. Powrót poszedł nam jeszcze sprawniej, bo było z górki i koło 18.10 dojechaliśmy z powrotem do bazy.
Rower
Po przebraniu się w stroje rowerowe przystąpiliśmy do zadania specjalnego numer 2. Polegało ono na trafieniu piłeczkami tenisowymi do miski. Podczas 6 rzutów próbnych 4 trafione, podczas rzutów konkursowych 1 trafienie i wyrok – 50 minut kary
Nie wiem czy to dobry pomysł, żeby takie coś, aż w tak dużym stopniu decydowało o wyniku…
18.30 – wyjeżdżamy na rower. Zaczęliśmy od PK3 będącego najbardziej na północ. Na asfalcie tempo mieliśmy bardzo dobre, mimo, że pod górkę udawało nam się jechać ok. 28-30km/h. Przy samym punkcie mieliśmy moment zawahania, ale ostatecznie idealnie wjechaliśmy na cypel, tylko, że punktu brak. Oparłem rower o brzózkę nad jeziorem i poszliśmy w lewo, potem w prawo, potem stwierdziłem, że przy rowerze mam mocniejszą lampkę więc prowadząc rower trochę świeciłem. Potem odczepiliśmy lampkę od roweru i biegaliśmy z nią. Ostatecznie po jakichś 30min punkt znalazł się na brzózce, o którą na początku oparłem rower. Ujrzałem kawałeczek perferatora, bo kartka z lampionem była przyklejona od strony jeziora, więc żeby ją zobaczyć trzeba by było wejść do wody. Trochę poklnąłem i pojechaliśmy na kolejny punkt. A tam ta sama historia, z tym, że punktu szukaliśmy wspólnie z iHaha Express. Kolejne przynajmniej 30 min łażenia po lesie i ostatecznie znalezienie samego perferatora, bo lampionu nie było. Wyjechaliśmy na krajową 15 i tam podjęliśmy decyzję o powrocie do bazy. Zaliczyliśmy 1/3 z etapu rowerowego (ok.20-25km) w prawie 3h, przyjemność z latania po lesie i szukania poukrywanych przez organizatorów punktów była delikatnie mówiąc średnia.
Na metę zjechaliśmy ok. 21.30, niestety jak się okazało źle doczytaliśmy regulamin i żeby być sklasyfikowanym nie wystarczyło mieć połowy punktów, ale połowę punktów z każdego etapu…
Ostatecznie zwycięzcy uwinęli się z trasą w ok. 14h czyli ponad 50% więcej niż przewidywał organizator. Gdybyśmy dojechali na metę wspólnie z iHAHA Expressem zajęlibyśmy 3 miejsce, ale właściwie nie żałuję. Nie lubię krytykować organizatorów, bo rajdów w Polsce i tak za dużo nie ma, ale wizja orientacji ekipy Extreme Sports kompletnie różni się od mojej i od tej jaką spotykałem na innych tegorocznych rajdach (On-Sight, Wertepy, Gliwice). Uważam, że jeżeli punkt nie jest w miejscu ewidentnie wynikającym z mapy powinien być widoczny przynajmniej z 30m, a właściwie w ogóle nie powinno się w takim miejscu punktu ustawiać. Aczkolwiek największy wpływ na naszą rezygnację z dalszej walki miało nasze przedstartowe nastawienie na szybki rajdzik do 12h. Niestety nie byliśmy przygotowani na ściganie do 1-2 w nocy zarówno pod względem mentalnym jak i ekwipunkowym. Nie wiem z czego wynikało tak duże przeszacowanie organizatora co do czasu zwycięzców, bo zespoły przyjechały naprawdę mocne…
Franek z Patelą znaleźli na rowerach 3 punkty i zjechali do bazy ok. 23 i zostali sklasyfikowani na 6 miejscu w kategorii MM.
*Zdjęcia z galerii Pana Darka Bogumiła
Rogaining pod Strzelinem
Na Rajd Szlakiem Opadłych Liści zgłosiliśmy się już we wrześniu, jednak ze względu na małą liczbą zgłoszeń jego termin został przeniesiony na 3 weekend listopada. Zmianie uległa też nazwa rajdu, być może na cześć jedynej kobiety, która zgłosiła się na pierwszy termin, rajd przybrał nazwę “Maria”. Nasz 3-osobowy zespół na start niestety nie dojechał w terminie – Marysia się rozchorowała, a co gorsza dojechał tam na ostatnią chwilę, gdyż pociąg TLK z Poznania do Wrocławia postanowił jechać 4,5h robiąc sobie (na pewno zasłużony) godzinny odpoczynek w Rawiczu.
Jedną z ważniejszych części rogainingu jest odpowiednie zaplanowanie sobie trasy. Na mapie wyrysowanych było 25 punktów o wagach 4-8. Budowniczy trasy pisał na jednym z forów, że gdyby ktoś chciał zaliczyć całość to będzie musiał przejść ok. 60km. Nie wiem czy byliśmy na to przygotowani, ale jakiś wewnętrzny głos zdopingował nas “Idź na całość”, więc obmyśliliśmy wariant całościowy z możliwością skrótu w końcówce, gdyby coś nie poszło. Niestety za obmyślanie trasy mogliśmy wziąć się dopiero w autobusie jadącym na start i robiliśmy to trochę na kolanie, także nasz wariant do najlepszych nie należał.
Trasę rozpoczęliśmy od 2 (4b i 4d) prostych punktów, aby trochę wczuć się w mapę i skalę. Ruszyliśmy razem z panem Leszkiem Kosińskim, ale po tych dwóch punktach postanowił on się od nas odłączyć tłumacząc swą decyzję zbyt szybkim tempem. Jak się później okazało było to sprytne posunięcie “starego wygi”. Kolejny punkt (8d) był dosyć trudny. Samo zlokalizowanie górki, na której był umieszczony było dość proste, jednak górka ta miała średnicę 300m i była strasznie porośnięta bukowym poszyciem. I my z Frankiem, jak takie 2 charty czesaliśmy tą górkę, a pan Leszek przyszedł już właściwie na gotowe. Niestety to “czesanko” kosztowało nas ok. 20min. W międzyczasie na punkcie pojawiły się 2 zespoły MOD-X. Na kolejne 3 punkty (6a, 4c, 6c) trafialiśmy bezproblemowo, na zmianę wystawiając sobie kolejne punkty z MOD-X. Następny błąd przytrafił nam się przy przejściu na 7c. Przed wejściem w las droga się rozwidlała (tak jak na mapie) jednak ta, w którą skręciliśmy po kilkudziesięciu metrach ginęła w gęstych krzaczorach. Wycofaliśmy się i dotarliśmy do lasu drogą idącą bardziej na południe. Potem idąc na północ wzdłuż krawędzi lasu nie zauważyliśmy drogi, która miała nas naprowadzić na punkt. Ostatecznie przebijając się trochę na azymut dotarliśmy do wielkiej muldy, na dnie której płynął “nasz” strumień. Kilkadziesiąt metrów wyżej zauważyliśmy lampy MOD-X, więc pewność, że ten strumień jest rzeczywiście “naszym” strumieniem wzrosła jeszcze bardziej.”Chodźcie sprawdzimy, może jest tam gdzieś niżej” – usłyszeliśmy, od któregoś z braci Jaskuła, gdy się z nimi mijaliśmy, ale nie daliśmy się nabrać na ten stary numer i po 50m podbiliśmy 7c. Błąd ten kosztował nas ok. 15min. Kolejne punkty szły nam jak z płatka, wchodząc do lasu w drodze na 6d, uśmialiśmy się trochę widząc tablicę “UWAGA. W godzinach xx-xx strefa zrzutu kamieni.” i rzeczywiście lasek usiany był metrowymi głazami, które spadając łamały drzewa. Na 6d spotkaliśmy budowniczego trasy, który pstryknął nam fotę. Chwilę z nim porozmawialiśmy i wciągnęliśmy po żeliku energetycznym (taki żelik kiedyś uratował mi życie na MP w LONGu). Efekt działania żelu był niesamowity. Kolejne 3 punkty pokonaliśmy w pełnym biegu. Potem niestety przyszedł lekki kryzys i pomiędzy 4e i 8e prawie całą trasę szliśmy. Będąc na 8e postanowiliśmy nie zaliczać punktów 5b i 5e. Na 8a i 6b mieliśmy drobne 5min wahnięcia, ale tempo już było dość ślamazarne. Podjęliśmy decyzję o nie zaliczaniu również punktów 4a i 7d. Ostatnie 3 punkty wpadły bezproblemowo i na 20min przed upływem czasu stawiliśmy się na mecie. Sędzia obwieścił nam, że jesteśmy nowymi liderami, ale po 10minutach przybiegł pan Jarek Bartczak, który zaliczył wszystkie punkty i zepchnął nas na drugie miejsce.
Ostatecznie znaleźliśmy 21 z 25 punktów co dało nam 129/150 punktów wagowych. Nasz wariant wyniósł 55km, które zrobiliśmy w 9h40min.









