„Z kompasem” po raz trzeci

zkompasemW zeszły weekend 7 osobową grupą po raz trzeci nawiedziliśmy kaszubski Rajd „z Kompasem”. Oprócz nas w zawodach wystartowało ponad 400 (!) uczestników. Tylko pomarzyć o aż takiej frekwencji na rajdach z cyklu Puchar Konwalii :)

Ponieważ do miejscowości Linia, w której miała miejsce baza rajdu z Poznania ponad 4h jazdy samochodem postanowiliśmy za zgodą organizatora wystartować w dwóch różnych trasach, co by czas dojazdu na zawody nie był dłuższy niż czas startu. I tak:
– Franek i Mateusz wystartowali na trasie fioletowej (100km na rowerze) i czarnej (nocne 20km pieszo)
– Marek, Kasia i Asia na trasie żółtej (40km na rowerze) i zielonej (nocne 20km pieszo ale ciut łatwiejsze)
– Kasia II na trasie zielonej i smerfowej poza konkursem.
– Jacek na trasie czerwonej – 50km pieszo

Jeśli chodzi o mój start to bardzo podobała mi się trasa zielona. Dosyć trudna, szczególnie, że odbywała się w nocy. Wystartowaliśmy w czwórkę podzieleni na 2 zespoły: ja z Kallą, Kasia z Asią. Do dyspozycji mieliśmy 2 kompasy, 2 latarki ręczne i jedną czołówkę :) Na początku truchtaliśmy razem zaliczając PK1, PK2 (na którym konsternacji przysporzył nam opis „Leśna Młaka„), PK3 i PK4. Po drodze trochę pogaworzyliśmy, ja marudziłem, że nie mam kompasu i nic nie wiem, ale systematycznie wyprzedzaliśmy kolejne zespoły. Gdy przy odejściu z PK4 dziewczyny zaczęły zostawać z tyłu, bo gadały o du..e Maryni, powiedziałem sobie DOŚĆ :) i pożegnaliśmy się z Kasią i Asią, i wspólnie z Kallą ruszyliśmy drogą żywszym tempem. Przy PK8 minęliśmy ostatni zespół z trasy zielonej i potem spotykaliśmy już tylko tych z trasy czarnej. W tym 2 razy pana Romualda Miszewskiego, który wiedząc, że startujemy na innej trasie konsultował z nami „stowarzysze” :) Przy PK13 dogoniliśmy zwycięzców trasy czarnej, którzy nie wiedząc z jakiej my jesteśmy trasy szybko zaczęli uciekać :). Przy ostatnim punkcie okazało się, że na nieco ponad 3km przed metą zostało nam 19 min, żeby złamać 3 godziny. To nas mobilizowało do biegu i ostatecznie o 00:14 (start o 21:15) wpadliśmy na metę, wygrywając zawody :). Trochę po nas wpadli zwycięzcy z trasy czarnej i patrzyli na nas dość podejrzliwie :)
Dziewczyny od momentu rozstania więcej spacerowały niż biegały, ale nie popełniły żadnych błędów i ukończyły na 12 pozycji na 34 ekipy.
Tutaj link do mapy

Drugi wcześniejszy start to 42 kilometrowa trasa żółta – rowerowa. I w stosunku do niej mam mieszane uczucia. Z jednej strony była piękna pogoda, piękne widoki i super teren, z drugiej bardzo nieaktualna mapa w skali 1:50 000, gdzie zaznaczona była średnio co trzecia droga i dużo więcej było zgadywania niż nawigowania. Poza tym trasa była trochę za bardzo „piesza”. Jeśli odliczyć asfaltowe dojazdy ze startu, do bazy i na metę to na około 28km przypadało 14 PK.  Więcej było stania i patrzenia w mapę i na niezgadzające się drogi, niż czystej jazdy na rowerze. Średnia wyszła nam 10km/h i myślę, że tę trasę szybciej zaliczyłbym biegiem. Popełniliśmy 2 błędy nawigacyjne na drugiej pętli, które kosztowały nas łącznie ok. 15 min . Rajd ukończyliśmy na mimo wszystko niezłym 6 miejscu a dziewczyny były pierwszymi kobietami na mecie :)
Tutaj link do mapy

Franek i Patela wygrali po zaciętej walce trasę fioletową, a na dokładkę dorzucili 3 miejsce na trasie czarnej (tutaj chyba dało o sobie znać zmęczenie, bo na podobnej długościowo trasie mieli o prawie 1,5h dłuższy czas ode mnie i Kalli)

Jacek dobrze „szedł” na trasie czerwonej tylko do zachodu słońca, potem przytrafiło mu się kilka błędów w tym jeden na 1,5h i ostatecznie zawody ukończył na 4 miejscu.

TESTUJEMY GOGGLE!!!

TESTUJEMY GOGGLE!!!

Lato zbliża się wielkimi krokami. Nadchodzi czas, kiedy nie sposób wybrać się na trening bez przyciemnianej szybki. I nie chodzi tutaj tylko o lansik ;) Trzeba pamiętać, że ostre światło słoneczne może powodować uszkodzenia oczu. Dlatego dobrze zaopatrzyć się w porządne okulary słoneczne które uchronią nas nie tylko przed wpadającymi muszkami, ale przede wszystkim przed promieniowaniem ultrafioletowym.
Dzięki firmie GOGGLE mamy okazje przetestować 2 modele okularów przeciwsłonecznych – E885 – stworzone z myślą o kolarstwie i bieganiu oraz T436 – przeznaczone bardziej do sportów zimowych.

IMG_4315

Na co przede wszystkim zwracaliśmy uwagę?

Najważniejszą cechą okularów przeciwsłonecznych jest dla nas ochrona przed szkodliwym promieniowaniem. W pierwszej kolejności zwracamy uwagę właśnie na ten obowiązkowy dodatek. Obie pary posiadają filtr UV 400. Do codziennego uprawiania sportu taka wartość spokojnie wystarczy. Oczywiście na nartach przydałby się większy filtr ponieważ śnieg odbija promienie słoneczne, a co za tym idzie oczy są narażone na większe szkody;)
Obie pary posiadają specjalną powłokę zabezpieczającą przed zaparowaniem. O ile sprawdza się to przy spokojnym wysiłku, przy mocnym treningu kiedy temperatura ciała mocno podskakuje niestety okulary trzeba częściej przecierać.
Dodatkowo okulary do sportów zimowych posiadają elastyczny pasek do zamocowania zamiast nauszników. Praktycznie nie da się ich zgubić co jest zwłaszcza dla niektórych z nas dużym plusem;) Przy tym modelu warto również wspomnieć profilowanych miękkich wkładkach, które dopasowują się do kształtu twarzy. Są to okulary przeznaczone głównie do narciarstwa biegowego, jednak dobrze sprawdzają się też przy alpejskiej jeździe na nartach. Niestety przy większej prędkości mogą wam łzawić oczy. Na koniec oczywisty plus – wyglądają rewelacyjnie;)
Okulary rowerowe E885 są bardzo lekkie. Daje to poczucie komfortu podczas użytkowania – można niemal o nich zapomnieć. Dodatkowo szerokie szkła nie ograniczają widoczności, nic nie uwiera. Model ten jest bardzo elastyczny i odporny na złamania. Bardzo podoba nam się możliwość wymieniania szybek. Pozwala to dostosować kolor szybki do danej sytuacji pogodowej. Do zestawu dołączone zostało porządne etui. Dobry komfort widzenia zapewniają też polaryzowane soczewki. Dzięki temu wyraźnie widzimy nie tylko koło osoby przed nami;)
Podsumowując oba modele sprawdzają się w warunkach do których są przeznaczone. Ceny kształtują się od 99-129zł co jest świetną ceną za wysoką jakość.

_DSC0808

Złoto dla Zuchwałych 2015

Start o 6:00 wydawał mi się szalonym pomysłem, ale jak biegłem na mój pierwszy punkt wzdłuż Noteci, po oszronionej łące, przy wschodzącym słońcu, stwierdziłem że warto było zrywać się z łóżka.

Mapy dostaliśmy tuż po 6 i od razu padła komenda start, szybkie ogarnięcie całości, 25 punktów kontrolnych, oczywisty wariant nie rzucał się w oczy, ale PK11 leżący na uboczu trzeba brać jako pierwszy, albo jako ostatni, więc lecę na niego i po drodze obmyślam resztę. Na punkt odbijam idealnie od charakterystycznego rogu lasu, sprawdzam opis „Zastawka”, już z daleka widzę betonowy element wystający z rowu. Uff.. pierwszy punkt bezbłędnie, to dobry prognostyk. Dobiegam, punktu nie ma, zaglądam z jednej strony – nic, nie no, to musi być tutaj, z drugiej – kurde nie ma. Nos w mapę… kropka jest w sumie zaznaczona kawałek dalej, więc robię rundkę po okolicy, w tym czasie do zastawki dobiegają kolejni zawodnicy, wskakują do rowu i odbijają punkt. Jak ja go nie zauważyłem? Zwalam to na zbyt wczesną porę… ale cenne 2-3 minuty uciekły. Na kolejnym punkcie (PK19) powtórka z rozrywki, idealnie wpadam na zarośnięty stawek, ale próbuję szukać punktu nie z tej strony, stojąc na brzegu z jednej widzę jak Michał odbija punkt po drugiej i znowu 2-3 minuty. Zaczyna się nieźle…

Sprytnie schowany PK11. Fot. S. Szkudlarek

Sprytnie schowany PK11. Fot. S. Szkudlarek

Doganiam Michała na drodze do kolejnego punktu, bo coś tam majstrował z plecakiem i znajdujemy go razem. Tutaj nasze drogi się rozchodzą, bo wybraliśmy inną kolejność zaliczania punktów. Trochę niepewności weszło w moje szeregi, że na pewno moja kolejność jest gorsza. Zaczyna się fragment „polny”. Kolejnych 7 punktów to przebiegi przez pola, niestety w większości „na krechę”. Punkty wpadają bez problemów, ale bieg po świeżo zaoranych polach strasznie wyciąga siły. O 8:10 podbijam mój dziesiąty punkt na trasie (PK12) w nogach mam około 20km.

Rozpoczyna się fragment leśny, najciekawszy nawigacyjnie. Od tego momentu pokrywa się znowu moja trasa i trasa zwycięzcy – Michała Jędroszkowiaka. Na PK13 mam lekkie wahnięcie i potem jeszcze obiegam bagno nie chcąc moczyć butów :P Tutaj jestem 10min przed Michałem No i zaczynają się góry…
PK22 – szczyt górki – podejście 50m (9 min przed Michałem)
PK8 – szczyt górki (10 min przed Michałem)
PK17 – szczyt górki – podejście 40m (12 min przed Michałem)
PK3, 7 – opisy inne, ale punkty na górkach (20 i 19min przed Michałem)
PK4 – szczyt górki – podejście 40m (19 min przewagi)
Dodatkowo przebiegi między tymi punktami w większości na azymut, po bardzo miękkiej ściółce. 9km między PK13 i PK4 zajęło mi prawie 80min i zabrało resztę sił jakie jeszcze posiadałem. Co ciekawe z tracka wynika, że w tym miejscu prowadziłem mając jakieś 19min przewagi nad Michałem, byłem pewien że Michał jest gdzieś daleko z przodu, ale porobił kilka błędów i w tej chwili to ja byłem na czele stawki. Niestety od tego momentu zaczęła się prostsza część trasy, a ja już ledwo byłem w stanie utrzymać tempo na poziomie 6min/km. Michał odrabiał regularnie po minucie na kilometrze. Mi dodatkowo przytrafił się błąd na PK18 – dobiegłem do skrzyżowania przecinek, ale punktu nie znalazłem, już byłem na tyle zmulony, że nie sprawdziłem opisu, który mówił „polanka 20m S od skrzyżowania”. No i polatałem tam z 5min zanim przypomniałem sobie o opisach.

Przy PK23 szczęka mi trochę opadła jak odbiegając od punktu minąłem się z Michałem… Co on tutaj robi? Przecież powinien już być dawno na mecie. Chwilę z nim biegnę, ale potem Michał rzuca „Do zobaczenia na mecie!” i zaczyna się stopniowo oddalać. Rozstajemy się na 12km przed metą i przegrywam ten odcinek 12 min. Spotkanie Michała trochę przywróciło mi siły, ale nie na tyle, żeby spróbować z nim walczyć. Ostatecznie przebiegam 52,5 km w czasie 6h17min i zajmuję drugie miejsce :)

Trasa na ZDZ na 5+, fajny, nieoczywisty scorlauf, punkty w ciekawych miejscach i było ich aż 25. Na trasie się nie nudziłem, w sumie przebiegłem może 2km po asfalcie, bardzo dużo pobiegałem „na szagę”. Super! Oby więcej takich tras w PMnO :)

Mój przebieg, na zielono bieg w okolicach 5min/km, na żółot 6:30-8min/km, na czerowono marsz i postoje.

ZDZ_mapa

Włóczykij 2015

wloczykijBył to mój trzeci Włóczykij Trip Extreme na trasie 50km i jednocześnie pierwszy start na 50tkę po ponad dwóch latach przerwy, dodatkowo zapowiadał się pierwszy start „solo”, bo nikt z RK Teamu nie był chętny na wyjazd do Gryfina. Wyszło ok. 54km w 6h04min i 7 miejsce, mogło być prawie godzinę lepiej, ale od początku…
Start miał nastąpić o 16:30, czyli zapowiadało się max. 1,5h dnia i 2-3 razy tyle po ciemku. Niestety o 16:30 wyjeżdżaliśmy na start autobusem, a wybiegliśmy dopiero o 17:20. Od startu ruszamy dość mocno, około 5min/km. Biegnę gaworząc z Waldkiem i Piotrem z Maratonu Leszno. Podbijamy jedynkę, część zawodników próbuje ciąć na szagę do następnego punktu, ja się grzecznie wycofuję, bo sił jeszcze sporo i lepiej polecieć na pewniaka drogą. Między drugim i trzecim punktem (PK30 – PK5) doganiam na drodze Janusza Skowrońskiego i od tego momentu biegniemy razem. Trójkę odbijamy jako pierwsi i dopada nas tam Michał Jędroszkowiak i… tyle go widzieliśmy. Michał w tempie 4:15/km minął nas jak TGV furmankę :P ciągnąc za sobą dwóch wybieganych chłopaków. Punkty szły jak po sznurku, na 25 km trasy mieliśmy ok 2h20min i jakieś 10 minut straty do Michała i tam przydarzyło się to co nie powinno…
Do ścięcia około 500m przez las, częściowo przez bagno, niby może tam iść jakaś droga, ale to najważniejsze miejsce na mapie przykrywa akurat numerek. Wchodzimy w las, natrafiamy na wodę, którą początkowo próbujemy omijać (byliśmy wtedy jakieś 50m od łąki na której stał punkt) przez co znosi nas trochę na południe, w końcu nadchodzi nieuniknione, zanurzamy buty w zimnej błoto-wodzie. Dochodzimy do rowu z wodą, nie widać żadnej kłody, więc sondując dno kijem przełażę zanurzając się po pas. Idziemy dalej i dochodzimy do jeziorka. Możemy być przy jednym z dwóch, rozsądek mówi, że jesteśmy przy tym 200m od punktu, ale serce każe wierzyć, że jest inaczej. Obchodzimy jeziorko, żeby sprawdzić czy po drugiej stronie nie ma punktu i w ciągu minuty pakuję się kilka razu po pas w wodę. Skurcze w obu łydkach, powoli zaczynam tracić czucie w stopach. 20 minut brodzenia w wodzie przy -2 stopniach i organizm zaczyna czuć skutki wychłodzenia. Woda strasznie wyciąga z nas energię i chcemy już tylko jak najszybciej się stamtąd wydostać. Będąc 200m od punktu ustawiamy azymut w przeciwnym kierunku, byle jak najdalej od tej lodowatej wody, wychodzimy na suche, szybko do drogi żeby rozgrzać się w biegu. Na szczęście następny punkt to CZAS STOP, gdzie można godzinę odpocząć, ugrzać się i coś zjeść (pyszne risotto z warzywami i kurczakiem :) ). Dobiegamy tam na drugim miejscu za ekipą Michała, tylko nie mamy tego perfidnego PK33. Przybiegają kolejni zawodnicy i opowiadają o jakiejś grobli i kartce z drogowskazem od organizatorów. Mój wkurw jest coraz większy… udaje mi się namówić Janusza na powrót na 33 z atakiem od drugiej strony. Nadrabiamy 4km, dodatkowo mamy dużo trudniejszy przebieg na kolejny punkt, ale dalej jesteśmy w grze i będziemy sklasyfikowani. Druga część trasy to spokojne i znowu właściwie bezbłędne zaliczanie kolejnych PK. Niestety na ostatnich kilometrach tempo już siada do ponad 6:30/km. Kończymy na 7 miejscu na 250.
Organizatorzy Włóczykija trzymają wysoki poziom jeśli chodzi o otoczkę (przede wszystkim jedzenie), ale w porównaniu do poprzednich edycji bardzo poprawiła się trasa. Nie było już przypadkowych punktów gdzieś w środku lasu, na mapie pojawiły się powiększenia, długie przeloty były poprzeplatane z krótszymi bardziej czujnymi – super!

wloczykij

(KSE) On-Sight Adventure Race – relacja Jacka

O tym, że On-Sight Adventure Race będzie świetnym rajdem wiedziałem od początku. Krzyś zadaniem specjalnym straszył od tygodni, a na facebooku informacje o rajdzie pojawiały się prawie codziennie.

Był to mój pierwszy tak długi rajd dwójkowy i to w dodatku ja miałem nawigować. Na start ze mną po długich namowach zdecydował się Damian zwany Rysiem, który ma za sobą kilka „pięćdziesiątek” i krótkich radów, ale jeszcze nigdy nie rajdował na takim dystansie. Przed startem zakładaliśmy, że wyrobimy się w „starym” limicie (*kilka dni przed rajdem organizatorzy zwiększyli limit z 24h do 30h), jednak nic z tego. Trasa była trudna, etapy rowerowe głównie po piaszczystych ścieżkach, kajak z mnóstwem przesiadek i do tego 3 odcinki BnO.

Po dotarciu do bazy w Chojnie, przygotowaniu rowerów, zdaniu przepaków i zrobieniu przedstartowych zdjęć trzeba było ruszyć. Na linii startu razem z nami stanęło tylko 5 zespołów: Marek i Tomek jako RK Origins, Ada i Władek jako RK Mix oraz Navigatoria/Icebug, Hades mix i zespół OSA.

odpraea

sesja

Na początek prolog – pamięciówka. Dostajemy w dwójkę 2 karty, więc możemy biegać po punkty osobno. Punktów w terenie jest 5, ale podbić mamy tylko 4. Ruszamy biegiem do bramki, do której przeczepione są mapy. Zapamiętuje 2 miejsca i lecę. Pierwszy punkt drzewo, drugi mostek i z powrotem. Po chwili wraca też Damian, więc pobieram mapy i ruszamy na jedynkę.

prolog

Sam przejazd na pierwszy punkt był stosunkowo prosty, ale w jego okolicy już było trudniej. Dodatkowe jeziorko sprawiło, że dogoniliśmy Tomka i Marka, ale minęli nas Hades i OSA. Po podbiciu punktu, na pierwszą strefę zmian (SZ1) ruszamy razem z Originsami, a po 50 metrach dogania nas WłAda. Jednak na małym wachnięciu przed wjazdem na asfalt Marek z Tomkiem wyprzedzają nas i jadę 50-100m przed nami. Początkowo planowałem atakować punkt od zachodu, jednak przejechaliśmy odpowiednie skrzyżowanie i postanowiliśmy spróbować od wschodu. Bez większych problemów wpadamy na odpowiednią drogę i wjeżdżamy na ZS1 razem z naszym mixem. Jesteśmy zdziwieni, bo nie ma tu jeszcze ani Tomka i Marka, ani Hadesów i OSY. Szybki łyk wody bierzemy mapę i w drogę na 17km BnO.

noc

Przebiegliśmy całą trasę z wyjątkiem kilku podejść pod największe górki. BnO w takim terenie to sama przyjemność jednak od poruszania się bezdrożami zniechęcały nieco ogrodzenia oraz młodniki. Na trasie spotkaliśmy OSY, którzy zdecydowali się na podbijanie punktów w drugim kierunku oraz Navigatorię. Tych ostatnich spotkaliśmy przy punkcie H, a właściwie miejscu, w którym powinien stać. Słyszymy, że biegają już tutaj jakiś czas, ale nic nie znaleźli. Punkt ma być dość ewidentny – szczyt górki. Wchodzę na górkę, punktu nie ma. Telefon do organizatorów i mamy biec dalej. Następny punkt podbijamy wspólnie, a na przelocie na kolejny Rafał i Szymon postanawiają nas wyprzedzić, jednak przebiegają punkt, więc podbijamy go sami i lecimy na nasze pozostałe 2 i do rowerów. Cały bieg zajął nam więcej niż zakładaliśmy – ponad 3h.

Na rowerze nie wychodzi mi za bardzo przejście na niedokładną „pięćdziesiątkę”, tracę trochę poczucie odległości przez co robimy błąd na dobre 30′. Trochę zdenerwowani podbijamy dwójkę, a potem trójkę i jedziemy do ZS2, gdzie spodziewaliśmy się zobaczyć którąś z naszych ekip szykującą się do kajakowania. Ale nie. Budzimy Marka Muszyńskiego, który wydaje nam kajak i mówi, że przed nami jeszcze nikogo nie było. No super, w takim razie wszyscy robią błędy w tej puszczy. Przed kajakiem ubraliśmy się trochę cieplej i coś zjedliśmy, ale przepaki na tym rajdzie zajmowały nam zdecydowanie za dużo czasu (zwykle 15-20min).

Na kajaku na szczęście było już jasno, bo nie wyobrażam sobie wpływania w te trzciny  po ciemku. Do pokonania mieliśmy 2 jeziorka połączone bardzo gęsto zarośniętym kanałem, oraz spływ Miałą, która na początku była bardzo płytka, a w dodatku przechodziło nad nią kilka (-naście?) kładek pod którymi się nie mieściliśmy. Przynajmniej nogi od ciągłego wsiadania i wysiadania się trochę rozgrzały. Droga na kajakową jedynkę bardzo nam się dłuży. Punkt miał być przy ujściu kanału do Miały, zaraz za mostkiem. W końcu jest mostek, ale już z daleka widzę, że to nie ten. Przepłynęliśmy punkt o jakiś kilometr. Tracimy tutaj jakieś 20-30 minut i dogania nas Tomek i Marek. Dowiadujemy się, że Marek skręcił kostkę na pierwszym biegu oraz, że też przepłynęli punkt. Wypływamy na kolejny punkt kajakowy wiedząc, że mamy dobre 20min przewagi i mając na uwadze, że nie wszystkie mostki na mapie muszą się zgadzać z tymi w terenie. Dlatego nie zaskakuje nas specjalnie fakt, że punkt opisany jako „za mostem” stoi po prostu na brzegu, a mostu nie widać ani z przodu, ani z tyłu. Punkt 3 to znowu ujście kanału, ale tym razem kanał jest widoczny z kajaka, więc podbijamy go bez problemu. Pozostało nam tylko spłynąć do miejscowości Chełst gdzie czeka na nas zadanie specjalne.

Dostaję krótkofalówkę i mapę, Damian bierze drugą krótkofalówkę, kartę i idzie podbić punkt. Dzięki kilku wskazówką Ruchu odnajduje punkt na rogu lasu i wraca, a ja mam chwilę aby zjeść żelki i bułkę. Gdy szykujemy się do wyjścia dopływa Marek i Tomek.

Na treku mieliśmy do odnalezienia 2 stosunkowo proste punkty, więc pozostało nam tylko cisnąć. Ten etap kończył się zadaniem specjalnym na brzegu jeziora. Jednak wokół jeziora czekało całkiem głębokie bagno, w które zapadałem się najpierw jedną nogą po kolano, a później drugą. Jakoś się wyczołgałem i mogliśmy wsiąść do pontonu, którym przepłynęliśmy (przeciągnęliśmy się) na drugą stronę jeziora.

ponton

Przepak. Jedzenie, picie, przebieranie. Orientujemy się, że nasze mapy do drugiej części rajdu cały czas były w plecaku Damiana, który trochę zmókł. Na szczęście każdy punkt był widoczny na jednej lub drugiej mapie, więc mogliśmy bez stresu kontynuować trasę. Na przepaku znowu zabawiliśmy jakieś 20 minut.

przepak

Wsiadamy na rowery i lecimy do szóstki w miarę prostą drogą. Odnajdujemy punkt bez problemu i lecimy na siódemkę. Tam minimalnie przejeżdżamy „naszą” drogę, ale po chwili podbijamy już punkt i ciśniemy do SZ, gdzie czeka na nas BnO na mapie „Szostaki”. Ten przejazd był jednym z najciekawszych na trasie, a do tego co chwilę mijaliśmy jakąś ekipę z trasy SPEED.

12km BnO, które najszybszym na krótkiej trasie zajęło niecałe 2h biegniemy raczej spokojnie. Nie ma tu takich gór jak na „Małych Błotach”, ale rzeźba nadal jest wyraźna i las bardzo przebieżny. W pewnym momencie zaczyna padać i obawiamy się o nasze niezafoliowane mapy, ale po chwili przestało. W drodze na nasz przedostatni punkt spotykamy Tomka, Adę i Władka, którzy zgubili gdzieś Marka i na niego czekają. Ostatnie 2 punkty i jesteśmy przy rowerach.

Wyjazd z SZ zaczynamy dosyć pechowo. Dojeżdżamy do głównej drogi i Rychu zauważa, że nie mam kasku. Szybki powrót do strefy zmian i jedziemy na ósemkę. Musimy wejść kilkaset metrów w las, bo punkt jest umieszczony na cyplu. No kolejnym punkcie (9) spędziliśmy trochę czasu. Punkt opisany krótko: „Rów” za to z mapy wynikało, że  będzie stał na przecięciu rowu z przedłużeniem przecinki. Atakowaliśmy więc od  przecinki, dojeżdżamy do rowu – punktu nie ma. Biegnę w prawo, Damian w lewo, nie ma, wracamy do rowerów. Damian sugeruje, że to może nie być ten rów, bo nasz powinien zaraz zakręcać, a ten nie zakręca. Dobra idziemy kawałek dalej przecinką i rzeczywiście jest rów. Rów, ale punktu nadal nie ma. Znowu Damian idzie w lewo, ja w prawo i po chwili słyszę „Jest!”. Możemy jechać do kolejnej SZ. Powoli robi się szaro, zaliczamy jeden z dłuższych odcinków asfaltem i dojeżdżamy do Sierakowa. Wpadam szybko do sklepu po jakiegoś energetyka i bułkę. Jedziemy, z asfaltu zjeżdżamy na drogę, która okazuje się bardzo zarośniętą przecinką. No, ale nic mamy jakieś 500m do punktu. Tylko w lesie jest już zupełnie ciemno, a nasze lampy są w plecaku. Po pewnym czasie dochodzimy do punktu, a na nim mapka z informację o przesunięciu SZ o jakieś 500m. Ok. Idziemy dalej trochę nadrabiamy drogi, ale docieramy na przepak.

W SZ czeka nas kolejne super zadanie specjalne. Dostałem mapę z zaznaczonymi punktami, a Damian tą samą mapę, ale bez punktów. Moim zadaniem było opisanie mu wszystkich punków, a on miał je zaznaczyć na mapie. Normalnie zrobilibyśmy to raz, dwa. Jednak byliśmy już dosyć zmęczeni, myliliśmy wschód z zachodem, a niektóre linie na mapie potrafiły być ciągłe i przerywane jednocześnie. W końcu sobie poradziliśmy, dostaliśmy jeszcze telefon od Krzysia z informację, że mamy ominąć 3 punkty na trasie BnO i 2 na trasie głównej.

Teren swoją roślinnością w ogóle nie zachęcał do ścinania, więc ograniczyliśmy się do dróg. Pierwszy punkt minimalnie przebiegamy, ale następne do przedostatniego znajdujemy już bez problemu. Na ostatni szliśmy dobrze, tylko przeoczyliśmy przecinkę prowadzącą do punktu. W końcu weszliśmy na szczyt na którym powinien stać punkt, trochę poczesaliśmy, ale punktu nie ma. Szukając punktu zauważyliśmy 4 lampy, które świeciły z tego samego kierunku, z którego przyszliśmy. Byliśmy trochę zawiedzeni, że dogoniły nas 2 drużyny, ale w szóstkę znajdziemy ten punkt bez problemu. Czeszemy jeszcze chwilę u góry, ale punktu nie widzimy. Lampy nadal kręcą się tam gdzie były. Myślimy, że może znaleźli punkt i idą już na następny. Wołamy, ale nikt nie odpowiada. W końcu zbiegamy,  a lamp zaczyna przybywać. Jest ich sześć, siedem, osiem. Goniące nas ekipy okazały się być latarniami ulicznymi.

Zdecydowaliśmy się zbiec i pewnie zaatakować punkt. Przy drugiej próbie ataku punkt znajdujemy bez problemu i wracamy na przepak. Dowiadujemy się, że „nasze” ekipy wyszły 20’temu na BnO. Gdyby nie ostatni błąd jeszcze byśmy ich zobaczyli. Pijemy ciepłą herbatkę od organizatorów i energetyki, ubieramy spodenki rowerowe oraz SPDy. Teraz czeka nas najdłuższy  i ostatni etap rowerowy, a w trakcie to zadanie linowe, którym tak wszyscy straszą.

Tylko przed zadaniem czekają nas 2 punkty rowerowe. Pierwszy na skraju lasu. Wybieram wariant bardzo objazdowy, jednak prawie w całości po asfalcie. Tego nam brakowało, w końcu można się było rozpędzić. Punkt znajdujemy bez problemu i lecimy na kolejny. Znowu chcemy jechać jak najwięcej asfaltem., więc decydujemy się na przejazd jakieś 2mm za brzegiem mapy. To się nazywa życie na krawędzi :). Do dwunastki trzeba dobiec kilkaset metrów od asfaltu, ale też znajdujemy ją bez problemu. Na zadanie specjalne wyjeżdżamy trochę nie tak jak chciałem. Punkt jest przy moście po jednej stronie rzeczki, a my z rowerami stoimy po drugiej. Na szczęście rzeczka nie była głęboka.

Po założeniu uprzęży instrukcja do zadania była dosyć prosta. Wejść na samą górę po drabince i się puścić. Nie wiedziałem do końca co mnie czeka, ale jak mówią, że się puścić, to lecę. Zadanie było naprawdę MEGA. Damian miał już łatwiej(lub trudniej), bo wiedział co go czeka.

Wyjeżdżając z zadania lampa Rysia jest już czerwona (bateria jest już prawie wyczerpana) więc daję mu swoją, którą cały czas mam w plecaku. Cały czas jechałem ze swoim petzlem, który jest dużo lepszy do czytania mapy niż duża lampa. Zostały nam 4 punkty i meta. Trzynastkę i piętnastkę znajdujemy bez problemu (*punkt 14 został odwołany przez organizatora). W międzyczasie mój petzl zaczyna gasnąć, więc biorę dużą lampę na głowę, a Rychu jedzie bez. Na PK15 sprawdzam przejazd na szesnastkę i okazuje się, że zostało nam więcej niż myślałem. Musimy dojechać do najbliższego mostu, który jest dopiero w Sierakowie. Przy samym punkcie znowu spędzamy trochę czasu szukając go z jedną lampą. Został nam ostatni punkt i meta. Podążając czerwonym szlakiem trochę na pamięć nie sprawdzając kierunku odbiliśmy nie w tą drogę co trzeba. Dopiero po jakimś czasie biorę kompas i widzę, że kierunek się zupełnie nie zgadza. Patrzę na mapę gdzie wyjechaliśmy, zrobiliśmy dodatkowo jakieś 1.5km. Jedziemy z powrotem, a po chwili ciemność. Druga lampa też nam padła. Na początku myślę, że to koniec. Nie znajdziemy punktu i musimy wracać na metę. Później, że przecież za nami też są drużyny i zaraz ktoś przyjedzie po ten punkt to nas zgarnie, a jak nie to poczekamy, za niecałą godzinę będzie jasno. Ale jeszcze wyciągam z plecaka małego petzla, który przygasając dawał wystarczająco dużo światła do czytania mapy. Resztę przejazdu na siedemnastkę robimy już bardzo spokojnie. Podbijamy w końcu ostatni punkt i mkniemy asfaltem na metę.

A na mecie niespodzianka. Jesteśmy pierwsi. Okazuje się, że nikt nas nie minął podczas naszych błędów, a na trasie walczą tylko 2 ekipy (Marek i Tomek przyjechali pół godziny po nas), reszta zjechała do mety wcześniej.

Podsumowując rajd był super. Bardzo spodobały mi się zadania specjalne, wymagały współpracy i kombinowania. Do tego 3 etapy BnO na świetnych mapach w bardzo ciekawym terenie na których mogliśmy się wykazać. Fajnie, że punkty nie „świeciły” z daleka, mogłoby to popsuć cały efekt. Piaszczyste drogi na części rowerowej i punkt do których często trzeba było trochę podbiegać były główną przyczyną tak długich czasów, jednak duża liczba etapów sprawiła, że nie poczułem tych 29h, które spędziliśmy na trasie.

W domu wyklikałem, że zrobiliśmy w sumie 185km w tym 110 roweru, 55  biegu, 20 kajaku.

Sukces w Gliwicach

W Gliwicach zagościłem w tym roku po raz czwarty, po raz drugi w mixach z Adą. Oprócz nas wybrali się jeszcze Gucio z Tomkiem oraz Ala z debiutantką Olą. Start rajdu miał miejsce wyjątkowo przy gliwickiej radiostacji. Byliśmy tam troszkę przed 14, więc pozostawała nam godzina czekania. Poszliśmy zatem zmierzyć sobie ciśnienie i sprawdzić wiek serca Okazało się, że mam lekkie nadciśnienie, ale to pewnie przez to, że jak to zwykle bywa poziom adrenaliny przed startem jest nieco wyższy. Punkt o 15 pani z urzędu wygłosiła mowę powitalną i ruszyliśmy po mapy. Traf tak chciał, że ktoś tak wyszarpnął swoją mapę, że przeciął mi nią palec i przez pewien czas zamiast obmyślać wariant musiałem tamować krwotok. Na szczęście szybko o tym zapomniałem.

gliwice1

Bez dłuższego zastanawiania postanowiliśmy, że zaczniemy od punktu nr 3, czyli na początek blisko 3 km biegu na świeżości. Rozpoczęliśmy dosyć mocno po ok 4:20/km. Słyszałem tylko za swoimi plecami głośne sapanie Ady. Fakt, byłem wobec niej mało litościwy. Ale w końcu jest to nasz klubowy koń z mocną łydką ;p Na kolejnym punkcie czekało na nas pierwsze zadanie specjalne – siłownia w parku. Zadanie bardzo proste i po pół minucie znowu zasuwaliśmy. Tempo nadal mocne. PK1 bez problemu. Czuliśmy, że jest moc. Na PK13 musieliśmy przejść przez rzekę na linie. Poszło nam to błyskawicznie. Zadanie specjalne na PK6 polegało na rozpoznaniu 3 melodii hymnów. Był to nie lada wyczyn, gdyż hymn Hiszpanii, Belgii czy Estonii nie jest zbyt znany. Za drugim razem udało nam się trafić. Na kolejnym punkcie musieliśmy również trafiać, ale tym razem w worek treningowy i trenerkę boksu. Co to dla mnie, z moimi bickami… PK5 i PK7 to tylko lampioniki bez zadań. Na PK12 zawiązali mi oczy , dali kubeczek z wodą i musiałem podążać po placu manewrowym za głosem Ady: „Prosto, prosto, ale nie w to prosto, w tamto prosto” Czułem się jak pijany niewidomy. Na samym końcu Ada naprowadziła mnie na krawężnik i musiałem za karę zrobić 15 pompek, które czuje do dzisiaj; p Na PK11 musieliśmy trafić podkową w słupek. Jakoś się udało za n-tym podejściem. PK 8 zlokalizowany był w budynku wydziału architektury, a zadanie polegało na ułożeniu z kubeczków, kartek i patyczków wieży o wysokości 40cm, która utrzyma książkę. Na początku kombinowaliśmy z wtykaniem patyczków w kubeczki, ale po chwili namysłu stwierdziliśmy, że wystarczy wsadzić kubeczek na kubeczek. Po 5 minutach podążaliśmy na najgorszy punkt – zadanie matematyczne, które polegało na zamianie liczby 285 na postać binarną. W liceum pisałem nawet na to programy, ale niestety ściągałem na sprawdzianach. Jak widać ściąganie się nie opłaca. Po dwóch podpowiedziach orgów i 15 minutach bezsensownego myślenia opuściliśmy. Do końca zostało nam już ok 2 km pod górkę do radiostacji. Po drodze jeszcze musieliśmy zaliczyć PK10. Zmęczenie dawało się we znaki. Na szczęście po wyłonieniu się zza kamienic wieży radiostacji, adrenalina podskoczyła. Na mecie czekało na nas jeszcze jedno krótkie zadanie w samochodzie z laserami. Szybko przeczołgałem się pod laserami do guziczka i raptem byliśmy na mecie. Po pierwszym dniu zajmowaliśmy 3 miejsce wśród mixów i 7 ogólnie. Niedosyt pozostawał…

SONY DSC

Dla mnie I dzień może nie był największą porażką, ale byłam na siebie wściekła, zła, zmęczona i niestety emocje wzięły górę, musiałam odreagować na mecie, a Władek zastanawiał się gdzie zniknęłam , bo jest głodny, a ja miałam karteczki na jedzenie …. Na szczęście II dzień był kompletnym przeciwieństwem, humor dopisywał, choć tez nie od samego rana – praktycznie cała nieprzespana noc nie była dobrym prognostykiem na dobry start, z tego względu chmura gradowa wisiała w powietrzu; wczesna pobudka i wszystko na raz: pakowanie, przykręcanie mapników, ostatnie smarowanie łańcucha, przyczepianie lampek i nr startowych i chwilę po 8 wyjechaliśmy z Władkiem z Zabrza (jakieś 6km od Radiostacji). Po drodze jeszcze ostatnie pompowanie kół i w centrum byliśmy ok. 8.40, do startu nie zostało już zbyt dużo czasu, a bukłak i bidon jeszcze nienapełniony wodą. Koniec  końców wszyscy zdążyli się ubrać, przygotować i chwilę przed 9 czekaliśmy zwarci i gotowi pod bramą startu. Start ruszył z lekkim opóźnieniem, ale tak jak zawsze bardzo mocno. Pierwsze 2pkt dość proste, ale stawka powoli zaczęła się już rozciągać, następnie BnO – dla nas bez problemów, nawet przez chwilę prowadziliśmy w całym wyścigu. Kolejny pkt  – cały czas bardzo mocno, bez chwili czasu na łyk wody. Przejazd na 4pkt może trochę z błędem, ale nie chcieliśmy ryzykować,  na mapie nie było do końca drogi, jakieś stawy po drodze, nie wiadomo było czego się spodziewać. Pkt 4 i 5 podbiliśmy razem z naszymi kolegami z On-sight praktycznie idealnie. Taki mały błąd wkradł się nam przy dojeździe do pkt z kajakami, taka prędkość, że nie skręciliśmy tam gdzie powinniśmy, szeroka dobra droga zachęcała do dalszej jazdy. Troszkę naokoło, ale trafiliśmy, bardzo szybkie wodowanie kajaka, luknięcie na mapę z punktami i w drogę. Wiosłowaliśmy ile ręce pozwalają, nawet nie wiem ile czasu nam to zajęło, ale chyba szybko. Następnie wskok na konia, kilka obrotów, ćwiczeń w siodle i znowu siedzieliśmy na rowerach, wiedząc, że jesteśmy 1 MIXem, ale rywale depczą nam po piętach, zacisnęliśmy zęby.

DSC_0954

W szczególności chyba ja i jechaliśmy ile nogi pozwalają, zdobywając kolejne pkt, BnO, przejazd przez pole, układanie puzzli, przyjemny przejazd wzdłuż autostrady i jako wisienka prawie już na torcie rolki. Niby krótkie, ale w tym roku nie wzięliśmy swoich i Władek dostał, bez hamulca, a ja za luźne, nie dopinające się, więc nie było łatwo. Metę widzieliśmy już przed oczami, tak więc nie było co narzekać tylko jechać do przodu, złapałam się Władka, żeby nie odstawać i tak równym krokiem dojechaliśmy w jedną i druga stronę, mijając po drodze rywali, oczywiście z uśmiechem na ustach. Ukończyliśmy bez żadnych usterek na zdrowiu i sprzęcie, chociaż pokonanie ronda z górki, bez hamulca było wyzwaniem.

DSC_1226

Ostatni odcinek to tylko przejazd przez centrum i podjazd długi pod Radiostację, nie było mowy o żadnym zmęczeniu. Jak to Władek cały czas powtarzał ostatni odcinek i meta, pedałujemy ile sił fabryka dała – może to był ten decydujący moment, który zadecydował o zwycięstwie … ?? Z uśmiechem na ustach dojechaliśmy jako I MIX i 5 miejscem ogółem, ale czy 1 miejsce udało się zdobyć ?, tego nie wiedzieliśmy jeszcze przez dłuższy czas; cieszyliśmy się z dobrego, udanego naszego startu. Reszta naszej ekipy mniej lub bardziej może zaliczyć swój start do udanych. Gucio z Tomkiem zajęli 12 miejsce w swojej kategorii, a dziewczyny po przygodach z dętką, opona i całym kołem zajęły 27 miejsce w kategorii z lekkim niedosytem na pewno na więcej.

Rajd mogę zaliczyć do bardzo udanych, choć dość ciężkich, mocne napieranie od początku do końca wymagało dużego wysiłku, jednak chyba o to chodzi w AR

Wertepy 2014

Franek mówi, że na Wertepach na trasie długiej nie było nic nowego: była dobra mapa, szybka trasa, znowu pękła mu śruba pod siodełkiem i znaczną część etapu rowerowego przejechał siedząc na kasku. Ostatecznie nasi MASTERSi zajęli 3 miejsce.

Dużo ciekawsza walka była na trasie OPEN, gdzie wystawiliśmy 5 zespołów, a 3 z nich uczestniczyły w bezpośredniej walce o podium. Ostatecznie wygrali Mateusz z Damianem, na drugim miejscu Tomek z Marysią a na szóstym Marek z Kasią. Gustaw z debiutującą w rajdzie przygodowym Alicją na 13 miejscu a rakietowe rodzeństwo Drajerczak na 16.

A co się działo po drodze?
Marek spowodował karambol w peletonie w drodze na pierwszy punkt.
Patela spowodował, że ten peleton zatrzymał się 300m za wcześnie przy pierwszym punkcie, więc cała stawka znowu się zbiła.
Na etapie RJnO nasze pomarańczowe kurtki przyciągały inne zespoły i nie mogliśmy się od niektórych opędzić :P Ostatecznie 3 zespoły RK TEAM wyjeżdżały w TOP5 z tego etapu.
Na kajakach była rzeka pod prąd i kajaki, w których się nie mieściliśmy, a które na dodatek nie skręcały.
Na trekkingu Patela umarł, ale nie na tyle, żeby nie wygrać rajdu.
Na przeprawie przez rzekę nikt nie spękał i wszyscy się przeprawili.
Ale przede wszystkim na Wertepach było pomarańczowo, a to za sprawą naszych nowych kurtek :)

Kilka fotek z trasy (pochodzą z FB Wertepy)

883876_550127738440164_4488945845433213533_o 901799_550176138435324_5473136777312761083_o 10152622_549937575125847_152566990250674148_n 10170957_550124295107175_6953298225762000630_n 10275531_550127181773553_6358854071883880977_o 10286768_550118958441042_849291261906207599_o 10295454_550172915102313_3713429083864521260_o 10295468_550101511776120_5513079623345667730_o

Navigatoria, czyli to co najlepsze w AR

Biegniemy z Kasią plażą i myślę sobie, że ludzie startujący w rajdach przygodowych to są ostro popie…ni. Wbiegamy do morza, w którym woda ma ok. 8 stopni, żeby podbić kolejny punkt kontrolny, normalni plażowicze zaczynają kręcić filmy, pewnie pokażą je później swoim znajomym z komentarzem, jakich to idiotów widzieli dzisiaj na plaży. Odcinek Swim&Run zamienił się na szczęście w Run&ZamoczJajka, więc nie było tak znowu najgorzej. Wystartowałem w sandałach i był to całkiem niezły pomysł :) po tym 4 kilometrowym odcinku ubrałem zwykłe buty, które całkiem długo pozostawały suche. W ogóle start i meta Navigatoria Adventure Race usytuowane były tuż pod sopockim molo, kierownik Rafał co 30s, powtarzał mantrę „Zawodnicy wyruszą zaraz na 100 kilometrową trasę”, nie wiem czemu, ale Kasi się ten tekst bardzo nie podobał, spacerowicze przystawali i patrzyli na nas ni to z podziwem, ni to z politowaniem, ni to z miną „a po jaką cholerę?”.

Fotografie użyte w relacji są autorstwa Ewy Wróbel i Adama Soroki i pochodzą stąd i stąd

IMG_0390

Wyjazd z Sopotu na rowerach i od razu dał o sobie znać JPM („Je..ny Poziom Morza”). Non-stop podjazd, który zakończył się przy punkcie nr 2, na którym rozpoczęliśmy etap BnO, czyli to co tygryski lubią najbardziej. Początkowo sami, potem dogoniliśmy Łowców Przygód, a w końcówce jeszcze 2 zespoły i prowadziliśmy to stadko przez kolejne punkty kontrolne. BnO idealne na rajd, było trudne, więc kto mógł się wykazał (Franek z Jackiem kończyli na 1 miejscu), ale nie na tyle trudne, żeby ludzi nieobytych z mapą zniechęcić już na starcie. My kończymy koło 5 miejsca i ruszamy dalej na rowerach.

 

IMG_0517

Oczywiście zapominam, że mam w plecaku SPD-y i jadę w butach do biegania :) chociaż może to i lepiej, bo na początek jest więcej prowadzenia niż jazdy. Na PK3 największa wtopa. Wchodzimy idealnie, ale o tym nie wiemy, bo drogi, którą idziemy nie ma na mapie. Wprowadzamy rowery na górę, a ja biegnę zwiedzać okoliczne jary, w sumie 5 podbiegów po 40-50 m każdy – kocham Trójmiejski Park Krajobrazowy. Ostatecznie punkt stoi 50 m od miejsca, gdzie została Kasia z rowerami. Ja zgrzany, Kasia wymarznięta ruszamy dalej i idzie dobrze do PK5. Z mapy wynika, że do punktu nie dochodzi żadna droga, próbujemy pod linią wysokiego napięcia, ale lipa. Ostatecznie znowu trzeba dojść kawał na nogach, żeby odbić punkt. Tutaj trochę mieliśmy pecha, bo od drugiej strony szła ładna droga, lokalesi wiedzieli i sporo zyskiwali :( Tuż przed PK6 wyprzedzając nas 2 zespoły i niestety na zadaniu specjalnym musimy postać 15 minut w kolejce. Kasi wdrapanie się na most kolejowy po drabince idzie błyskawicznie, jeszcze tylko króciutki przejazd rowerowy i już wodujemy kajak na rzece Raduni.

 

10334473_239010522955664_7703453751729025436_n IMG_9539

Do kajaka wzięliśmy zakupione wcześniej w piekarni smakołyki, ale nie bardzo jest je kiedy zjeść. Rzeka jest dzika, ma dość ostry prąd i omijając jedną przeszkodę już trzeba uważać na kolejne. Super zabawa, tylko w brzuchu pusto. Kilka razy muszę wysiąść, żeby przepchnąć kajak przez zwalone drzewa, raz jest po łydkę, raz po uda, za chwilę po pas. Ostatecznie na bardziej leniwym odcinku przed zaporą udaje nam się zjeść dwie pizzerki :) Na przenosce doganiają nas Łowcy Przygód i nas wyprzedzają, ale na kolejnej znowu ich doganiamy i szybciej wodujemy, wyprzedzają nas znowu, ale na końcu tego etapu spotykamy się  jak przebierają się w suche rzeczy. Nam niestety tych suchych rzeczy tutaj zabrakło, ale dzięki temu nie marnujemy czasu i ruszamy na trekking, żeby się trochę rozgrzać. Jest koło 19 i mamy jakieś 21km z buta, wiemy że nie zdążymy przed zmrokiem.

10275526_239247559598627_8686055193454853106_o

Na szczęście pierwszą część, trudniejszą nawigacyjnie udaje nam się pokonać jeszcze za dnia i noc nas łapie tuż przed PK13. Tutaj mały problem, bo w miejscu gdzie powinien być punkt jest wielki wykop pod kolejkę metropolitarną, ale posiłkując się telefonem do organizatora udaje nam się go namierzyć. Doganiamy kolejne zespoły (po raz 5 na tym etapie zespół Łowcy Przygód :) ), a nas doganiają takie co skróciły sobie trasę i nie były na PK11. Taką większą grupą domaszerowujemy w końcu do PK15, gdzie ponownie wsiadamy na rowery. Kolejny super odcinek RJnO, dość trudny, szczególnie pokonywany w nocy, ale nie na tyle, żeby był niewykonalny. Po nim już tylko 2 punkty w naszym ulubionym Trójmiejskim Parku Krajobrazowym (patrz góry jak smoki). Na pierwszy jedziemy objazdem i był to wariant dobry, na drugi czarnym szlakiem i był to wariant gorszy. Ostatni punkt na sporej górce i wbiegam na nią dwa razy, bo za pierwszym nie znalazłem lampionu. Ja rozgrzany, Kasia ponownie zamarznięta, ale czeka nas już tylko zjazd do Sopotu (tutaj JPM  już był spoko). Na metę wjeżdżamy koło 2, czyli po 15h od startu :) Jestem dumny z mojej naŻyczonej :) Miejsce na razie nieznane, ale jest duża szansa na TOP10.

Chłopcy – Franek i Jacek – walczyli o podium, ale gorzej im poszedł kajak, a w rowerowym mapniku zostawili kompas i na trekkingu zrobili babola na 30 minut i ostatecznie wylądowali na 4 miejscu.

IMG_0354 IMG_0364

KRAJNA AR – Klapa nawigacyjna ??

W rajdzie po raz pierwszy wystartowaliśmy w składzie: Jacek Galla zwany Lokiem (debiut), Franek Galla, Ada Kobusińska i Władek Sielicki, zwany od tego rajdu Hobbitem. Skład nieliczny ale śliczny i tuż przed startem prezentował się tak: (na zdjęciu wyraźnie widać, którzy zawodnicy w dzieciństwie pili mleko, a którzy palili papierosy)

Do bazy w Sławianowie dojechaliśmy ok. 21 tuż przed odprawą, mieliśmy być wcześniej, ale jak zawsze nie wyszło, dlatego każdy był niespokojny i zdawał sobie sprawę, że tak naprawdę chwila moment i wszystko się zacznie. Wiedzieliśmy, że czeka nas długie napieranie; szczególnie kajak był dla nas sporą niewiadomą. Na odprawie otrzymaliśmy 15 map w formacie A4. Lekko nas to przeraziło. Od razu rozpoczęliśmy rozrysowywanie trasy. Tu główną funkcję nawigatora przejął Franek, więc to on podejmował decyzję, który ostatecznie wariant wybrać. Po wstępnym zaplanowaniu trasy zabraliśmy się za przygotowanie przepaków, czyli standardowo przez 90% czasu staliśmy pośród rozrzuconych rzeczy dumając co, gdzie włożyć. Ani się obejrzeliśmy, a była już północ i start. Pierwszym etapem był prolog w postaci pamięciówki. Każdy z nas musiał zapamiętać jeden punkt z mapy, a następnie znaleźć go i potwierdzić. Zajęło nam to niecałe 10 minut. Na pierwszy punkt wybraliśmy odważnie wariant biegowy (ku zdziwieniu wszystkich), ale jak się okazało słusznie, bo zajęło nam to prawie tyle samo czasu, co Hadesom na rolkach okrężną drogą (przecież siły trzeba oszczędzać). Dalej trasę pokonywaliśmy na rolkach po mniej lub bardziej przyjemnym asfalcie i trochę biegiem, cały czas za plecami Hadesów. Mały błąd nawigacyjny sprawił, że straciliśmy ich z oczu, ale ostatecznie spotkaliśmy się – minęliśmy na pierwszym przepaku. Oni wychodzili, natomiast my szybko dopadliśmy do naszej skrzyni i zaczęliśmy przebieranie, to co najważniejsze – ciepłe spodnie, rękawiczki oraz uzupełnianie zapasów na długi rejs po Gwdzie. W biegu bułka, łyk wody i w drogę, bo zimno dawało się ostro we znaki, choć słońce już świeciło. Moje ręce zdążyły zamarznąć i prawie ich nie czułam(Ada). Wiedzieliśmy, że na początku nie ma kompletnego sensu wsiadać do kajaków, bo na jakże cudownej rzeczce Dobrzynce co 20 metrów leżało drzewo, albo jakaś kłoda, dlatego dobrze, że pomyślałam i kupiłam pasy do ciągnięcia przed wyjazdem, bo tak to nie mam pojęcia jak byśmy mieli je transportować. Jak długo szliśmy ?? – nie wiem, ale spory kawałek, bo mieliśmy już całkiem dość i postanowiliśmy zwodować.

Niestety czekały nas jeszcze chyba z 3 przenoski przez drzewa i dalej już było całkiem dobrze, można było normalnie płynąć. Mentalnie trzeba było się przygotować na co najmniej 10h prawie w jednej pozycji, poruszanie tylko rękoma i od czasu do czasu na skubnięcie czegoś do jedzenia, co od połowy było coraz trudniejsze (i skubanie i poruszanie rękoma). Rzeka nie postanowiła wspomóc nas swoim prądem. Można powiedzieć, że to było raczej jezioro, a nie rzeka (oprócz ostatniego odcinka – prądy fale, kamienie, małe wodospadziki, który nas chyba trochę pobudził przed kolejnym etapem). Gdyby nie myśl o rywalizacji to dosłownie można by pomyśleć, że to wakacje, słońce, cały czas lazurowe niebo, widoki piękne – pełen relaks, który zaburzały od czasu do czasu tamy, które trzeba było ominąć i przenieść kajaki(takie urozmaicenie) Niestety byłoby to zbyt piękne. Wszystkie pkt raczej zdobyliśmy bez problemu i na drugi przepak dotarliśmy ok. 17 chyba, ze stratą już 1,5h do Hadesu (widać, że kajak nie jest naszą mocną stroną). Uradowani, iż najgorsze już za nami (szczególnie Władek, który zadeklarował, że w najbliższym czasie na kajak nie wsiądzie) szybko się przebraliśmy, napiliśmy herbaty i nie tracąc czasu, pełni zapału do walki, wyruszyliśmy na rowery. Niestety nasz entuzjazm szybko opadł, bo Władek stwierdził, że ma zepsuty rower i nie pojedzie dalej [„zepsuli mi rower, nie jedziemy, koniec rajdu, katastrofa” – wykrzykiwał mały rozgniewany hobbit] – skrzywiona przerzutka. Franek mechanik wyjął pierwszy lepszy klucz czy imbus i wyprostował – pojechaliśmy dalej mając nadzieję, że dalej będzie już w miarę ok. Za widnego zrobiliśmy 2 pkt i już zrobiło się ciemno, następnie dłuższy przystanek, bo Franek z Władkiem szukali pkt, którego nie było. MTBO nie takie straszne, choć zajęło trochę czasu, ale niestety robiło się strasznie zimno, Jacek zaczął przysypiać, każdy powoli zaczął odczuwać zmęczenie. Utrzymywaliśmy się w przekonaniu, że został nam już tylko BnO 8 km (nie tak dużo, zwłaszcza dla nas orientalistów) rower i meta … optymistycznie.Jednak kiedy dotarliśmy na kolejny przepak, ku naszemu zdziwieniu spotkaliśmy Hades, którzy bardzo nas pocieszyli mówiąc, że robili trasę BnO 2,5h, że mapa się nie zgadza, jest dużo jezyn, chaszczy – ogólnie masakra. Franek z Władkiem wzięli mapy w rękę, nie do końca chyba im wierząc i pobiegliśmy. Po niedługiej chwili mi osobiście się już odechciało, pierwszy kryzys, nie dość, że zimno, biec nie mogliśmy, żeby się rozgrzać, bo większość przedzieraliśmy się przez krzaki, zasypialiśmy na stojąco, tylko Franek czytał mapę (nie wiem jak on to robił, ale całe szczęście, że chociaż on jeden) a my za nim jak duchy. Niestety jeden błąd nawigacyjny kosztował nas bardzo dużo – jak to Franek stwierdził istny Trójkąt Bermudzki, bo nic kompletnie mu się nie zgadzało to co widział i to co było na mapie. Musieliśmy zmienić kolejność punktów i tego zaatakować z innej strony. Jednak, największym hitem była drzemka, baaaardzo długa, aż 15 minut. Usiedliśmy w środku lasu na ścieżce, jeden obok drugiego, Władek nastawił budzik, i 3 sekundy wystarczyły, żeby zasnąć. Budzik zadzwonił dosłownie po chwili, jak nam się wydawało – trzeba było ruszać dalej. Pod koniec trasy, ku naszemu zdziwieniu spotkaliśmy On-sight – byli bardzo blisko nas i nawet skończyli szybciej od nas. Totalna nasza klapa, jeżeli chodzi o orientację, spędziliśmy, aż 3.5h w tym głupim, beznadziejnym lesie. Wtedy wiedzieliśmy już, że Hadesów nie dogonimy tylko trzeba uciekać On-sight’om, co nie było proste. Po zjedzeniu ciepłego, suchego makaronu, który zaserwowano nam na przepaku, wyjechaliśmy przed nimi. Pedałowaliśmy dość mocno, jeden za drugim, jednak jazda na kole nie należy do interesujących i na zmianę Jacek albo ja zjeżdżaliśmy na boki, jak pijani. Walka, żeby nie zasnąć nie była łatwa, nawet okrzyki i śpiewy NIE SPIMY nie pomagały. Kolejne pkt na BnO podbiliśmy bez problemu i nim się obróciliśmy było już jasno i baaardzo zimno ( dziękuję Krzysiowi Muszyńskiemu za kurtkę, która chyba mnie uratowała na rowerze Ada). Dojechaliśmy nad jezioro, z którego brzegu po drugiej stronie było widać ukochaną Metę, ale żeby tam się dostać, trzeba było zbudować katamaran z belek i 2 kajaków i przepłynąć. Trzeba było zbudować go na wodzie, bo beli nie mieściły się pomiędzy drzewami i tylko Franek odważył się do niej wejść i zaczął budowę. [„Więcej z nimi nie startuję! 15 minut do mety, a oni się boją zamoczyć stopy! i sam musiałem ten katamaran budować” cyt. Franek].

Po chwili dojechał też On-sight, a my dopiero w połowie budowy , przyspieszyliśmy tzn Władek z Jackiem też weszli do wody pomagając Frankowi, układając rowery. Niestety nasi rywale, sprawnie posługujący się klamrami i pasami, WSZYSCY wpadli do wody i dosłownie w mig zbudowali swój katamaran – my tylko zadawaliśmy sobie pytanie jak to ??? W jednej chwili spadliśmy na 3 miejsce, bo sił już nie mieliśmy na tyle, żeby wiosłować 2 razy szybciej niż oni i chyba nie bylibyśmy nawet w stanie. Dopłynęliśmy na metę 2h po Hadesach (nie tak źle nawet, ale im też podobno coś z rowerem jednym się stało i nie mogli szybko jechać) wyczerpani, chyba bardziej brakiem snu niż ogromnym wysiłkiem, ale zadowoleni i dumni z siebie (tak przynajmniej ja uważam, ponieważ nie wierzyłam, że jednak uda nam się go ukończyć – łezka się w oku zakręciła )


Cały Rajd super przygotowany ( bez tak długiego kajaku byłoby jeszcze lepiej ), Krajna – piękna okolica, szczególnie wschody i zachody słońca, zdjęcia rewelacyjne, dobrze, że pogoda dopisała – nagroda dla organizatorów. Jestem pewna, że pozostanie na długo w pamięci.
W sumie przejechaliśmy, przepłynęliśmy, przebiegliśmy ponad 200km w czasie ok. 31h.

430 km rajdowania po Puszczy Boreckiej

Marek: Cześć, piszę z nietypowym pytaniem :) Poszukujemy dziewczyny do zespołu na start w Rajdzie Zimowym 360 stopni na trasie długiej.

Wiecie jak trudno w Polsce znaleźć dziewczynę, która podejmie się startu zimą w zawodach na 350 km? No jest to zadanie prawie awykonalne… dziwne nieprawdaż? Próbowaliśmy przekonywać na 100 różnych sposobów, nawet obiecane Krzysiowe dowcipy przez całą trasę nie były wystarczającym argumentem. W końcu pomysł-mistrz – Weronika Biała! Wygrała Izerską Wyrypę, regularnie startuje u nas na Rajdzie Konwalii i również wygrywa. Oprócz tego wspina się w klubie – idealna kandydatka, trzeba tylko ładnie skonstruować sms-a żeby się zgodziła. Weroniki długo przekonywać nie trzeba było, aczkolwiek miała trochę wątpliwości, jednak nim wzięły one górę czemprędzej zgłosiłem zespół i opłaciłem wpisowe :) Teraz już nie było odwrotu. Nie było go nawet gdy okazało się, że nasza trasa będzie liczyć około 350 km, ale jako że Unia Europejska nie zdefiniowała jeszcze co znaczy „około”, kilometrów tych było 436 :)

Schemat trasy długiej - około 350 km

Krzyś: Kurcze ktoś zgasił światło…
Franek: Nie, nigdzie nie działa, chyba poszły bezpieczniki
Marek: Dobra, jest 2:30 idziemy spać i jutro dokończymy pakowanie, budzik na 7:00

Do bazy rajdu mieszczącej się w Gawlikach Wielkich koło Orzysza zajechaliśmy około godziny 17. Wydawało się, że mamy kupę czasu, żeby się przygotować do rajdu, ogarnąć rowery, spakować plecaki i przygotować tzw. „przepaki” czyli skrzynie i torby ze sprzętem, do których będziemy mieć dostęp w odpowiednich miejscach na trasie, odsłuchać odprawy i rozrysować warianty na mapach i je odpowiednio pociąć i poukładać. Czasu okazało się za mało i gdy o 2:30 w szkole zgasło światło byliśmy jeszcze w totalnej rozsypce. Stwierdziliśmy, że przy czołówkach nie ma sensu nic tworzyć i położyliśmy się spać. Budzik na 7:00… 4,5h snu przed 3 dobami napierania, to nie brzmi jak dobry prognostyk. Rano pakowanie poszło nam jednak już dużo lepiej i przed startem znaleźliśmy nawet moment na sesję słit foci z rąsi :)

Odprawa - miny niezbyt tęgie (fot. A. Jasik)

Igor B. (mistrz sarkazmu): Świetnie Wam poszedł ten przepak…

Startujemy spod szkoły w Gawlikach o 10:00. 9 zespołów w tym 5 z Polski i po jednym z Rosji, Estonii, Czech i Ukrainy. Na początek 7 kilometrowy dojazd do Strefy Zmian A. Wszyscy jadą równym peletonem, pięknie świeci słońce, jest mroźno, ale przyjemnie. Dojeżdżamy do Folwarku Łękuk, gdzie mamy zostawić rowery i już czuję, że jest niedobrze… Pana! Mam przejechać 270 km na rowerze, a on po 7 kilometrach łapie panę! Naprawdę? Franek z Krzysiem, czyli nasi teamowi mechanicy od razu biorą się za wymianę. My z Weroniką ogarniamy plecaki, ale strata prawie 10 minutowa do wszystkich zespołów jest. Dobiegamy do sędziów, którzy z ironicznym uśmieszkami i pełnymi pobłażania oczami komentują naszą prędkość na przepaku. W ogóle wg organizatorów byliśmy pierwszymi do „odstrzału”, to my byliśmy najmłodszą ekipą, najmniej doświadczoną i obstawiali, że jako pierwsi zejdziemy z trasy (HA! nic bardziej mylnego!).

Na początek zadanie specjalne – pamięciówka – tylko mapa jakaś taka jakby ją przedszkolak namalował. Trochę motamy się na jednym z punktów, ale ostatecznie około 11 kończymy tą rozgrzewkową zabawę i jako ostatni zespół wyruszamy na 25 kilometrowy odcinek pieszy.

Pierwszy punkt na trekkingu

Marek: Ale ona popindala
Krzysiu: Weronika… nie przynoś nam wstydu
Franek: Może trzeba jej jakoś dociążyć plecak?

Odcinek był bardzo łatwy nawigacyjnie. Na drogach miejscami był lód, ale biegło się dobrze. Weronika wyrwała do przodu, a my z trudem próbowaliśmy za nią nadążyć. Sam etap bez historii, ale udało nam się wyprzedzić 3 zespoły. a 25 kilometrów zajęło nam 2h45min. Tym razem przepak poszedł bardzo sprawnie i około 14 siedzieliśmy już znowu na rowerach.

Rowerujemy. fot. A. Jasik

Weronika: Aaaaaaaaaa!
Marek: Na każdym zjeździe będziesz się tak darła?

Drogi na Mazurach w większości białe, miejscami dość mocno oblodzone. Weronika przy każdym zjeździe krzyczy ze strachu. Jedzie na pożyczonym rowerze: 29er, a właściciel ma ponad 185 cm wzrostu. Rower jest na nią o dużo za duży i nic dziwnego, że nie czuje się na nim zbyt pewnie. A pisałem już, że ten rajd to był debiut Weroniki w rajdzie przygodowym? Jak spadać to z wysokiego konia co nie? Na punkt nr 7 wybieramy chyba gorszy wariant i zakopujemy się na polnej drodze, na którą nawiało kilkadziesiąt centymetrów śniegu. Do punktu numer 8 w Starych Juchach dojeżdżamy jednak na 6 miejscu.

Estończyk samobójca: I think it’s safe now.
Pan z obsługi ZS: No, You will die!

W Starych Juchach czekało na nas pierwsze linowe zadanie specjalne. Wiedzieliśmy mniej więcej czego się spodziewać i przed samym rajdem przećwiczyliśmy podejście pionowe, przepięcie i zjazd. Jednak co innego trening na ciepłej sali, a co innego wykonać to samo na mrozie, przy świetle latarki. Krzysiu dał radę, potem Weronika i przyszła kolej na mnie. Zrobiłem sobie za krótką pętlę przy „małpie” i na wchodzeniu namęczyłem się strasznie. Na górze przepiąłem się zgodnie z poradami naszego przedrajdowego nauczyciela Adama Rosińskiego z KSE On-Sight. Sędziowie potwierdzili, że jest ok, ale przy zjeździe przy ścianie z balkonikami zapną mnie inaczej. Nie protestowałem i po chwili śmigałem już w dół. Po mnie został Franek… Poszło mu podobnie z tym, że wspinał się z nie do końca zapiętą uprzężą. Na szczęście nie doszło do tragedii, a do takiej dojść mogło, bo wieża w Starych Juchach ma 20 metrów wysokości. Nie wiem co zrobił zawodnik z Estonii, ale sędziowie po ich wizycie byli wyraźnie poddenerwowani a zespół ten ukarali 1,5 h kary.

Marek: Tniemy przez jezioro czy dookoła
Franek: Przez jezioro – będzie przygoda
Marek: Ale nie mamy opon z kolcami
Franek: Przygoda… :)

Gdy dojeżdżamy do górki, na której miał stać PK10 właśnie zbiega z niej jeden z Ukraińców. Wygląda tak jakby dopiero co podbił punkt. Na górkę biegnie Krzyś, ale nie może znaleźć punktu. Pomagamy mu wszyscy, zwiedzamy okoliczne górki upewniając się, że ta na której zostawiliśmy rowery to na pewno ta, gdzie powinien stać punkt. Po 20 minutach (czemu tak późno?) dzwonimy do organizatora – „Tak punktu nie ma, możemy jechać dalej.” Trochę tutaj straciliśmy. Podjęliśmy decyzję, żeby przejechać przez jezioro i jak najszybciej dobić do asfaltu. Przez jezioro jednak musimy prowadzić rowery, bo byliśmy jednym z dwóch zespołów, który nie miał opon z kolcami. Do Strefy Zmian B w Orzyszu dojeżdżamy o 21.

Dobieg do etapu biegówkowego

Tutaj czekają na nas biegówki, ale najpierw ubieramy się w buty do biegania, a buty narciarskie lądują w plecaku. Niestety wybraliśmy nie do końca dobrą kolejność zaliczania punktów. Było trzeba zacząć od G i skończyć na L. My niepotrzebnie zaczęliśmy od H, ale dzięki temu mieliśmy łatwiejsze wejście w mapę do BnO. No właśnie etap ten był na mapie do BnO. Mapa trudna, mikrorzeźba, ale poziomice co 5 metrów. Fatalnie nawiguje się jadąc na biegówkach, podobnie źle niosąc biegówki w ręku. Popełniamy 3 błędy, które kosztują nas w sumie jakieś pół godziny. Jednak okazuje się, że większości zespołów etap ten wychodzi znacznie gorzej od nas i wychodzimy na 4 miejsce! Po etapie ciepła grochówka na SZ B i ruszamy na 90 kilometrowy odcinek rowerowy. Zaczyna się drugi dzień napierania.

Zadanie linowe w Orzyszu

Weronika: Przejdziesz tam, wiesz w jakie dziury włażą grotołazi
Marek: Ale ja nie jestem grotołazem, tylko wielkim, grubym Markiem ze stopą w rozmiarze 49…

Zaczynamy od prostego zadania linowego – most linowy nad rzeką w centrum Orzysza. Idzie sprawnie, tylko lina pode mną jakoś dziwnie mocno się ugina i stopy ciągnę w wodzie. Na szczęście neoprenowe nakładki dają radę :) Potem szybki przejazd asfaltem i dojeżdżamy do PK14, gdzie czeka nas kolejne zadanie specjalne – przejście bunkra. Osoby z klaustrofobią dostałyby zawału na sam widok. Dziura wielkości 20 calowego monitora :) należało się w nią władować głową w dół, następnie w środku jakoś obrócić i wylądować na nogi. Nie wiem jak to się stało, że się tam zmieściłem, ale bez pomocy zespołu nie dałbym rady. Moje stopy w rozmiarze 49 w twardych, niezginających się butach na rower haczyły o wszystko co można tylko było. 20 minut po nas na zadanie przyjeżdżają Ukraińcy, gdzie najwyższy zawodnik ma 170 cm w kasku i kończą to zadanie równo z nami… Było rosnąć?

Bunkry z czasów IWŚ. Wyłażę... przeżyłem.

Krzysiu: Moje kolano nie chce startować.
Krzysiu: Moje kolano dalej nie chce brać udziału w tym rajdzie
Krzysiu: Tej, a Jacek jest studentem to może mnie zastąpi…

Mniej więcej takie sms-y i telefony zacząłem dostawać od Krzysia na kilka dni przed rajdem. Odezwała się jakaś jego stara kontuzja i boli go kolano, szczególnie na rowerze. Krzysiu zdążył mnie 100 razy przeprosić za to, że przez niego nie ukończymy tego rajdu. Jednak zadbał o to, by zwiększyć swoje szanse i przed zawodami okleił kolano profesjonalnymi niebieskimi plastrami. Niestety na przelocie na PK15 zaczęło go boleć. Ale i na to bystry Krzyś znalazł sposób: przecież mając buty SPD można pedałować jedną nogą :) Jakie były miny Ukraińców, gdy nas wyprzedzali, a Krzyś jechał w „Jaś Mela style” – z założoną lewą nogą na ramie, pedałując tylko prawą.

Krzysiowe kolano profesjonalnie "otejpowane"

Pan od ZS: Oooo widać, że jest masa.

Na PK18 czekało na nas kolejne i na szczęście ostatnie już zadanie linowe. Pomiędzy przęsłami wysadzonego mostu kolejowego w Kruklankach rozciągnięto most linowy. Wyglądało to bardzo widowiskowo, ale męczące było strasznie. Gdy na linie obok mijał mnie Ukrainiec, przejeżdżał z metr nade mną. Na tym zadaniu znowu straciliśmy kilkanaście minut do naszych bezpośrednich konkurentów, ale tym razem Franek zapiął prawidłowo uprząż, więc postęp jest.

Zadanie linowe na moście w Kruklankach

Mały „Biegnący Wilk”: Tam musicie pójść do skraju lasu i potem wzdłuż płotu, i będzie trzeba przenieść rowery nad płotem i tam już są harcerze w stodole i Wam wszystko wytłumaczą.

Właśnie zapada zmrok, gdy dojeżdżamy do SZ C mieszczącego się w Republice Ściborskiej „Biegnący Wilk”. Na rozdrożu Pan Piotr Silniewicz robi nam fotki, dojeżdżamy do chaty, w której pali się fantastyczne, przyciągające swoim ciepłem, żółte światło. Dzwonimy dzwonem i ze stodoły wybiega mały chłopiec, zupełnie nie wie o co chodzi, na szczęście po chwili wychodzi jego starszy brat i tłumaczy nam jak dojść do naszej strefy zmian. Podobno na zadaniu linowym mieli nam powiedzieć, że SZ C jest ciut przesunięta, ale albo nie powiedzieli, albo my nie słuchaliśmy. W końcu zostawiamy rowery w stodole, przebieramy się w buty do biegania i ruszamy na 25 kilometrowy odcinek biegowy.

Pan myśliwy: Nie boicie się tak po ciemku po lesie chodzić?
Franek: A czego mamy się bać?
Krzysiu: Ludzi z bronią?

Początek biegu wygląda tak samo jak pierwszy trekking – Weronika wyrywa do przodu, a my próbujemy za nią nadążyć. W międzyczasie dzwoni mój telefon, nieznany numer, dzwoni Pan, który na Śnieżnych Konwaliach zostawił w bazie czapkę i teraz pyta, gdzie i kiedy może ją odebrać… Cierpliwie tłumaczę, że niezbyt jestem w stanie w tym momencie udzielić mu odpowiedzi na to pytanie :) Na tym etapie zaliczam jeszcze epicką glebę. A w końcówce na leśnej przecince spotykamy samochód, a za chwile z lasu wychodzi pan z dwoma strzelbami. Nie wiem czy Nadleśnictwo nie zgłosiło imprezy do kół łowieckich, czy pan był po prostu kłusownikiem, ale trochę słabo przebiegać przez teren polowania. Po powrocie najbardziej wyczekiwane zadanie specjalne – psie zaprzęgi. Krzysiu i Weronika „powożą”, my mamy za zadanie wpiąć, zatrzymać i wypiąć psy a na koniec dać im się napić. Niżej położony środek ciężkości pozwala naszym team-mate’om zaliczyć zadanie bez wywrotki i możemy udać się na zasłużoną drzemkę. Budzik ustawiony na „za półtorej godziny”, o dziwo wszyscy bez protestów wstali i nawet zebraliśmy się całkiem sprawnie.

Krzysiu: Weronika nie śpmiiimyyyy!
Weronika (w myślach): spadaj, zamknij ryj…
Krzysiu: Chłopaki, ona zasypia a ja muszę z nią gadać. Pomóżcie coś.
Weronika (w myślach): wcale nie musisz i już się zamknij… (myśli ocenzurowane)

O 1:30 ruszamy na ostatni dłuższy odcinek rowerowy. Pierwszy etap tego odcinka to prawie 30 km asfaltem i to ponownie skutecznie nas usypia. Największy kryzys przechodzi Weronika, jadący obok niej Krzysiu gada jakieś głupoty, drze się, robi wszystko, żeby nie zasnęła, ale tempo nam spada dość mocno. My z Frankiem też przymulamy i gdy po raz drugi budzę się zjeżdżając na rowerze na pobocze, stwierdzam, że jednak pora na dodatkową drzemką. O 6:15 wjeżdżamy do gospodarstwa, w którym pali się światło i prosimy o kawałek podłogi na drzemkę.

Szybka drzemka w Golubiu Wężowskim

Miła Pani z Golubia Wężowskiego: W tej chiwli do łóżka!
Weronika: Ale mi tu dobrze…
MPzGW: Nie będziesz mi tu na podłodze spała.
Weronika: Ale mi tu wygodnie…
MPzGW: Albo do łózka, albo z powrotem na dwór na mróz!

Pani zaprasza nas do środku, jest bardzo podekscytowana. Weronika idzie spać do sypialni, a my zamiast drzemki prosimy o mocną kawę. Opowiadamy trochę o co chodzi w naszym rajdzie, pani zdaje relację, o której dzień wcześniej przejeżdżały 3 prowadzące z nami zespoły. Ludzie na wschodzie to są jednak strasznie mili (pani chciała już nam robić jajecznicę, ale zdążyliśmy uciec), musimy pamiętać wysłać tej pani kartkę z podziękowaniami! Po 20 minutach budzimy Weronikę, która jednak nie dała się wywalić z podłogi na łóżko. I za jasnego ruszamy dalej. Punkty na szczęście są dość proste,  na moment przytrzymuje nas tylko defekt w Frankowym rowerze – po raz drugi w ciągu miesiąca pękła mu śruba pod siodełkiem (jest masa!), na szczęście miał ze sobą zapasową i wymiana trwała 2 minuty. O 11 przy pięknie grzejącym słoneczku dojeżdżamy ponownie do SZ A. Niestety dowiadujemy się, że najpierw czeka nas etap biegówkowy, dopiero potem łyżwowy i na koniec, na dobicie, zadanie logiczne. Wcinamy ciepłą kiełbasę (my z Frankiem dodatkowo na pół Krzysiową – dobrze jest mieć w zespole kogoś Vege :) ) i w momencie jak ruszamy na biegówki do strefy dojeżdżają goniący nas Ukraińcy.

Nowa świecka rajdowa tradycja - pęknięta śruba pod siodełkiem

Krzysiu: Gdzie są Ukraińcy?
Brat Krzysia: Zaczęli w drugą stronę niż Wy.
Krzysiu: Ok. A gdzie Tetrahedron?
Brat Krzysia: Właśnie wyszli i też idą w drugą stronę.

Zostało nam 60 kilometrów na nartach biegowych, 5 kilometrów na łyżwach i 25 kilometrów finiszu na rowerze. Ukończenie całości rajdu stało się bardzo realne, dlatego zaczęliśmy oglądać się na konkurentów. Ukraińcy ruszyli na ten etap 30 minut po nas i poszli w drugą stronę, podobnie jak zespół Tetrahedron, który miał na początku tego etap około 90 minut straty do nas. Początkowo próbowaliśmy jechać na nartach, ale strasznie poobcierały nas buty i w końcu „nartowała” tylko Weronika. Tuż za połową trasy mijamy się z Ukraińcami – mamy jakieś 6-8 kilometrów przewagi. Jest już ciemno i bardzo musimy się skupić, żeby nie popełnić błędu. Dodatkowo zaczął padać deszcz i Weronika coraz częściej musi ściągać narty, by ominąć place bez śniegu. Na szczęście nawigacja dalej działa jak należy i o 22 odnajdujemy ostatni punkt na tym odcinku. Wtedy zaczyna się dziać coś dziwnego. Chłopaki zbiegają drogą, ja za nimi i na końcu Weronika na nartach. W pewnym momencie odwracam się, a Weronika została jakieś 150 m z tyłu, nie chce mi się cofać, więc czekam na nią na polu, na wietrze, na padającym deszczu ze śniegiem… „Co ona tam robi, tyle czasu?” Mija kilka minut, w końcu lampa zaczyna poruszać się w moją stronę. Weronika zmieniała buty na biegowe, a stopy miała tak opuchnięte i poobcierane, że nie mogła ich wcisnąć. Niestety przez ten czas totalnie się wyziębiliśmy i trzęsąc się z zimna przez prawie 90 minut pokonujemy ostatni 6 kilometrowy odcinek.

Marek: Mamy do wyboru trzy trasy: tędy, tędy lub tędy
Franek: Która jest najdłuższa?
Marek: Ta
Franek: Która jest najkrótsza?
Marek: Ta
Franek: To pojedźmy tą gdzie nie ma błota…

Odwilż i deszcz, które przyszły w nocy spowodowały, że na jeziorze stała woda i etap łyżwowy został odwołany. Pozostało nam tylko wykonać zadanie logiczne i przejechać 25 kilometrów do mety. Zadanie logiczne „Za pomocą 6 zapałek ułożyć 4 jednakowe trójkąty równoboczne” – poszło gładko, głównie za sprawą… mojej przyszłej teściowej :) Pani Alina, gdy jesteśmy u nich na weekend zawsze serwuje kilka zagadek, żeby sprawdzić przyszłego zięcia i ta zagadka również była już przeze mnie rozwiązywana :)
Odwilż, która przyszła poza pozytywnym dla nas odwołaniem etapu łyżwowego miała też swoje negatywne skutki – wszystkie drogi zamieniły się w bagno. Postanowiliśmy zmienić początkowy wariant dojazdu na ostatni punkt. Wpakowaliśmy się oczywiście jeszcze gorzej. Jesteśmy tak blisko i teraz zaczynamy robić jakieś głupoty nawigacyjne. Wszystko zaczęło mnie irytować: marudzący Krzyś, że za chwilę nas dogonią Ukraińcy, zamulający i marudzący Franek, to że oni wszyscy jadą tak wolno, a przecież wystarczy na godzinkę, półtorej spiąć poślady i zaraz będziemy na mecie. Odnajdujemy ostatni punkt w miejscowości o dużo mówiącej w tym momencie nazwie „Żywy”. I znowu kombinujemy, jak można pojechać lepiej niż wcześniej to sobie założyliśmy. Decydujemy się na mocno objazdowy wariant asfaltem. Dokładamy sobie na koniec kilka kilometrów, ale jazda po asfalcie nie jest już taka irytująca. Weronika daje się podholować trzymając się Krzysiowego plecaka. Przed trzecią dojeżdżamy na metę. Jest szampan (pyszny), nie ma ciepłej wody :P . Dopiero po jakimś czasie dociera do mnie czego właśnie dokonaliśmy. Prawie 450 km, 65 h napierania non-stop, 4 miejsce i najlepsze wśród polskich zespołów i to w debiucie na tak długiej trasie. Dostaję SMS-a od Pateli – kurcze chciało mu się siedzieć i kibicować do trzeciej. Jestem najszczęśliwszy – wyciągam wszystkie smakołyki, których nie zjadłem na trasie i zjadam pudełko snacków salami i 10 kabanosów zwycięstwa!

Link do mapy i relacji GPS

Słit focia przed startem

Słit focia na mecie

 

 

 

Starsze posty &laquo